Tomasz Schuchardt. Miły gość od trudnych ról

Tomasz Schuchardt mógł zostać filmowym amantem. Jego role szybko wpisały się jednak w debatę o nowych wzorcach męskości.
Czyta się kilka minut
Serial "Breslau" // Fot. Łukasz Bąk / Disney
Serial "Breslau" // Fot. Łukasz Bąk / Disney

Od czasów offowej komedii Abelarda Gizy „W stepie szerokim” (2007), w której wcielił się w postać złodzieja samochodów, Tomasz Schuchardt zagrał ponad sześćdziesiąt ról. Tylko w zeszłym roku na wielkim ekranie oglądaliśmy go pięciokrotnie, a na małym – czterokrotnie. W 2025 r. aktor powtórzył ten wynik, lecz pamiętajmy, że do świąt daleko. Pomiędzy chwilą, w której piszę niniejszy tekst, a datą jego publikacji Schuchardta zobaczycie jeszcze w „Domu dobrym” Wojciecha Smarzowskiego oraz serialu „Heweliusz” Jana Holoubka.

Nadchodzące miesiące to oczywiście wielka literacko-filmowa gala MMA, czyli pojedynek „Lalek” pod sztandarami Netfliksa oraz TVP. W czerwonym narożniku Marcin Dorociński, którego, przyznam szczerze, trudno mi sobie wyobrazić jako Wokulskiego, choć może to po prostu kwestia jego nowej hollywoodzkiej aury. 

W niebieskim – Tomasz Schuchardt, czyli Wokulski, którego widzę. Tańczy z duchami Mariusza Dmochowskiego z filmu Wojciecha Jerzego Hasa oraz Jerzego Kamasa z ekranizacji Ryszarda Bera, a z romantyka-pozytywisty wyciąga to, co istotne: idealizm spleciony z pragmatyzmem, podskórną wrażliwość i pozorną nieprzystępność.

Aktor Tomasz Schuchardt

Koleżanka po piórze śmieje się, że każdy polski reżyser ma dziś bliźniaczą strategię artystyczną: „jebnie się Schuchardta i będzie git”. To parafraza mema, w której wyniszczony bezsenną nocą lisek woła o kawkę na pobudzenie.

Schuchardt jest właśnie taką „kawką na pobudzenie” dla naszej kinematografii, choć ja dostrzegam w nim bohatera jeszcze innego słynnego żartu. Tego o facecie próbującym zakleić plasterkiem cieknący dystrybutor z wodą. Facet to polski reżyser, baniak to rodzima kinematografia, plasterek zaś... Cóż, plasterek to Tomasz Schuchardt.

W rozmaitych wywiadach Schuchardt mówi pięknie o małżeństwie, byciu facetem, dojrzewaniu, złych wyborach oraz atakach paniki. Słowem – o wszystkim, co niedoskonałego człowieka zamieniło w doskonałego aktora. Galopująca społeczna nieufność wobec przedstawicieli środowisk artystycznych uderzyła we mnie rykoszetem.

Odkąd dzięki mediom społecznościowym mieszkam z celebrytami dwadzieścia cztery godziny na dobę, opowieści o aktorstwie z biograficznym kluczem przestały mnie interesować. 

Dlaczego? Myślę, że są nieuczciwe – i wobec aktora, i wobec czytelnika. Lepiej skupić się na warsztacie, którego, cóż, jak typowy krytyk filmowy, nie rozumiem. Bez względu na to, czy mówimy o generalnym medialnym dyskursie, czy o dziennikarstwie filmowym, aktorstwo funkcjonuje w społecznej świadomości jako zajęcie z pogranicza alchemii i woltyżerki.

Tomasz Schuchardt na planie "Lalki", Netflix // Fot. Michał Klusek / Netflix

Nawet pomimo tego, że branża się profesjonalizuje i coraz częściej deklinujemy przez wszystkie przypadki słowo „rzemiosło”. Świetny film „Utrata równowagi” (2024) Korka Bojanowskiego tematyzuje tę optykę i wpisuje ją w szerszy kontekst romantycznych przesądów w polskiej kulturze. 

Jako że kontekstem dla tej akurat ekranowej historii są niemoralne uczynki przemocowców ze słynnych szkół filmowych, Schuchardt wciela się w postać uznanego reżysera, który terroryzuje swoich podopiecznych w imię – jakżeby inaczej – Szekspira. To facet, który wierzy, że prawdziwa sztuka jest tożsama z ceremoniałem samospalenia, a przykręcanie śruby to jedyna pewna metoda dydaktyczna.

W tym szaleństwie jest metoda, a konkretniej – metoda Stanisławskiego. Jacek, którego gra Schuchardt, prezentuje jej ekstremalną, wynaturzoną wersję, aktor zaś – z wełnianą czapką na głowie i dłońmi wsuniętymi w kieszenie – porozumiewawczo mruga do widza okiem: bez gwałtownych ruchów, sztuka wymaga poświęceń. 

Istnieją ludzie, z którymi chętnie poszlibyście na kawę, mimo iż buzującą toksynę skrywają za cieniutką, niemal przezroczystą membraną luzu. Schuchardt jest w takich rolach niezrównany.

Wśród ulubieńców polskiej kinematografii

Dwie z moich ulubionych tradycji aktorskich w polskim kinie to „aktorzy, którzy grają wszędzie” oraz „aktorzy, którzy widzieli wszystko”. Doświadczenie tej pierwszej grupy najlepiej wyraża pamiętna scena z „Kilera” (1997) Juliusza Machulskiego, w której Olaf Lubaszenko (w roli samego siebie) wchodzi w sam środek ulicznej strzelaniny. 

„Co tu się dzieje?” – pyta zdziwiony. „Film kręcą” – uspokaja go jeden z gangsterów. Lubaszenko jest w szoku: „To dlaczego ja nie gram?”.

Pod koniec lat 90. takie pytanie mogli zadać Cezary Pazura, Bogusław Linda i Michał Żebrowski. W kolejnych dekadach – Tomasz Kot, Andrzej Grabowski, Robert Więckiewicz i Janusz Chabior. Temat rynku wysyconego przez trzech przyjaciół z boiska nie jest w Polsce nowy, ale istnieje też inna tradycja.

Jej źródeł należy upatrywać w tym, że niewiele kręci się u nas kina gatunkowego, awangardowe wycieczki można policzyć na palcach jednej ręki, a środowisko pozostaje stosunkowo niewielkie. Sprawia to, że w zawodowych losach niemal każdego aktora i aktorki średniego pokolenia odbija się całość doświadczenia rodzimej kinematografii w XXI w.

I Schuchardt nie jest wyjątkiem. Choć zaczął późno, załapał się na niemal wszystkie punkty węzłowe ewolucji polskiego kina w ostatnich dwóch dekadach. Moment, w którym pieniądze z PISF-u zaczęły na siebie pracować, etap pokoleniowej zmiany wśród reżyserów, fazę dużych międzynarodowych sukcesów, wreszcie – streamingową i serialową rewolucję.

Najmocniejsze role Tomasza Schuchardta

Nie wiem, czy od czasu Zbigniewa Cybulskiego mieliśmy nad Wisłą jakichś „polskich Jamesów Deanów”, ale na początku kariery Tomasz Schuchardt zapowiadał się na jednego z nich. Tak mówiono o nim po „Chrzcie” (2010) nieodżałowanego Marcina Wrony, czyli filmie, w którym (późny) Jean-Pierre Melville szedł pod rękę z (wczesnym) Władysławem Pasikowskim.

Wiecie, dobro i zło, moralność społeczna i egoizm, wadzenie się z Bogiem w świecie bez Boga i tak dalej. Opowieści o przyjaciołach uwięzionych w gorsecie męskich rytuałów, splecionych w klinczu niewysłowionych pretensji. 

Schuchardt zagrał jednak swojego bohatera tak, jakby obrano go do czyściutkiego instynktu. Przypominał zwierzę gotowe do ataku i ucieczki, rozsadzał kadr charyzmą i prezencją. Nic dziwnego, że z festiwalu w Gdyni wyjechał z nagrodą.

Zanim pojawił się u Wrony, zagrał syna Bogusława Lindy w serialu „Ratownicy” (2010). Mignął też w „Yumie” (2012) Piotra Mularuka, „Wymyku” (2011) Grega Zglińskiego i wpadł na kilka festiwali razem ze świetną krótkometrażówką „Kawaler” (2012) Karola Starnawskiego. W tej ostatniej samodzielnie ocalił przed śmiesznością najnudniejszy typ polskiego bohatera – chłopaka, który nie potrafi ruszyć z życiem, więc, zafiksowany w ciągłej introspekcji, odbija się od ściany do ściany.

Wieńcząca ten etap kariery rola w biografii zespołu Paktofonika „Jesteś Bogiem” (2012) Leszka Dawida scementowała status Schuchardta jako, przepraszam za wyrażenie, „obiecującego aktora młodego pokolenia” (co w Polsce zazwyczaj obejmuje okres od 15. do 40. roku życia). 

Z perspektywy dziennikarza lubię jego Fokusa bardziej niż prawdziwego rapera, bo jednak coś tam bulgocze za kamiennym obliczem. Rzeczywisty Wojtek Alszer przypomina beznamiętny monolit, który przeleciał właśnie przez kosmos i wbił się w ziemię tuż przed rozmówcą.

Jako Adrian „Blondyn” u Małgorzaty Szumowskiej („W imię”, 2013) przypominał z kolei bohaterów Xaviera Dolana. W roli porucznika „Kobry” z „Miasta 44” (2014) Jana Komasy nosił fachową skórę, wyrażając naczelną zasadę estetyczną filmu: powstanie warszawskie to, czy tego chcemy, czy nie, wielkie repozytorium popkulturowych tropów.

Na wojnę wrócił w „Karbali” (2015) Krzysztofa Łukaszewicza. Z kolei do Marcina Wrony – w nakręconym po latach „Demonie” (2015). To horror, który przestraszył się własnej gatunkowej proweniencji i skończył na mieliznach Wielkich Tematów, z Pogromem na czele.

Facet najzwyklejszy ze zwykłych

Wątek Schuchardta jako magicznego młoteczka, którym da się wyklepać nawet kiepski film, nie jest nowy. Młoteczkiem stukano w „Chemii” (2015) Bartosza Prokopowicza, a także w telewizyjnej biografii Eugeniusza Bodo, gdzie Schuchardt zagrał tytułową rolę. No i w „Jednej duszy” (2023) Łukasza Karwowskiego, czyli pogrobowcu Śląskcore’u, który najlepiej streścić nieśmiertelnym passusem z „Między nami dobrze jest” Doroty Masłowskiej

„Rzecz dzieje się w Polsce, w Łodzi lub Wałbrzychu lub w familokach na Dolnym Śląsku. Bohater Jasiek mieszka w radioaktywnym bloku. Pewnego dnia pijany ojciec górnik zataczając się na poniemiecki kredens z witrażykami, łamie obie ręce i obie nogi. Dla rodziny Jaśka zaczynają się ciężkie czasy”.

Niewiele obrazków z polskiego kina oraz telewizji ostatniej dekady zostało pod moimi powiekami na dłużej. Jednym z nich na pewno jest wicewojewoda wrocławski Jakub Marczak brodzący po pas w powodziowej brei w serialu „Wielka woda” (2022): bezradny, pozbawiony insygniów władzy, zamieniony w kłębek sprzecznych altruistycznych i egoistycznych impulsów.

Schuchardt lubi grywać takich facetów i mam nieodparte wrażenie, że jego dorobek wpisuje się w gorącą dyskusję o przewartościowywaniu współczesnych modeli męskości. Jego chandlerowscy detektywi („Breslau”, 2025), przyparci do muru ojcowie („To się nie dzieje”, 2025), a nawet czarne charaktery (drugi sezon „Odwilży”, 2024) poddani są wielokierunkowej presji: oczekiwaniom bliskich, naciskom środowiska, podszeptami instynktu.

W bardzo dobrym „Doppelgängerze. Sobowtórze” (2023) Jana Holoubka owe podszepty nie pozwalają facetowi najzwyklejszemu ze zwykłych prowadzić spokojnego życia. Z kolei „Mur” (2014) Dariusza Glazera to rzecz z cyklu „w domach z betonu nie ma wolnej miłości” i nie najlepszy film, ale z kolejną świetną rolą Schuchardta oraz przekonującym portretem kruszejącej męskości. 

Ja też odrobinę kruszałem, gdyż ekipa filmowa rozłożyła się pod wejściem do mojej klatki i przez dwa tygodnie wchodziłem do domu oknem.

Zagrać jak Tomasz Schuchardt to wielka sztuka

Konkluzja, iż aktorstwo Schuchardta „jest pełne kontrastów”, może być rozczarowująca. Ale może jest tak, że zazwyczaj trwonimy ją na artystów o znacznie węższej emocjonalnej skali. Casus „Domu dobrego” (2025) Wojtka Smarzowskiego przypomina, że da się na podobnych kontrastach wznieść całą narracyjną strukturę filmu. 

DOM DOBRY, Reż: Wojciech Smarzowski // Fot. PawełTybora // Lucky Bob & Warner Bros

Bohater Schuchardta najpierw uwodzi swoją partnerkę obietnicą cieplutkiej, wyrozumiałej i „zreformowanej” męskości. Później zaś objawia swoje przerażające oblicze w coraz brutalniejszych aktach przemocy domowej.

Współpraca aktora z reżyserem Piotrem Domalewskim („Hiacynt”, „Ministranci”, „Cicha noc”) uzmysławia, że nie potrzeba wysokich tonów, by zasygnalizować tego rodzaju sprzeczności. Schuchardt zagrał we wszystkich filmach Domalewskiego, choć nigdy nie pojawił się przed jego kamerą w głównej roli. 

Tomasz Schuchardt w filmie "Ministranci" // Fot. Michał Charyton / Next Film

Nie szkodzi. Zazwyczaj wystarczy mu jedno spojrzenie albo skrawek dialogu, by osadzić nas w życiu fikcyjnej postaci – jej bolesnej przeszłości albo nudnej teraźniejszości. 

Last but not least, Tomasz Schuchardt to miły gość. Na ekranie tymczasem wygląda jak ktoś, kto najchętniej dałby ci w twarz, ale powstrzymuje go przed tym gorset społecznych zakazów, moralnych imperatywów oraz wypracowanej w pocie czoła samokontroli. Zagrać kogoś takiego to wielka sztuka. Uczynić z tego wizytówkę – jeszcze większa. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru NR 48/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Miły gość