Wpadasz na znajomą, której dawno nie widziałaś, i padają serdeczne pytania: „Opowiadaj, jak dziecko? Jak sobie radzisz? Co się zmieniło?”. Ona ma pięciolatkę, ty półtoraroczniaka. Porównujecie notatki etapów, wpływ dziecka na pracę i życie, na związek i podział zadań. Co dajesz radę zrobić, a czego nie? Z czego rezygnujesz, bo nie chcesz.
Obok znajoma, właściwie w tym samym wieku, której czwórka dzieci zaczyna wkraczać w dorosłość. Miała czas, żeby się otrząsnąć, pozbierać, odbudować. Nasze wymiany z pierwszą przypominają rozmowę dwóch osób po wypadku, wciąż w szoku. Tamta mówi spokojniej, z perspektywy. Choć wciąż pamięta, jak z rozpędu pracującej matki wyrzuciła dzieci pod szkołą, która była zamknięta z powodu nadchodzącej śnieżycy. Tak spędzamy lunch, między dwoma seminariami. Rozmowy miały być akademickie, ale są o byciu matką.
To, że macierzyństwo zanurzy cię w świat opieki, jest do przewidzenia. Wiadomo to o obojgu rodziców i wiadomo, że najczęściej pochłonie przynajmniej na początku najbardziej matkę. Że wciągną ją w to i hormony, okoliczności, sposób podziału obowiązków w parze, i to, jak jest zbudowany system pomocy społecznej w danym kraju. Z tej mieszanki powstaną różne intensywności macierzyńskiej opieki, ale prawie zawsze zmieniające życie.
Jest jednak tyle innych rzeczywistości, które każą stanąć w roli opiekuna. Choroba, starość, niedołężność, niepełnosprawność. Tu też często opieka jest kobietą. Tylko tym razem nie decyduje o tym biologia, hormonalny przymus czy zależność od mleka matki. Tu więcej do powiedzenia mają niedostatki systemu, stereotypy dotyczące płci, czyli wbudowane w system przekonanie, że żona, matka czy córka musi.
Wstrząsająco opisała to ostatnio w „Wysokich Obcasach” Katarzyna Kochmańska, opowiadając swoją historię bycia wpychaną w opiekę nad rodzicami, co wiązało się z powrotem do przemocowego domu. Do matki chorej, ale przez całe życie dominowanej przez ojca. Matki, która zaniedbywała własne zdrowie, dbając o męża. Matki zależnej finansowo od emerytury męża, bo niepracującej zawodowo.
Po 75. urodzinach kobieta, która urodziła dwoje dzieci, dostała od państwa 300 zł zasiłku pielęgnacyjnego. A teraz system (pod którym kryją się lekarze, pomoc społeczna, niemal każdy, kogo rodzeństwo prosi o pomoc) uważa, że czas na to, by miejsce po opiekuńczej roli matki wypełniła córka. „Ma pani obowiązek” – słyszy. „Uchyla się pani od opieki nad matką. Zły stan matki to pani wina” – oskarżają pielęgniarka z lekarzem rodzinnym. „Są na to paragrafy” – straszą, choć takich paragrafów nie ma.
Niewydolny system próbuje sprawić, by córka wypełniła miejsce tego, co ponoć należne płacącym składki. Niewidzialna i bezpłatna praca kobiet ma zostać uruchomiona, żeby nie obnażyć bezradności systemu pomocy społecznej.
Autorka obczytana w feminizmie jest świadoma tego, co się dzieje. Opiera się, ale momentami nie ma wyboru. Pielęgniarka podpowiada szeptem, żeby nie liczyła na pomoc społeczną, tylko szukała prywatnie. W końcu płatna opieka okazuje się jedynym wyjściem, ale tu też biorą ją na siebie kobiety. Tym razem migrantki, którym można zapłacić tyle, ile rodzina udźwignie.
Zatrzymał mnie ten tekst na długo, stąd polecenie siostrzanych łamów. Może to ta narracja w pierwszej osobie, a może społeczna bliskość autorki (pisarstwo, praca w kulturze, prowadzenie klubu książki), która uświadamia, że prędzej czy później trafić to może każdą i każdego z nas. I że tak samo odbijemy się od bram szpitala, przychodni i pomocy społecznej. Że często ostateczny wybór, kto się zajmie osobą wymagającą opieki, będzie miał płeć.
W opowieści Kochmańskiej uderza właśnie jej świadomość: „Stało się jasne, że wszystkie instytucje państwowe chcą szantażem moralnym i groźbą w postaci urojonych sankcji prawnych wymusić na mnie całkowite poświęcenie się opiece nad rodzicami. Czyli wracamy do podstaw – bez bezpłatnej opiekuńczej pracy kobiet państwo polskie nie funkcjonuje”. Autorka opowiada, jak nie chce dać się złamać, jak żąda pomocy systemu, buntuje się, nie chce się przystosować.
Jesteśmy starzejącym się społeczeństwem, które już dziś ma źle zorganizowaną opiekę. Sprywatyzowaną, zrzuconą najczęściej na kobiece barki. Może trzeba ją wymyślić na nowo, zanim runie razem z nami. Ot, takie apokaliptyczne rozmyślania w apokaliptyczne upały.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.








