Świadomość śmierci jest bardzo wartościowa. Nie wiemy kiedy, ale na pewno to nastąpi

Pamiętaj o śmierci – mówili mędrcy i święci – ta pamięć otworzy przed tobą życie.
Czyta się kilka minut
Fot. Nathaniel Gonzales / Stock.adobe.com
Fot. Nathaniel Gonzales / Stock.adobe.com

Nie możemy stwierdzić, ile życia panu jeszcze zostało. Może i kilka miesięcy, lub kilka lat, albo nawet i więcej. Ale biorąc pod uwagę, jaki jest pański organizm, może pan umrzeć w każdej chwili”. To ostatnie zdanie diagnozy brzmiało mi ciągle pod czaszką, jak wyrok: „Może pan umrzeć w każdej chwili… w każdej chwili…”.

Wyszedłem na ulicę. Zakręciło mi się w głowie. Oparłem się wzrokiem o fasady dobrze mi znanych secesyjnych kamienic. Czy widzę je po raz ostatni?

Wyrok

Przez dobrą chwilę koncentrowałem się na tej pomalowanej najbardziej jaskrawą farbą. Najpierw wpatrywałem się w nią tępo, świadomością przytłoczoną zalewem wspomnień. Stopniowo jednak moją uwagę zajęło tylko to, co teraz przede mną. Fantazyjny fryz. Sowa. Roślina, jej nazwy nie znam. Wzrok zacząłem przesuwać powoli w lewo, nie pomijając nawet drobnych szczegółów. Sycąc się widokiem wyrafinowanych architektonicznych detali, światłocieniem tworzonym przez słoneczne promienie padające ukośnie w lekko zamglonym powietrzu… Skoro ten widok może się już nie powtórzyć… Nagle dostrzegłem spore pęknięcie tynku. Dość! – pomyślałem. Co tu robić? – skoro „w każdej chwili…”?

Wystawiłem twarz do słońca. Jesienią, gdy ranki już zimne, sporo dni opanowanych przez wilgoć i deszcze, każdą taką plamę jasnego ciepła na skórze czuje się bardziej przyjemnie niż latem, gdy człowiek raczej chroni się w cieniu. Szkoda, że przez ostatnie dni nie zwracałem uwagi na tę przyjemność – pomyślałem z lekkim wyrzutem wobec siebie samego, przypomniawszy sobie mój sposób przemykania przez czas: z głową zaprzątniętą mnóstwem planów i spraw do załatwienia jutro, za tydzień, w następnym miesiącu.

Ale dość tych osądzających wspomnień, dzisiaj niebo bezchmurne, dziś jestem mądrzejszy, wobec właśnie poznanej diagnozy-wyroku bardziej uważny na dane mi chwile życia: oto światło słoneczne – ciepłe na skórze, żółto-pomarańczowe na liściach przygotowanych do swojego dziewiczego i ostatniego lotu. Lecz co tu robić? Nie mogę tylko tak stać i wygrzewać się w słońcu. Być może to ostatni dzień mojego życia. Jak go spędzić?

Smak

Robi się coraz cieplej, idę na lody, do tej lodziarni na rogu, dawno tam nie byłem. Kolejny dylemat: które smaki wybrać? Wszystkie dobre, a mogę zjeść tylko kilka. Niech będzie – pistacja, malaga i kawa. Jeszcze nigdy nie jadłem lodów tak wolno, pozwalając uwadze odczuwać, jak każdy kawałek wzięty do ust topi się na języku, uwalniając smak. Jakoś wcześniej nie zauważałem, że sama zmiana konsystencji lodów pistacjowych inna jest od malagi, i że obie zmiany też są przyjemne…

Lody skończone, życie jeszcze nie. Ale w każdej chwili… Co teraz? Wiem, co zrobię! Rzucę pracę, wrócę do domu. Zwolnię dzieci ze szkoły, powiem żonie, by wzięła urlop. Spędzimy ten dzień (może i kilka następnych) razem, relacje są najważniejsze! Zaraz, zaraz, nie tak prędko! – stary, zadomowiony w synapsach głos odpowiedzialnego człowieka z teczką obudził się i krzyczał coraz głośniej. Nie powiedzieli, że umrzesz dzisiaj! Powiedzieli tylko, że nie mogą stwierdzić, ile życia ci zostało! Być może (zapewne, najprawdopodobniej) będzie to lat kilka, kilkanaście, może i kilkadziesiąt (bo tego nie wykluczyli!). Nie panikuj, nie zmieniaj nic radykalnie! Rzucisz pracę, z czego będziesz żyć, ty i twoja rodzina! Może także i dla ciebie emerytura, a trzeba na nią zapracować. Głupku, nie zapominaj, wiele masz dziś ważnych spraw do załatwienia. Chcesz się nacieszyć życiem, a co z tymi, którzy zależą, na przykład w pracy, od ciebie?

Urok

Poszedłem zatem do pracy. Zauważając (że też dotychczas mi to umykało!), jak ładna droga do niej prowadzi. Nadbrzeże rzeki leniwie wystawiającej fale do słońca, park, wąska, urocza uliczka. Wszedłem przez bramę. Ta klatka schodowa ma klimat! Dzień dobry – usłyszałem od osoby stojącej w holu. Twarz i głos dobrze znane, słowa słyszane codziennie… A jednak: „dzień dobry” – tym razem uderzyło mnie, co znaczy to powitanie.

Dzień – czyli dzisiaj, bo to jedyny dzień, który istnieje, jedyny czas, który mam; dzień – czas, w którym nie śpię, jestem przytomny. Dobry – niektórzy mówią, że fraza „dzień dobry” to skrócona forma życzenia: „niech ten dzień będzie dobry”. Może to i prawda, z etymologicznego punktu widzenia. Ale – to właśnie uderzyło mnie, gdy dziś usłyszałem niby zwyczajne powitanie – na jeszcze głębszym poziomie „dzień dobry” to raczej stwierdzenie faktu: dzień, ten dzień, dzisiaj – jest dobry, po prostu.

Tak, tak, nieraz narzekałem: oj, znów poniedziałek…, oj, szkoda, że nie jest wczoraj, wczoraj to było fajnie… ach, Boże!, dziś jest koszmarnie… kiedy nadejdzie weekend, kiedy urlop, kiedy minie ta chwila, ta sytuacja… Lecz teraz, po usłyszeniu diagnozy-wyroku, zrozumiałem (poczułem?), że ten dzień, jaki by nie był, jest dobry. Bo: „w każdej chwili…”, a jednak oddycham, czuję tętno, smak lodów, słyszę „dzień dobry” i mogę odpowiedzieć tym samym.

Odpowiedziałem. Uśmiechnąłem się do ludzi wokoło (popatrzyli po sobie, zdziwieni). Zdziwiony byłem i ja. Wykonuję różne czynności, których efekt przyjdzie dopiero za jakiś czas. A jeśli mnie już nie będzie? Zwykle, szczególnie gdy było nudno lub ciężko, wyobrażałem sobie ten moment w przyszłości: dzisiejsze działanie przyniosło efekt, oto sukces i ja w jego centrum! Teraz jednak każde takie wyobrażenie rozwiewała myśl: „w każdej chwili…”. Z drugiej strony ta sama myśl otrzeźwiała uwagę: tu i teraz ruszam się, mogę myśleć, działać, rozmawiać, puszczać w ruch jakiś ciąg przyczynowy… Co się dalej z nim stanie? Teraz nie wiem, może nie dowiem się nigdy, ale w zamian jakaż radość z samego działania. Jakbym nagle zamienił się w dziecko, które właśnie nauczyło się chodzić i bawi się każdym kolejnym krokiem, nie za bardzo dbając, gdzie dojdzie…

Niewiedza

Ten dzień w pracy spędziłem jak w transie, jednocześnie trzeźwo świadomy: praca pracą, nie przeciągnę jej ani minuty, wracam do domu. Znowu wąska, urocza uliczka, park, teraz tramwaj. Cała droga zabarwiona tęsknotą i lękiem: czy zdążę? Czy zdążę pobyć z nimi, dać im odczuć, jak bardzo ich kocham. Nacieszyć się każdym ich słowem i gestem. Usłyszeć, lecz tak naprawdę, nie myśląc jednocześnie o czymkolwiek innym: „Tato, wygraliśmy mecz, strzeliłem dwie bramki!”; „Tato, Jasiek jest głupi, myślałam, że mnie lubi, a on mi dzisiaj dokuczał!”. „Hej, kochanie, kończy się kawa, skończył makaron, cukier i mydło; pojechałbyś ze mną dzisiaj do sklepu?”.

Ale czy mogę im się przyznać do tego, co wiem, a właściwie: czego nie wiem? Czy mogę powiedzieć, że nie wiem, czy ten uśmiech, to przytulenie, ten spacer nie są ostatnie? Ta niewiedza otwarła mi życie, ale czy ich nie obciąży? Hej, kochanie – spytała mnie przed zaśnięciem – co się stało? To było piękne popołudnie, ale, mam wrażenie, że jesteś dziś jakiś inny… Powiedziałem jej o diagnozie-wyroku, że nie da się stwierdzić, ile jeszcze, że w każdej chwili… Oj, kochanie – powiedziała opierając głowę na moim ramieniu – czy jest na tym świecie ktoś, kto ma inaczej? 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Ulotna pełnia