Spieszyliśmy się, by zająć wolną ławkę przy bramce na lotnisku, gdy z prawej usłyszałam teatralny szept: „Jebać Żydów!”. Kątem prawego oka dostrzegam dwóch nastolatków. Ubrani zwyczajnie, na sportowo, niezbyt rośli. Nie z tych napakowanych ani z tych modnych. Kątem lewego oka widzę ich cel: żydowską rodzinę. Rodzice lekko po pięćdziesiątce, troje nastoletnich dzieci, ojciec z synami w małych czarnych kipach. Nowocześni ortodoksi. Pewnie wracają do Antwerpii. Możliwe, że z wizyty w rodzinnych miasteczkach, na pewno w miejscach Zagłady.
Zdobywam ławkę, parkuję wózek, zrzucam bagaż podręczny i wracam. Ten szept to nie była pełna słowna agresja, ale badanie, co się stanie. Próba. Idę zatem reprezentować świat, w którym po takich słowach coś się stanie. „Jeśli myślicie, że tak wolno mówić, to nie wolno” – mówię stanowczo, ale oględnie. „Ale, że co? Ale nic nie mówiliśmy” – odpierają zarzut. „Słyszałam dobrze. Nie wolno tak mówić” – dodaję, przewijając w głowie, co się mówi, jeśli się postawią. Czy już wtedy sięgać po argument z Zagłady, czy bardziej z kodeksu karnego? Łagodnie i tłumacząc czy raczej kategorycznie i ostro? Co działa lepiej? Ale nie pyskują. Nie muszę sprawdzać.
W zasadzie cała interakcja była dość dyskretna. Mam nadzieję, że rodzina, w którą skierowali szept, ani nie usłyszała, ani się nie domyśliła, co się dzieje. Wracając słyszę ciche „merci”, ale wciąż liczę, że nie do mnie, że to fragment rozmowy między sobą.
Rosnące przyzwolenie na wrogość wobec rozmaitych obcych
Jak na ćwierć wieku zajmowania się relacjami polsko-żydowskimi miałam zaskakująco mało takich sytuacji i interwencji. Owszem, w liceum walczyłam z antysemicką księgarnią pod kościołem, ale wtedy głównie było to starcie na piśmie i bardziej z migającymi się od reakcji kurialistami i biskupami. Nikt jednak nie rzucał antysemickich tekstów wprost. Owszem, regularnie natykam się na aluzje i kody. Na przepisywanie historii tak, żeby Polacy w niej dobrze wypadli kosztem prawdy i Żydów. Ale to inny rodzaj spotkania.
Tylko raz musiałam ostro zareagować, ale w obrębie prywatnej przestrzeni. Takie badanie, jak teraz – jak daleko można się posunąć – to coś nowego. To, że był to głośny szept, a nie otwarty tekst, widzę jako testowanie granic. Choć może się mylę, bo szept, gdy jest czytany, też osacza.
W samolocie przypomni mi się widziana kiedyś zasada reakcji w podobnych sytuacjach: nie wdawać się w interakcje z napastującym, lecz przysiąść się do atakowanego – zagadać, towarzyszyć, ale nie eskalować. Ale tu chyba jednak można było jeszcze po prostu zbesztać. Myślę o tym, jak należało zareagować, nie dlatego, że czuję, iż postąpiłam nieadekwatnie, ale dlatego, że spodziewam się, że to nie ostatni raz. Jakaś przykra intuicja podpowiada, że jest rosnące przyzwolenie i na antysemityzm, i na wrogość wobec rozmaitych obcych.
Zbiega mi się ten poranek na lotnisku z szeregiem innych historii. Tego samego dnia czytam, że Adam Wajrak zareagował w Bydgoszczy na młodzieńców wyzywających ukraińskie dzieci od banderowców. Czytam, jak rząd pręży muskuły, jednocześnie mizdrząc się do prawicy, i chce deportować kilkudziesięciu Ukraińców i Białorusinów. A koleżanki wracające z wakacji wspominają rozmowy przy stole innych wypoczywających, pełne niechęci do „kolorowych”.
Kim chcemy być, wykluczając innych
Mija też dziesięć lat od pamiętnego lata 2015, gdy przez Europę szła fala uchodźców, a wraz z nią konwulsja niechęci wobec szukających pomocy ludzi. Dekada udawania, że migracja to nie nasz polski problem, że zawieszamy swój udział w europejskiej solidarności wobec niej. I swoje chrześcijaństwo, które solidarności wobec bliźniego wymaga. Wtedy, w 2015 roku, Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW pytało, jak wobec przekazu medialnego rozwijają się uprzedzenia wśród młodych. Było wyraźnie widać, że to nie telewizja, a internet jest dla nich miejscem spotkania z antymigrancką nienawiścią i stereotypami. Choć wtedy tego internetu było jakby mniej. Było też widać, że nastroje antyimigranckie i antyislamskie podbiły w górę antysemityzm, bo te zarazy chodzą w hordzie. Napędzając jedna drugą.
Jeśli można na lotnisku syknąć „Jebać Żydów”, to i pedałów, ciapatych, czarnych... Kobiety też dostaną rykoszetem.
Całe to rozróżnianie, na swoich i obcych, to proces zarówno tożsamościowy, jak i polityczny. Obie strony tego równania są od siebie zależne. Jeśli poza nawiasem swojskości umieszczamy grupy i cechy, to wykluczając, określamy siebie, kim chcemy być. Cóż to więc za naszość się wyłania? I czy jesteśmy pewni, że w niej wytrzymamy, że da się w niej żyć i patrzeć sobie w twarz?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















