Dzień po dniu przemierzałam Polskę pociągiem. Dzień po dniu jako zupełnie inna osoba.
W sobotę na lekko: książka, telefon, butelka z wodą. Samotne godziny w pociągach z lekturą, przerywaną patrzeniem przez okno. Płynna przesiadka, choć oko dyskretnie odnotowuje, że Czechowice-Dziedzice są dobrze przygotowane na podróż z wózkiem. Matka na gigancie, ale ta wiedza o windach na stacji może się kiedyś okazać drogocenna. Tymczasem kierunek: festiwal literacki w Wiśle. Cel: posłuchać, dorzucić swoje teologiczne trzy grosze w panelu. Albo dorzucić cudze centy, bo tak wyszło, że ciągle cytowałam nową książkę Tiny Beattie, która próbuje osadzić teologię w doświadczeniu rodzącej kobiety. Matka na gigancie, ale i tak gada o matkach.
W niedzielę już w swoim zwykłym wcieleniu. Już nie na lekko, oj nie. Książka i gazeta głęboko w bagażu, wiadomo, że się nie przydadzą. Za to wózkowy tobół, ten niby na pieluchy, wypchany wszystkim: przekąskami, awaryjnym sweterkiem, książkami, klockami, lekami przeciwbólowymi, gdyby rosnące zęby dały o sobie znać. Tobół niedopięty, ciężki i nieforemny. Do tego wspólny bagaż w plecaku, wózek, i z dzieckiem na ręku wsiadamy do wciąż najbardziej luksusowego polskiego pociągu.
„Tu nie ma miejsca na bagaż” – to pierwsze słowa, które słyszę. Tylko że ręce mam zajęte. Fakt, trzy salonikowe przedziały zbudowane wyraźnie dla ludzi biznesu, oddano dzieciom do lat sześciu. Nie ma w nich niemal żadnej przestrzeni na bagaże, jest za to wieszak na marynarkę i wąska przestrzeń, w której upycham tobół. Miejsca nie ma jednak i w korytarzu na półkach na bagaże, bo połowę zajmuje kolejowa restauracja swoimi skrzynkami, by stąd wygodnie obsłużyć wagon pierwszej klasy.
To nie jest tak, że szukam zaczepki. Nie ma, to nie ma. Bagaż mam nieduży, wrzucam, gdzie się wciśnie. Wózek mały, na cudzą walizkę. Nie będziemy robić scen. Chwilę później przybywa mi jednak sąsiadka z dwulatką i większym wózkiem. Ten nigdzie się już nie mieści, przegoniona spod półki z bagażami stawia go gdzie indziej.
Chwilę później pojawia się kelner z pretensją, że stoi na zakręcie jego serwisowego wózka, że trzeba zanieść do innego wagonu, że inni sobie radzą, że jego kobieta umie w tym pociągu sobie poradzić sama z dzieckiem. No tak, nie szukałam zaczepki, zaczepka znajduje mnie. „Pani nigdzie nie będzie chodzić, po żadnych innych wagonach” – stawiam się w imieniu sąsiadki. Tak zawsze łatwiej niż we własnym.
Wszystko kończy się negocjacjami z kierownikiem pociągu, jakimś kompromisem i zgodą, że panowie zajmą się relokacją naszych wózków. Jest jednak wspólny mianownik między moim poprzednim dniem, gdy relacjonowałam, jak teologia nie radzi sobie z narodzinami, a dniem, w którym odkrywam, że kolej nie radzi sobie z faktem, że dzieci do lat sześciu podróżują z wózkami. Wspólnym mianownikiem jest niestety to, że świat nie jest gotowy na matki i dzieci, choć i teologicznie, i demograficznie je do istnienia zachęca. W każdym razie nie na ten rodzaj nowej matki – może w moim przypadku po prostu starszej wiekiem – która oczekuje nieco szacunku, komfortu i godności.
Zostawmy kolej, wróćmy na chwilę do teologii, bo to akurat bardzo ciekawa sprawa. W dość charakterystyczny dla siebie sposób, Kościół katolicki ma więcej ideologii macierzyństwa niż teologii macierzyństwa. Jeśli chodzi o ciążę, najczęściej interesuje go ona ze względu na aborcję, albo na Matkę Bożą. Niewiele pomiędzy. Jeśli chodzi o matki, to myśli o nich w sposób wyidealizowany, raczej nie z perspektywy matek prawdziwych, ale ich synów, którzy stali się księżmi i teologami. Zatem gdy Kościół mówi o sobie, że jest jak matka (słynne od starożytności Mater Ecclesiae), mówi z perspektywy dziecka, nie osoby, która matką jest. Czyli nie jak matka, która cieszy się, że jednak dziecko dziś poszło z sukcesem do żłobka i trochę się emancypuje. Nie jak matka, która chce być też kimś jeszcze.
Gdy zaś Kościół myśli: poród, to… jak pokazuje w „A theology of becoming” wspomniana brytyjska teolożka Tina Beattie, wtedy Kościół nic nie myśli. To znaczy nie ma na to teologii i nie ma wiele metodologii, jak sobie z faktem rodzenia poradzić. Rodzenie nie tylko teologia, ale także filozofia uważały za naturalne jak wschody słońca, niewymagające namysłu. Nawet filozofki i teolożki feministyczne z początku wolały nie zajmować się czymś tak biologicznym i fizjologicznym, pewnie dlatego, że przez całą historię kobieta widziana była właśnie jako ciało, zatrzaśnięte w swojej biologii i konieczności reprodukcji.
Dopiero teraz teolożki zaczynają mówić: Hej, słuchajcie, tu się dzieje coś dzikiego, pięknego i ważnego! Jesteśmy religią Wcielenia, Boga, który rodzi się człowiekiem, może powinno nas to obchodzić? Może to ważne miejsce, z którego można myśleć o Bogu?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.








