Misterium grozy i fascynacji
Nie wiem, czy było to wycie, ryk, czy huk. Nie potrafię powiedzieć, czy ten dźwięk pochodził z morza, czy z wiatru. Nie można było odróżnić, gdzie kończyły się ściany fal, a gdzie zaczynała kopuła chmur. Słony pył otaczał szczelnie, wciskał się do płuc. By zrobić wydech, trzeba było z całych sił kurczyć przeponę i mięśnie przy żebrach. Drżenie z zimna. Kilka skulonych postaci w kolorowych sztormiakach, ledwo widocznych w strugach deszczu (a może to morska piana?). Kilka postaci w tle świadomości – zostali daleko na brzegu, kochają mnie, ja kocham ich, jeśli przeżyć, to dla nich.
Czy był strach albo lęk? Raczej groza przechodząca w podziw i fascynację. Groza i ekstaza? Anglicy mają na to słowo: awe. Starożytni powiedzieliby: tremendum et fascinans. Kapitan naszego jachtu (teraz wiem, co znaczy fraza „łupinka na falach”) przyznał potem, że byliśmy blisko, właściwie na granicy tego i tamtego świata. Ale czego bym nie robił, ile lat by nie minęło od tego sztormu, tli się we mnie pragnienie, żeby tam wrócić.
Bóg, który wszystko wypełnia
Tamten obraz, a bardziej nawet tamto uczucie (na które po polsku trudno znaleźć słowo) wróciło do mnie, gdy siedziałem przed domem w ciepły kwietniowy poranek. Światło słoneczne nabierało koloru jasnej zieleni młodych liści. Ogród grał jeden z moich ulubionych utworów: świergot rudzików, szpaków i ten dalszy, spośród drzew, nie wiem czyj. A w tle buczenie trzmiela, który krótkimi przelotami (wyglądał właściwie, jakby skakał w zwolnionym tempie) przemieszczał się w górę trawnika, coraz bliżej moich stóp. Budziły się osy i szerszenie.
Wyciszenie umysłu śledzącego pracę trzmiela, lot motyla, godowy śpiew kosa; błądzenie swobodnie wzrokiem po zamglonych pasmach gór; otwarte usta, chłonące w podziwie słoną grozę sztormu – to jak krok za krokiem w procesji do Komunii Świętej Świata. Pięknie, pięknie – zaszeptał w tyle głowy sceptyk – ale czy z równie pobożną otwartością przyjmiesz ukąszenie komara (albo żmii)? I co zrobisz, gdy w kolejnym procesyjnym kroku wdepniesz w miękkie i śmierdzące odchody jakiegoś zwierzęcia?
A przecież jeśli rację ma Pismo i „On wszystko całkowicie napełnia” (Ef 1, 23), dotyczy to tak samo zapachu kwitnącej czeremchy, jak i woni gnijącego truchła wrony, tak śpiewu słowika, jak i warkotu piły mechanicznej ścinającej drzewo, tak samo jasnego obłoku na błękitnym niebie, jak i gęstych, szarych chmur z burzowymi wieżyczkami, tak promieni słońca, jak niespodziewanie wracającego wiosną deszczu ze śniegiem, i rozgrzanej trawy, i zimnego błota, i gryzącego w oczy kurzu.
Wyprawa otwartych oczu
Pamiętam siebie nastoletniego, przeżywającego w religijnej grupie wakacyjne rekolekcje. Gdy pogoda była odpowiednia, zostaliśmy wysłani na ważne religijne ćwiczenie, które nazywało się „wyprawą otwartych oczu”. Chodziło w nim o to, by zauważyć piękno i harmonię świata – mającą świadczyć o dobroci jego Stwórcy. Rozchodziliśmy się po łąkach i niewielkich zagajnikach. Leżeliśmy w trawie, jedliśmy jeżyny. Dzięki Boże! Tylko czemu kłują? Nagle: kot z gracją skoczył na mysz; dostojnie oddalił się z szamoczącym ciałkiem w zębach; z uroczego pyszczka kapała krew.
Piękno i harmonia świata jest prawdą. Strach i ból myszy jest prawdą. Aksamitny smak jeżyn jest prawdą. Uczulenie kolegi i jego trudności z oddechem, gdy użądliła go osa ukryta w jeżynach, są prawdą. I dzisiejszy poranek, ciepły, ale nie za gorący, słoneczny i rozbrzmiewający kojącym duszę świergotem ptaków jest prawdą. I nadchodząca znad lasu burza – pierwsza w tym roku z piorunami (syrena ochotniczej straży pożarnej już wyje) – jest prawdą. A powstające uczucie, na granicy tego, czego pragnę (i co, gdy tylko się stanie, zaraz ucieka), i tego, czego boję się i nie chcę (co jednak nieuchronnie nadchodzi) – to samo uczucie, które ogarnęło mnie podczas tamtego sztormu – ono jest tą tajemną do prawdy furtką, ukrytą gdzieś na tyłach świadomości, zwykle zasłoniętą iluzją trwałego „ja”, tak mocnego, że zdolne jest kontrolować siebie i rzeczywistość.
Wyprzedzą was ptaki i ryby
Wiatr, powietrze na twarzy, wciągam je w płuca, razem z tlenem i pyłem. Czuję, że żyję, i czuję, że kaszlę. Kaszel się skończył, ale znów wdech i znowu wydech – mój do głębi, a przecież nigdzie, od dna płuc aż po horyzont, nie ma żadnej granicy, muru ani przepaści – tylko ten sam ruch mieszaniny gazów, we mnie i wokół mnie. Jak zapisano w apokryficznej Ewangelii Tomasza: „Mówi Jezus: Jeśli wasi przywódcy powiedzą: »Królestwo jest w niebie«, to ptaki niebieskie wyprzedzą was. Jeśli powiedzą: »Królestwo jest w morzu«, wyprzedzą was ryby. Lecz królestwo jest wewnątrz was i na zewnątrz was. Gdy poznacie samych siebie, zostaniecie poznani i zrozumiecie, że jesteście dziećmi Ojca żyjącego. A jeśli nie poznacie siebie, jesteście ubodzy i sami jesteście biedą” (Ewangelia Tomasza 3). Oddycham, powietrze jest we mnie, powietrze jest wokół. Wiem, że oddycham – Królestwo jest we mnie, Królestwo jest wokół.
Trzeba tylko zrozumieć słowa, które miał zapisać Tomasz-Bliźniak: „Mówi Jezus: Rozpoznaj, co masz przed sobą, a to, co ukryte, objawi ci się. Gdyż nie ma nic ukrytego, co by się nie ujawniło” (Ewangelia Tomasza 5). To, co ukryte, staje się jawne, gdy rozpoznaję, co mam przed sobą: że idąc ścieżką w zaroślach, wszedłem na teren dzików (locha z młodymi), lepiej jest się wycofać; że po słonecznej pogodzie nadchodzi deszcz, po wiośnie i lecie – jesień i zima, i nie zatrzymam tej zmiany; że gdy ciśnienie rośnie, rośnie moja łagodność, gdy spada ciśnienie – robię się rozdrażniony; że nie potrafię wyjaśnić, jak piękno godzi się z bólem, dlaczego lot sokoła kończy się śmiercią gołębia…
Co jednak staje się jawne? Czy to można powiedzieć? Nie bardzo – słowa zatrzymują procesję życia w pół kroku. Spróbujmy jednak słowami nowiny Bliźniaka: „Ja jestem światłem, które jest ponad wszystkim. Ja jestem wszystkim. Wszystko wyszło ze mnie i wszystko do mnie wróciło. Rozłupcie drzewo – ja tam jestem. Podnieście kamień – znajdziecie mnie tam” (Ewangelia Tomasza 77). Tak, tekst Ewangelii Tomasza stwierdza wyraźnie, że to słowa Jezusa. Ale skoro On wszystko napełnia, skoro jest wszystkim – mówi to także przeze mnie. Choć im bardziej ujawnia się to, co ukryte, tym bardziej ja znikam. Więc może powiedzieć inaczej: rozłupcie drzewo, popłynie żywica, podnieście kamień, z wilgotnej ziemi wyjdą robale, drozd sfrunie z gałęzi, porwie, zaniesie pisklętom do gniazda…
Aż ukaże się przestrzeń
To, co ukryte, ujawni się jednak w pełni dopiero, gdy przyjdzie noc i zamilkną ptaki, w ciemności schowają się kamienie i drzewa. A zwłaszcza gdy ciemność ukryje powietrze, którego cząstka przepływa przez płuca, a reszta aż po horyzont – i ono wreszcie przestanie zasłaniać. Wtedy dopiero będzie można położyć się plecami na ziemi i patrzeć, patrzeć uważnie, powoli na gwiazdy, aż spomiędzy nich ukaże się przestrzeń. Tak bezmierna, że znika w niej i trzmiel, i drozd, i drzewa, i nawet sztorm…
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















