Reklama

Święty Mikołaj w Nagorzycach

Święty Mikołaj w Nagorzycach

04.12.2017
Czyta się kilka minut
S. MAŁGORZATA CHMIELEWSKA: Prezent odrywa nas od codzienności. Czyni chwilę wyjątkową. I dlatego może być materialnym wyrazem miłości. Nawet jeżeli jest czymś drobnym.
PAWEŁ SADAJ
A

ARTUR SPORNIAK: Czy mała Małgorzata Chmielewska wierzyła w Świętego Mikołaja?

S. MAŁGORZATA CHMIELEWSKA: Nie pamiętam, ale najprawdopodobniej tak.

Nie pamięta Siostra jego odwiedzin?

Do domu nie przychodził osobiście. W zależności od konfiguracji miejsca, w którym mała Małgorzata mieszkała, albo wrzucał prezenty przez okno, albo pukał do drzwi wejściowych, wówczas otwierało się i pod drzwiami leżały prezenty. Albo też rodzice mocno kombinowali, by odciągnąć nas od choinki – np. zamykali nas na chwilę w jednym pokoju, potem był jakiś hałas i pod choinką znajdowało się prezenty. W mojej rodzinie prezenty dostawało się pod choinkę, a nie na mikołajki. Na mikołajki dostawaliśmy najwyżej jakieś pierniczki. To były inne czasy, więc inna była też waga prezentów. To nie było tak, że mieliśmy wszystko.

Czyli nie było momentu rozczarowania, że za prezentami nie stoi Święty Mikołaj, tylko rodzice?

Nie pamiętam takiego momentu. Natomiast pamiętam, że razem ze starszym bratem długo usiłowaliśmy utrzymać wiarę w Świętego Mikołaja u młodszego brata. Miał chyba siedem lat, gdy się połapał.

To jest ważne?

Oczywiście! Wtedy wiedzieliśmy, że to jest ważne, żeby wierzyć w Świętego Mikołaja. To nie było zgrywanie się. Dzisiaj także w Zochcinie wszystkie dzieciaki razem z moim niepełnosprawnym Arturem czekają na prezenty. Wyglądają przez okno, wypatrując pierwszej gwiazdki. Problem jest wtedy, gdy są chmury, wówczas coś kombinujemy. Potem jest dzwonek i prezenty są wrzucane przez okno (to dzieje się na parterze, więc jest to możliwe). Zabieramy je pod choinkę i rozdzielamy adresatom. To jest chwila ogromnej ekscytacji. Dzieci, które zdążyły już u nas dorosnąć, pamiętają właśnie ten moment.

Jakie prezenty dostawali rodzice od Siostry?

Nie mieliśmy pieniędzy, więc prezenty robiło się własnoręcznie. Zazwyczaj jakieś rysunki czy wyklejanki wykonywaliśmy na zajęciach plastycznych w szkole. Tak, w podłym PRL-u! Pamiętam też, że robiliśmy ozdoby choinkowe, np. łańcuchy z kolorowego papieru.

A w jaki sposób Mikołaj wrzuca prezenty przez okno?

To jest cała technika. Trzeba niepostrzeżenie okno zostawić uchylone, aby Mikołaj mógł je z zewnątrz otworzyć. Wszyscy czekają. Nagle rozlega się dzwonek. Dzieci wołają: „Przyjechał!”. Zanim otworzymy drzwi, Mikołaj przekłada worki z prezentami przez okno i znika. Czasem zostawia je pod drzwiami. Jest wówczas wielki krzyk: „A gdzie Mikołaj!?”. Ale to jest łatwo wyjaśnić: przecież się spieszy, bo musi oblecieć wszystkie dzieci w jeden wieczór. Małe dzieci i Artur bardzo ten zwyczaj przeżywają. Emocje są tak duże, że nie zadają zbyt wielu pytań.

A jaki prezent Siostra najlepiej pamięta z dzieciństwa?

To była miniatura wózka na kółkach, którą dostałam na Gwiazdkę. Wówczas prawdziwe wózki dziecięce były robione z cienkiej sklejki. Miały taką odsuwaną budę. Moja miniaturka była wierną kopią, można było w niej wozić lalki. Akurat się przeprowadziliśmy i byłam na podwórku nowa. Ale gdy wyszłam z tym wózkiem, natychmiast znalazłam koleżanki. Pamiętam ten wózek jak dziś.

Siostra bawiła się lalkami?

Oczywiście, ale bawiłam się również pistoletami na kapiszony.

Wpływ starszego brata?

Trudno powiedzieć, bo on był raczej molem książkowym. Na podwórku bawiliśmy się, czym popadło, bo była naprawdę duża bieda. Moje marzenie o hulajnodze nie zostało nigdy spełnione. Nie mówiąc o rowerze, który był zupełnie nieosiągalny. Kiedy starszy brat dostał kolarkę, to był cud! Miał wówczas chyba z 16 lat. My młodsi nigdy nie dostaliśmy roweru. Ja na rowerze starszego brata jeździłam pod ramą.

Gdzie rodzice pracowali?

Tato był lekarzem, a mama nauczycielką.

Lekarzom nie powodziło się wtedy ciut lepiej?

Nie, jeżeli nie byli – jak to tato mówił – „złodziejami czasu”, czyli nie pracowali w tym samym czasie na trzech etatach.

A zwykle co Siostra dostawała w prezencie – lalki, pistolety?

Zawsze były słodycze. Czasem ubrania, czapki, szaliki – w zależności od potrzeb. Pamiętam, jak młodszy brat dostał enerdowskiej produkcji kolejkę elektryczną. Była na baterię i jeździła po torach. Boże, co to był za szał! Oczywiście dorośli się tym bawili. Poza tym dostawało się książki – to był zawsze prezent!

Ma je jeszcze Siostra?

Sto tysięcy razy już się przenosiłam z miejsca na miejsce, więc je porozdawałam. To były różne książki – oczywiście „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren. Książki czytaliśmy namiętnie. Wyczytaliśmy prawie całą bibliotekę dla dzieci, która była blisko nas. To była świetna biblioteka, w Warszawie na Ochocie. Co tydzień panie bibliotekarki zapraszały dzieci i opowiadały im bajki. Robiły to – pamiętam – bardzo pięknie. Tłum dzieci przychodził.

Książki były naszą pasją. Nie było telewizora. Pierwszy telewizor ojciec pożyczył (!) na któryś z Konkursów Chopinowskich. Funkcjonowały wówczas wypożyczalnie telewizorów.

Jakie to były lata?

Sześćdziesiąte. Potem ojciec już kupił telewizor, ale nie pamiętam, żebyśmy często oglądali telewizję – nie było w niej wówczas specjalnie dużo rozrywki. Głównie bawiliśmy się na podwórku. Pamiętam, że jedno z dzieci miało piłkę – prawdziwą, skórzaną.

A jakie teraz na Gwiazdkę dajecie sobie prezenty?

Mamy kilka wigilii. Przede wszystkim jest ogólna wigilia z wszystkimi mieszkańcami. Każdy dostaje pod choinkę jakiś prezencik – w zależności od tego, na co nas stać: jakaś dobra czekolada, kawa, dezodorant, lepszy żel pod prysznic – to, na co ich na co dzień nie stać. Oprócz tego mam rodzinę, na którą składają się moje adoptowane dzieci, które zdążyły już dorosnąć, oraz rodzinę Wojtka i Tamary – członków wspólnoty. W rodzinie jest kolejna wigilia. Co do prezentów, to będziemy losować i każdy dostaje jedną osobę, której ma kupić prezent. Rodzina jest liczna, liczy około 15 osób, więc nie stać nas, by wszyscy kupowali prezenty wszystkim. Wigilia rodzinna będzie w Nagorzycach, a tam też mamy rezydentów – jest dwóch księży: Tomaszek i Grześ Syryjczyk. Wszyscy razem spędzamy wigilię. Zwykle kupujemy książki, ładniejsze ubrania, przy których normalnie ręka nam drgnie, by sobie je kupić, czasami lepsze kosmetyki.

Jeśli chodzi o dzieci, to bardziej liczy się ilość prezentów niż ich jakość. Prezentów musi być dużo! Ważne jest to zwłaszcza dla Artura. Mogą być gadżety za pięć złotych, byle ich było dużo. Chodzi przecież głównie o to, żeby sprawić obdarowanym przyjemność.

Niedawno spotkaliśmy się na krakowskich Plantach i Siostra niosła w prezencie Arturowi kolorowanki: „Bo prezent musi być!”.

Rzeczywiście, prezent musi być. Dzisiaj byliśmy u dentysty i Artur bardzo grzecznie siedział z jednego powodu: wiedział, że dostanie prezent. Pani dentystka nigdy nie bierze od nas pieniędzy, przeciwnie – Artur dostaje zawsze od niej jakieś pieniążki i dzisiaj za te pieniążki kupił dwa plastikowe globusy. Więc prezenty muszą być i jestem jak najbardziej za ich dawaniem. Jeśli tylko jest możliwość i okazja. To mogą być drobiazgi, ale świadczą one o pamięci, o naszej miłości.

Co się staje z tymi prezentami Artura, bo ich jest chyba bardzo dużo?

Tanie gadżety ulegają zniszczeniu, a np. książki albo rozdaje się dzieciom, albo daje do naszej świetlicy – tak, by Artur nie widział. Inaczej byśmy utonęli w tych rzeczach. W tej chwili Artur ma np. cztery książki o tym samym tytule. Dzisiaj kupione globusy po jakimś czasie zapewne rozłoży na kawałki i będą mu służyć np. jako pudełka na spinacze.


Czytaj także: s. Małgorzata Chmielewska: Zacznijmy od siebie


Czy Artur sam lubi dawać prezenty?

Bardzo lubi, ale daje tylko mnie. Często jest tak, że jak dostanie jakąś książkę, albo ją sam kupi, mówi: „To dla Gosi”. Artur ma zwyczaj zabierać nam wszystkie zapalniczki, zwykle chowa je do butelek. Ale zabiera po to, żeby jak np. trzeba będzie zapalić gaz w kuchence, mógł nam usłużyć. Czasem też droczy się z nami, mówi: „Nie dam!”. Ale generalnie Artur lubi być potrzebny. I lubi dbać o mnie. Gdy skończę czytać wieczorem książkę, chowa ją pod poduszkę. Kiedy natomiast kładę się koło niego – zawsze ktoś musi z nim spać, bo w nocy zdarzają mu się ataki padaczki – wówczas wyciąga książkę spod poduszki i mi oddaje. Dla samej przyjemności dawania. Pilnował ją dla mnie. Artur też lubi robić przyjemności.

Czy jest jakiś prezent, który chciałaby Siostra dostać?

(śmiech) Nie zastanawiałam się nad tym. Generalnie mam wszystko, co do życia potrzebne. Nie mam specjalnych życzeń. Każda drobna rzecz otrzymana od kogoś, kto dał mi ją z serca, sprawia mi przyjemność.

A Artur nie był takim prezentem?

Czyli mówimy o grubszych prezentach? To oczywiście. Zresztą nie tylko Artur był takim prezentem, ale wszystkie nasze dzieci, wszyscy członkowie wspólnoty, i wszyscy nasi mieszkańcy są prezentami, które dają radość. Także zwierzaki – w tej chwili właśnie drze się nasz papug, bo słyszy, jak rozmawiam, i jest o mnie zazdrosny. Grubsze prezenty są oczywiście prezentami, ale nie takimi, które można kupić.

Można je tylko dostać…

…i należy o nie bardzo dbać, żeby ich nie stracić.

Wracając do zwykłych prezentów – co Siostra robi z nietrafionymi?

Różni ludzie obdarowują mnie przy różnych okazjach rozmaitymi rzeczami. Co z nimi robię? Rozdaję. I są ludzie, którzy z tych prezentów się bardzo cieszą. Nie mam nawet gdzie gromadzić tylu gadżetów.

A co to jest na przykład?

Rozmaite pendrive’y, powerbanki, albumy... Ostatnio otrzymałam dwie prześliczne filiżanki. Dostała je moja córka. W mojej sytuacji tego typu rzeczy absolutnie nie zdają egzaminu. Natomiast gdy ktoś ma prywatny dom, mogą mu się przydać.


Czytaj także: s. Małgorzata Chmielewska: Gdzie jest Kalkuta


Marketing wykorzystuje naszą słabość do dawania i otrzymywania prezentów i zwłaszcza teraz, przed świętami, zasypuje nas propozycjami. Jak sobie Siostra z tym radzi?

O tyle mnie to niecierpliwi, że kasowanie niechcianych linków z poczty pożera mi czas.

Nie wchodzi czasem Siostra na te strony, skuszona, że coś będzie taniej?

Nie. Wiele rzeczy kupujemy przez internet, bo mieszkamy na wsi, ale zawsze to ja sama wybieram.

Ostatnio otworzyłem link reklamujący Black Friday. Był piątkowy wieczór i w tym internetowym sklepie wszystkie przecenione produkty zostały już wykupione.

Więc ja inaczej korzystam z internetu – sprawdzam ceny w porównywarce cen. Wtedy rzadko kiedy nie udają mi się zakupy. Jeśli trzeba kupić pralkę czy lodówkę, nie mamy czasu jeździć po sklepach. Internet tu się sprawdza. Nigdy natomiast nie klikam na wysyłany do mnie reklamowy spam – to moja zasada.

Przysłowie mówi, że więcej szczęścia jest w dawaniu. To prawda?

Oczywiście, że tak. Jeśli ktoś coś dostanie i uśmiechnie się, jest zadowolony, to sprawia to ofiarodawcy radość. Na co dzień żyjemy tym, co konieczne. Żeby podkreślić wyjątkowość momentu świąt, obdarowujemy się przedmiotami, na które normalnie byśmy sobie nie pozwolili. Prezent odrywa nas od codzienności. I dlatego może być materialnym wyrazem miłości.

Ludzie, z którymi mam do czynienia, naprawdę są szczęśliwi, otrzymując prezent. Ostatnio kilku rodzinom kupiliśmy węgiel. Taki prezent to naprawdę jest szczęście. Dla naszych dwojga młodych stypendystów ktoś zafundował ubrania. Dziewczynka, która jest teraz w pierwszej klasie licealnej, pierwszy raz w życiu była w galerii handlowej, a mieszka niedaleko miasta, w którym jest ta galeria. I chyba pierwszy raz w życiu dostała nowe ubrania. Pełnia szczęścia!

Oczywiście można się obyć bez wielu rzeczy materialnych, ale one mogą też przynieść radość i szczęście, np. podnosząc poczucie własnej wartości. Nie mogą zastąpić poczucia wartości, ale mogą je podnieść. Jeśli dzieciak zawsze siedział w szkole w ostatniej ławce, bo zawsze chodził w używanych rzeczach, gdy dostał zupełnie nowe ubranie, poczuł się inaczej. Miałam przypadek, że rodzinie chciano odebrać dzieci, bo chodziły w używanych rzeczach.

Prezenty też jednak mogą upokorzyć.

Dlatego trzeba je rozsądnie dobierać. Jeżeli komuś, kto – powiedzmy – nie zawsze lubi się myć, na Boże Narodzenie damy pod choinkę mydło, to będzie złośliwe. Raczej przedtem należałoby mu dać to mydło i pomóc w tym, żeby się doprowadził do porządku. Jeżeli ludzie dają podarte, brudne rzeczy albo rzeczy sprzed dwudziestu lat, których dzisiaj nikt nie nosi, jest to upokarzające. Nie można liczyć, że człowiek ubogi będzie chciał w tym chodzić. Człowiek ubogi chciałby wyglądać tak, jak wszyscy inni ludzie.

Prezent jako problem?

Tak, bo wymaga od nas wysiłku miłości. Wymaga pomyślenia, co temu człowiekowi naprawdę sprawi przyjemność, a nie: co mnie sprawi przyjemność. Wiem np., że kawa wszystkim naszym mieszkańcom sprawi przyjemność, bo wszyscy ją piją.

Przepis na dobry prezent?

Przyjemność, troska i pewna doza niespodzianki. Bo Święty Mikołaj to przecież zaskoczenie. I broń Boże żadne rózgi czy tym podobne rzeczy!

I wtedy jest wyrazem miłości?

Oczywiście. Mówię: pamiętam o tobie! A że jesteśmy ludźmi, nie aniołami, wobec tego rzeczy materialne sprawiają nam czasami przyjemność.

Sobór Watykański II podał krótką receptę na szczęście: „Człowiek nie może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko przez bezinteresowny dar z siebie samego”. To my zatem mamy być ostatecznie prezentem…

To podstawa życia duchowego każdego chrześcijanina. Dar z siebie wyraża się w bardzo różny sposób. Także w dawaniu prezentów, bo żeby coś dać, z czegoś muszę zrezygnować. Na co dzień darowujemy siebie, np. swój czas, odrabiając z dziećmi lekcje, gotując obiad, robiąc pranie czy pracując, żeby zarobić na rodzinę. Jeżeli tym codziennym czynnościom nadamy również sens daru dawanego z radością – a nie cierpiętnictwa! – to wtedy będziemy szczęśliwymi ludźmi. Bo wszystko, co będziemy robili, będziemy robili z miłością.

Ale o sobie czasem też trzeba pomyśleć…

Oczywiście, trzeba czasem sobie kupić buty i skarpetki, żebyśmy mieli w czym chodzić. Jak również trzeba czasem przeczytać fajną książkę. Dlaczego sobie sami nie mamy sprawiać drobnych przyjemności? Życie składa się nie tylko z duchowych przeżyć, ale także z tych zwyczajnie ludzkich, w zależności od tego, co kogo cieszy. Dlaczego np. mielibyśmy nie zjeść obiadu z przyjaciółmi? By czerpać z życia radość, trzeba je celebrować od świtu do nocy.

Zastanawia mnie jednak pewność ojców soborowych o trafności tego przepisu na szczęście: „nie może odnaleźć się w pełni inaczej…”.

Człowiek, który nikogo nie kocha i przez nikogo nie jest kochany, jest najbardziej cierpiącym człowiekiem na świecie. My to widzimy, bo spotykamy ludzi, którzy nigdy nie byli kochani albo byli źle kochani. Nigdy też nie kochali albo kochali źle. Takie nieszczęście w sposób zewnętrzny doprowadza czasami do bezdomności, ale przede wszystkim do głębokiej samotności i życia w poczuciu niskiej wartości. Bo kiedy nabieramy poczucia wartości? Gdy jesteśmy oczekiwani przez kogoś, gdy ktoś się cieszy z naszego powodu. Weźmy dwie sytuacje: rodzina cieszy się z długo oczekiwanego dziecka, a gdzie indziej mamy przerażoną dziewczynę, która nie chce tego dziecka. Jeżeli ktoś już od urodzenia nie odczuwa miłości, będzie się czuł niepotrzebny na świecie, więc będzie sam siebie uważał za bezwartościowego.

Natomiast jeśli chodzi o dar z siebie, życie chrześcijanina to całkowity dar Panu Bogu. Wszystko, co robię, robię z Chrystusem, dla Chrystusa i w Chrystusie – niezależnie od tego, czy jestem zakonnicą, czy osobą świecką. Oczywiście nie zawsze jestem w stanie o tym pamiętać, ale dlatego kształtujemy nasze sumienie, nasze postawy, uczymy się wyborów, dlatego jest spowiedź itd. Przede wszystkim jest to życie w wolności. I po drugie – jest to życie w miłości. Wtedy każda codzienna czynność nabiera nowego sensu. Nawet prasowanie może być przyjemne (nie znoszę prasowania).

Czy Siostra wie już, co dostanie pod choinkę?

Nie mam zielonego pojęcia.©℗

S. MAŁGORZATA CHMIELEWSKA jest przełożoną Wspólnoty „Chleb Życia”, żyjącą wśród ludzi w trudnej sytuacji życiowej. Założyła w Polsce osiem domów dla osób bezdomnych i chorych. Mieszka razem z bezdomnymi i uchodźcami w Nagorzycach, w województwie świętokrzyskim.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Kierownik działu Wiara w „Tygodniku Powszechnym”. Ur. 1966 r., absolwent Wydziału Mechanicznego AGH, studiował filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie i teologię w Kolegium...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Siostro, jest Pani wspaniałym człowiekiem. Wszystkiego dobrego.

Bardzo lubię Siostrę, jest fantastyczna.

Dziękuję
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]