NIK w Operze Krakowskiej. Raport z tej kontroli wprawia w osłupienie

No i co z tego, że dyrektor Opery złamał statut instytucji, dzielił pieniądze między swoich i sprzedawał alkohol bez koncesji? Przecież wszyscy tak robią, prawda?
Czyta się kilka minut
Plac przed budynkiem Opery Krakowskiej. Kraków, 2009 r. // Fot. Tomasz Wiech / Agencja Wyborcza.pl
Plac przed budynkiem Opery Krakowskiej. Kraków, 2009 r. // Fot. Tomasz Wiech / Agencja Wyborcza.pl

Przyznam szczerze, że znudziło mnie czytanie raportów pokontrolnych NIK z polskich instytucji kultury. Czasem leciały głowy, częściej dyrektorzy śmiali się w głos z ustaleń izby, a po przeciwległych stronach barykady niezmiennie stawali wierni słudzy dotychczasowego establishmentu i niesieni rewolucyjnym zapałem podchorążowie. 

Rzadko wynikało z tego cokolwiek konstruktywnego. Tym bardziej, że nigdy nie było wiadomo, kto z kim trzyma, komu się lepiej podlizać i kto znienacka pociągnie za sznurki, niszcząc życiowy dorobek nielubianego artysty bądź dziennikarza. 

Kontrola w Operze Krakowskiej

Raport z kontroli w Operze Krakowskiej wprawił mnie jednak w osłupienie – nie tyle skalą nadużyć, ile bezbrzeżną ufnością zarządcy instytucji, że jakoś to będzie, a jak nie, to i tak z czasem rozejdzie się po kościach. 

Piotr Sułkowski został dyrektorem Opery Krakowskiej we wrześniu 2022 r. NIK przeprowadziła kontrolę na wniosek zgłoszony w ubiegłym roku przez posłankę Darię Gosek-Popiołek, wiceprzewodniczącą Koalicyjnego Klubu Parlamentarnego Lewicy, po audycie Urzędu Marszałkowskiego, sygnalizującym błędy w przetargach i planowaniu zamówień publicznych oraz nieprawidłowości w wypłatach nagród dla zastępców dyrektora.

Gosek-Popiołek uwzględniła też w swoim wniosku skargi pracownicze oraz wątpliwości dotyczące programowania kolejnych sezonów Opery. Podczas kontroli – analizującej funkcjonowanie instytucji, zarządzanie jej działalnością, zatrudnianie i wynagradzanie pracowników oraz gospodarowanie majątkiem od początku kadencji Sułkowskiego aż do końca 2024 r. – uwzględniono też zdarzenia wcześniejsze i późniejsze, powiązane bezpośrednio z jego bieżącą działalnością. 

Ustalenia NIK po kontroli w Operze Krakowskiej

I wyszło jak u Przybory: fasada rozpadła się z trzaskiem, ujawniając nadużycia wręcz groteskowe: zatrudnienie w roli wicedyrektora do spraw technicznych osoby bez odpowiedniego wykształcenia – zastępcy Sułkowskiego z poprzedniej dekady, kiedy był szefem Warmińsko-Mazurskiej Filharmonii w Olsztynie; rekrutacje bez przeprowadzania wymaganej procedury naboru i publikacji ogłoszeń, w kilku przypadkach na stanowiska, które jeszcze nie istniały. 

A ponadto: stawianie kandydatom nadmiernie uszczegółowionych wymagań, skrojonych pod konkretne osoby (jedną z pierwszych decyzji Sułkowskiego było zatrudnienie na stanowisku kierownika rozwoju Piotra Rozkruta, dawnego przełożonego dyrektora, zatrzymanego w 2006 r. przez CBA w związku z zarzutem milionowej korupcji w przetargu na wyposażenie nowego gmachu), w innych zaś nieuzasadnione obniżanie tychże wymagań; wynagradzanie faworyzowanych pracowników ponad limit zapisany w regulaminie instytucji; uporczywe lekceważenie zgłaszanych przypadków mobbingu; oraz konflikt interesów, wynikający z zatrudnienia w charakterze osoby odpowiedzialnej za organizację wydarzeń reprezentanta firmy zewnętrznej, współpracującej z operą przy tych samych przedsięwzięciach.

Na tym nie koniec: Sułkowski przez pierwsze dwa lata kadencji nie powołał przewidzianej regulaminem Rady Artystyczno-Programowej. Dyrygował poza operą ile wlezie i gdzie się dało – inna rzecz, że w większości przypadków za sformułowanym w umowie przyzwoleniem Zarządu Województwa Małopolskiego, organu prowadzącego Opery Krakowskiej. 

W 2023 r. zignorował list otwarty ludzi kultury w sprawie polityki repertuarowej teatru, a raczej jej braku – którego sygnatariusze zwracali uwagę, że pierwszy sezon pod wodzą Sułkowskiego był zarazem pierwszym w historii zespołu, w którym nie odbyła się żadna premiera operowa. 

Wisienką na NIK-owskim torcie okazały się ustalenia, że z czterech podmiotów serwujących alkohol w gmachu Opery tylko jeden dysponował odpowiednimi zezwoleniami, a organizowane przez teatr spotkania WinOpera, łączące występy śpiewaków z degustacją trunków – naruszały postanowienia ustawy o wychowaniu w trzeźwości. 

Ludzka krzywda, finansowe nadużycia, działania poza granicą prawa 

Brzmiałoby to wszystko zabawnie, gdyby nie było tak smutne. A zarazem trudne do wytłumaczenia nieprzejednanym obrońcom dyrektora Sułkowskiego, obstającym uparcie przy twierdzeniu, że wszystko to dzieje się w chwili, kiedy Opera Krakowska zaczyna odnosić „światowe sukcesy” (nie ujmując nikomu, na letnim festiwalu operowym w bułgarskim Płowdiw), i że „wygląda to na kolejny zaplanowany lincz na dyrektorze instytucji kultury”, jak stwierdził w jednym z komentarzy pewien usłużny recenzent krakowskich spektakli. 

Przeważają argumenty w stylu „po co drążyć” i pretensje pod adresem zwolenników „jedynie słusznej lewackiej linii programowej”. Publiczność z entuzjazmem wylicza nowe produkcje teatru, bez krztyny refleksji mieszając pojedyncze inscenizacje dzieł z żelaznego repertuaru operowego z musicalami, operetkami i spektaklami tanecznymi w rodzaju „Gershwin… in Blue”, w którym „tajemniczy Czarodziej Snów zabiera nas w podróż przez czas i przestrzeń”. 

A przecież wcale nie tak sędziwi bywalcy pamiętają inscenizacje „Juliusza Cezara” Händla, „Opowieści Hoffmanna” Offenbacha, „Króla Ubu” i „Czarnej maski” Pendereckiego, „Montecchich i Capulettich” Belliniego – z czasów, gdy zespół Opery Krakowskiej nie miał jeszcze własnej siedziby.

Pamiętają też wielkie rozczarowanie szkaradnym i niefunkcjonalnym gmachem projektu Romualda Loeglera – z olbrzymią sceną, maleńką widownią i niespełniającymi podstawowych wymogów akustycznych salami prób. Sułkowski dostał tego potwora w spadku po poprzednim dyrektorze Bogusławie Nowaku i zamiast dołożyć wszelkich starań, by przeistoczyć nieprzyjazną i źle wykorzystaną przestrzeń teatru w miejsce spotkań i kuźnię gustów krakowskiej publiczności, zajął się budowaniem własnego imperium i przekonywaniem słuchaczy, że prowadzi zespół na europejskim poziomie: z udziałem „gwiazd” wokalistyki i „renomowanych” realizatorów z zagranicy. Kosztem ludzkiej krzywdy, nadużyć finansowych, działań na granicy albo i poza granicą prawa. 

Niewiarygodne, ale według ustaleń Radia Kraków marszałek województwa małopolskiego Łukasz Smółka – mimo miażdżącego raportu NIK – i tak postanowił zwrócić się do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z wnioskiem o bezkonkursowe przedłużenie kadencji Sułkowskiego o kolejne pięć lat. 

I tu jest jeden z psów pogrzebanych. 

Dlaczego brakuje dobrych dyrektorów instytucji kultury

Zawodzą nie tylko dyrekcje instytucji kultury – nie sprawdzają się też odpowiedzialne za ich nadzór i finansowanie podmioty publiczne: upartyjnione, niezainteresowane ich działalnością, niezdolne do choćby amatorskiej oceny poziomu ich oferty. Decentralizacja polityki kulturalnej zakończyła się w Polsce fiaskiem, za co odpowiadają najrozmaitsze czynniki, między innymi głęboki kryzys edukacji i powszechny zanik kompetencji społecznych.

Większość dyrektorów oper i innych obiektów muzycznych nie ma odpowiedniego przygotowania do pracy z ludźmi, nie umie pozyskiwać szacunku i zaufania zespołu, nie potrafi motywować go do dalszego rozwoju. Cechuje ich za to niepojęta zdolność mamienia odbiorców „światową renomą” wykonawców, wyjątkowością repertuaru i „najwyższym poziomem artystycznym” produkcji. 

Zawodzą wszelkie mechanizmy kontrolne: mniejsze ośrodki nie kształcą kompetentnych krytyków, recenzenci mediów ogólnopolskich omijają „prowincję” szerokim łukiem albo zbywają jej przedsięwzięcia miałkimi, z pozoru pochlebnymi notkami. 

Kolejnym problemem jest rosnący izolacjonizm kulturowy Polaków. Zagranica interesuje nas o tyle, o ile służy do wypromowania rodzimych twórców i artystów. Działanie według wzorców sprawdzonych w Europie i na świecie jest już poza sferą naszych priorytetów. 

Nie zamierzam w tym miejscu usprawiedliwiać Piotra Sułkowskiego, ale gdyby w którymkolwiek z polskich teatrów operowych obowiązywała reguła kilkuletniego oswajania nowego dyrektora ze specyfiką zespołu i stopniowej zmiany profilu artystycznego sceny, pole do wszelkich nadużyć skurczyłoby się raptownie.

Dobrze by też zrobiło polskim instytucjom muzycznym otwarcie na specjalistów z zewnątrz. Jesteśmy jednym z ostatnich krajów w Europie, gdzie zatrudnienie obcokrajowca na kierowniczym stanowisku w operze lub filharmonii uchodzi za dotkliwy cios w dumę narodową. 

Na koniec zostawiłam sobie to, co mnie boli najbardziej. Kompletną erozję praworządności, empatii i poczucia sprawiedliwości. No i co z tego, że dyrektor złamał statut instytucji, dzielił pieniądze między swoich i sprzedawał alkohol bez koncesji? Przecież wszyscy tak robią. 

Otóż nie wszyscy. Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca, że zacytuję klasyka. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł