Ten cudny śpiew pomaga skupić się na modlitwie, kiedy dookoła gwar i brak ciszy. Jakbym przeniosła się jedną nogą w ten niewidzialny świat duchowy”. „Te śpiewy podnoszą mnie na duchu w tych trudnych czasach”. „Cisza i ukojenie dla steranego życiem człowieka!”. „Coś wspaniałego, nawet dla takich osób jak ja, które nie są za bardzo religijne”.
To tylko kilka z wielu komentarzy pod nagraniami śpiewu gregoriańskiego w wykonaniu mnichów benedyktyńskich z opactwa w Tyńcu. A jeśli dobrze się rozejrzeć po YouTubie, znajdziemy tam masę najróżniejszych filmów z całego świata z milionami odtworzeń. Od surowych nagrań modlących się mnichów, przez profesjonalne schole gregoriańskie, po projekty łączące estetykę gregoriańską z muzyką popularną – kiczowate, ale pod względem zasięgów skuteczne.
Fenomenu popularności śpiewu gregoriańskiego nie da się jednak sprowadzić do internetowego trendu. Rosnąca liczba kursów i warsztatów, koncerty i łacińskie liturgie, rozwijające się pomimo ostrożności, z jaką Watykan traktuje tradycjonalistów, wydają się wskazywać, że „własny śpiew liturgii rzymskiej” – jak określają go oficjalne dokumenty kościelne – nie tylko ma się dobrze, ale też skutecznie obsługuje duchowe potrzeby bardzo wielu osób. I to nie tylko tych konfesyjnie zadeklarowanych.
Powrót zainteresowania mszą trydencką
Jedną z przyczyn jest zapewne przybierający na sile nurt tradycyjno-konserwatywny w Kościele. Według badań przeprowadzonych niedawno na zlecenie Francuskiego Obserwatorium Katolicyzmu we współpracy z tygodnikiem „Famille Chrétienne” oraz radiami RCF i RND dla 60 proc. księży w wieku od 25 do 34 lat ważną kwestią jest tzw. pokój liturgiczny, czyli zgodne współistnienie dwóch form rytu rzymskiego. 46 proc. z nich sprawuje liturgię również po łacinie tyłem do wiernych. Młodzi francuscy księża także w kwestiach moralnych wykazują zdecydowanie bardziej konserwatywne przekonania niż ich starsi współbracia.
Podobne tendencje można też dostrzec w Polsce wśród duchownych i wśród świeckich. Popularność twórców internetowych o poglądach nacechowanych niechęcią do ostatnich papieży i współczesnego nauczania Kościoła katolickiego, postrzegających wszystko, co nowe, jako przejaw „modernizmu”, daje do myślenia.
W dynamicznie zmieniającym się świecie baumanowskiej „płynnej nowoczesności” znaczące grupy katolików szukają poczucia bezpieczeństwa w odrzuceniu zmian i powrocie do „złotego wieku”, rozumianego przez nich głównie jako czasy po Soborze Trydenckim, a przed Soborem Watykańskim II. To wizja świata, w której Kościół rzymskokatolicki jest potężną, silnie zhierarchizowaną instytucją, rozdającą karty na wszystkich polach życia społecznego i jasno określającą, co jest dobre, a co złe.
W tym świecie – jak pisał kiedyś zaczepnie w jednej ze swoich książek Andrzej Sapkowski – wszystko jest czarno-białe, a wszystkie pola jednakowe. Kto zaś nie chce się dopasować – „niech będzie wyklęty”, zgodnie z tradycyjną formułą soborów przed Vaticanum II. A że według starożytnej maksymy lex orandi – lex credendi (modlitwa liturgiczna wyraża to, w co wierzymy), ów świat, pieczołowicie rekonstruowany w stylu tradycjonalistów, najlepiej wyraża się w mszy trydenckiej. Mamy w niej jasną hierarchię i strukturę (nawiązującą nota bene do społeczeństwa feudalnego), a każdy ruch, słowo i gest są ściśle określone.
Muzyką organicznie związaną z celebracją w tym rycie jest śpiew gregoriański, który na przestrzeni wieków powstawał nie jako „oprawa muzyczna”, ale właśnie jako integralna część liturgii. Choć popularność mszy trydenckich jest bardziej złożonym zjawiskiem i nie sprowadza się do zarysowanego wyżej syndromu oblężonej twierdzy, z pewnością wzmacnianie się postaw konserwatywnych wśród katolików jest jednym ze źródeł wzrastającego zainteresowania śpiewem gregoriańskim.
„Najlepsza nuta do nauki”, czyli śpiew gregoriański
Śpiew, jaki można usłyszeć najczęściej na tradycyjnych liturgiach, nie należy zwykle do głównego nurtu odnowy śpiewu gregoriańskiego, która dokonuje się w różnych miejscach świata. W polskim kontekście ciągle dominuje tzw. metoda solesmeńska. Utworzona przez benedyktyńskiego mnicha André Mocquereau ze słynnego opactwa w Solesmes, wpisywała się w starania papieża Piusa X, by śpiew gregoriański stał się powszechny i dostępny dla wszystkich wiernych.
Metoda polegała na maksymalnym uproszczeniu interpretacji wysublimowanych śpiewów gregoriańskich. Choć na skutek pogłębionych studiów sam o. Mocquereau odwołał swoje założenia, uznając, że prowadzą do wypaczenia i zniekształcenia muzycznych skarbów kościelnej tradycji liturgicznej, metoda poszła w świat i funkcjonuje do dziś. Zwykle właśnie ze względu na „niski próg wejścia” dla zainteresowanych tym rodzajem śpiewu.
Podobnie sprawa ma się z tzw. szkołą francuską Marcela Pérèsa, opierającą swe założenia wykonawcze na traktacie muzycznym XIII-wiecznego dominikanina Hieronima z Moraw. Również w tym przypadku, by zacząć śpiewać, zasadniczo wystarczy elementarny słuch muzyczny, zapał... i zamiłowanie do technik wokalnych nawiązujących do estetyki charakterystycznej dla Kościołów wschodnich, na Korsyce czy w świecie arabskim. Być może właśnie to egzotyczne, orientalne brzmienie, jakie nadają śpiewowi gregoriańskiemu miłośnicy teorii Pérèsa – obok uproszczonego podejścia do materiałów źródłowych – stoi u podstaw popularności muzyki gregoriańskiej w tym wydaniu.
Prawdziwy renesans śpiewu gregoriańskiego, dynamicznie rozwijającego się głównie wokół ośrodka Papieskiego Instytutu Muzyki Sakralnej w Rzymie, w Polsce zaś zaledwie raczkującego, ma swoje źródła w dociekaniach stricte naukowych, określanych jako szkoła semiologiczna. W tym przypadku mamy do czynienia ze skrupulatnym badaniem źródeł obejmujących głównie repertuar powstały w VIII wieku, a spisany nieco ponad sto lat później (który nota bene w XIII wieku – kiedy to powstał wspomniany traktat Hieronima z Moraw – wchodził już w fazę dekadencji). Szkoła semiologiczna zakłada komparatystyczne badanie symboli, za pomocą których skrybowie zapisywali muzyczną interpretację poszczególnych słów w utworach gregoriańskich, w celu najbardziej realistycznego przybliżenia się do sposobu, w jaki wykonywano tę muzykę w czasach, gdy powstawała.
Na temat interpretacji każdego z nich powstały całe artykuły i prace naukowe. Jeden z prominentnych polskich ekspertów w dziedzinie semiologii gregoriańskiej prof. Michał Sławecki z Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie zwraca uwagę, że podejście to umożliwia interpretację śpiewu gregoriańskiego najbardziej zgodną z najważniejszym jego założeniem: nadrzędną rolą słowa względem muzyki. Melodia i rytm śpiewów gregoriańskich wynikają z naturalnych akcentów słownych i mają na celu podkreślenie wyrażanych treści. Śpiew gregoriański, posługując się tekstami z Pisma Świętego oraz pism Ojców Kościoła, pełni funkcję kerygmatyczną i jest w swojej istocie proklamowaniem Dobrej Nowiny.
Te założenia doprowadziły do idealnej syntezy słowa i muzyki, jaka nigdy więcej w dziejach muzyki nie zaistniała. „To najbardziej wyrafinowana muzyka jednogłosowa, jaką wytworzyło zachodnie średniowiecze. Jest to po prostu dzieło sztuki” – podkreśla Sławecki. Ze względu na kunszt artystyczny utwory te były przeznaczone do wykonywania przez profesjonalnych muzyków, stąd nieporozumieniem jest upraszczanie ich w taki sposób, żeby były możliwe do wykonania dla wszystkich uczestników liturgii. Taka praktyka nigdy nie miała miejsca. Zwykli wierni wykonywali tylko najprostsze śpiewy, a nie wszystkie wymagające specjalistycznej wiedzy i umiejętności kompozycje.
Choć zakrawa to na paradoks, w pewnym sensie bliżej tej pierwotnej tradycji wykonawczej są dziś zawodowi artyści, nieraz nawet niezwiązani z Kościołem, pieczołowicie rekonstruujący niuanse najstarszych zabytków muzyki gregoriańskiej i wykonujący ją w świeckiej przestrzeni, jak dzieje się w wielu miejscach zachodniej Europy. Tym sposobem, choć wyrwane ze swego naturalnego liturgicznego kontekstu, śpiewy gregoriańskie „trafiają pod strzechy” sal koncertowych i serwisów streamingowych, tworząc niezwykłą atmosferę w domach ludzi różnych narodów i kultur. „Najlepsza nuta do nauki – pozdro od ateisty” – czytamy w jednym z komentarzy pod nagraniami modlących się benedyktynów.
Początki muzyki i źródła śpiewu gregoriańskiego
Być może na fenomen popularności śpiewu gregoriańskiego należałoby spojrzeć jeszcze bardziej źródłowo, sięgając do samych początków muzyki jako takiej.
Włoski teolog, kompozytor i organista Sergio Militello w swojej książce „Teologia della musica” podkreśla religijne korzenie najbardziej pierwotnych doświadczeń człowieka związanych z dźwiękiem. Według naukowych ustaleń Militello dźwięk od zawsze kojarzony był przez ludzi z tajemnicą, gdyż jego pochodzenie nie miało swego początku w człowieku, lecz poza nim (szum wiatru, huk wodospadu, grzmot, śpiew ptaków etc.).
Człowiek, dostrzegając, jak głębokie i intensywne efekty wywoływały w nim owe dźwięki natury, zaczął przypisywać je jakiemuś Bytowi spoza swojego codziennego doświadczenia. Bytowi przemawiającemu w swoistym języku, który domaga się interpretacji i odpowiedzi, by móc wejść z nim w jakąś formę relacji, zwłaszcza w kontekstach wymagających przebłagania, prośby o pomoc czy dziękczynienia.
Konteksty te wraz z ludzkimi próbami wchodzenia w dialog z bóstwem doprowadziły do powstania pierwszych rytuałów religijnych. Na ich potrzeby zaczęto wytwarzać proste instrumenty, imitujące dźwięki natury, w celu komunikacji z ową wymykającą się codziennemu doświadczeniu Transcendencją. Rytuałom towarzyszyło nieraz składanie ofiar lub wykonywanie gestów będących już formą zorganizowanego ruchu kultycznego. Początki muzyki są więc ściśle związane z rzeczywistością religijną, rytualną, kultyczną.
Podobna intuicja zawarta jest w wielu azjatyckich mitologiach i opowiadaniach dotyczących początków świata. Według niektórych z nich, wszechświat narodził się jako eksplozja „pradźwięku”. Również Pismo Święte pełne jest dźwiękowych odniesień: od porządkowania pierwotnej materii sprawczymi słowami JHWH w opisach z Księgi Rodzaju, przez przedstawianie muzyki jako rzeczywistości sprzyjającej czynnościom prorockim (por. 1 Sm 10, 5-6; 2 Krl 3, 15), aż po ukazanie śpiewu jako formy modlitwy najbardziej adekwatnej, by wyrazić doświadczenia, w których zwykłe słowa to za mało. Bodajże najważniejszym przykładem może być tu pieśń śpiewana przez Izraelitów po przejściu przez Morze Czerwone (por. Wj 15), którą Joseph Ratzinger uważał za wzór wszelkiej późniejszej muzyki liturgicznej.
Właśnie z tradycji muzycznych Izraela, związanych z bezpośrednim kontaktem z Bogiem, ostatecznie wywodzi się śpiew gregoriański. Być może właśnie całkowite ukierunkowanie na Boga sprawia, że ten rodzaj śpiewu w najczystszy sposób nawiązuje do pierwotnego związku muzyki z rzeczywistością transcendentną, co jest wyczuwalne nawet dla osób wywodzących się z innych tradycji religijnych i religijnie obojętnych.
Korzenie współczesnej muzyki europejskiej tkwią w śpiewie gregoriańskim
Może trochę wbrew pozorom każda muzyka ma w sobie coś z boskości. Jeden z najważniejszych teologów XX wieku Hans Urs von Balthasar w swojej książce „Rozwój idei muzycznej” pisał: „Muzyka jest formą, która najbardziej zbliża nas do ducha, jest najcieńszym przesłaniającym go nam woalem. Dzieli jednak tragiczny los każdej sztuki: musi pozostać tęsknotą, a więc czymś prowizorycznym. Tęsknota jest w niej najsilniejsza właśnie dlatego, że muzyka znajduje się najbliżej ducha, nie mogąc go jednak całkowicie ogarnąć (...). Stanowi ona graniczny punkt tego, co ludzkie, na tej granicy zaś zaczyna się to, co Boskie”.
Choć szwajcarski myśliciel miał zapewne na myśli raczej muzykę swoich ulubionych klasycznych kompozytorów, na czele z Wolfgangiem Amadeuszem Mozartem, to ostatecznie jego myśl pozostaje prawdziwa wobec każdego rodzaju muzyki. Na marginesie warto zauważyć, że praktycznie cała współczesna muzyka europejska ma swoje korzenie w śpiewie gregoriańskim, ale to temat na osobny artykuł.
Śpiew gregoriański, ze swoją niebanalną melodyką i swobodnym, podporządkowanym słowu rytmem, przywodzącym na myśl inny świat, wykracza poza zabieganą codzienność, której ton nadają kolejne prostokąciki zapychające wolne przestrzenie naszego smartfonowego kalendarza. I w najbardziej bezpośredni sposób daje nam odczuć, iż obcujemy z czasoprzestrzenią będącą „ziemią świętą”, wobec której odczuwamy tajemniczy respekt i za którą wszyscy tęsknimy. Niezależnie od tego, jak ją rozumiemy i nazywamy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














