Byłeś na Boznańskiej? Widziałaś Chełmońskiego? Skąd te kolejki?

Kultury nie warto postrzegać w kategoriach albo-albo. Ludzka głowa jest pojemna, pomieści galerie malarstwa i galerie handlowe, filmy i filmiki.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

To naprawdę krzepiące widzieć, jak ludzie cierpliwie stoją w kolejkach – albo nawet i doczekują braku biletów – na wystawy w muzeach. I nie chodzi nawet o międzynarodowe, podróżujące hity czy o multimedialne spektakle, lecz o sztukę nobliwą i dobrze znajomą. „Znów nie udało mi się dostać na Boznańską, takie tłumy!”, „Na Chełmońskiego kolejka aż za róg” – takie cytaty zdarzyło mi się zasłyszeć osobiście, choć przypominają raczej żart rodem ze wspaniałego komiksu Krzysztofa „Prosiaka” Owedyka o subkulturze szopenowców (o konkursie specjalnie nie wspominam, choć niemal mundialowa atmosfera, jaka z każdą kolejną edycją mu towarzyszy, na pewno i tu by pasowała).

Tym, co tak przyciąga widzów i co budzi tak gorączkowe emocje, jest malarstwo oswojone, można by powiedzieć – ze szkolnego kanonu, widziane wiele razy w setkach reprodukcji, na pocztówkach, notatnikach i kubkach. Błotniste przedwiośnia polskiego pejzażu, roztopy, konne wozy, skromne, szare kuropatwy i żurawie jak pterodaktyle u Chełmońskiego, ciche niedopowiedzenia i stonowana paleta portretów Boznańskiej, malarstwo tak własne, że łatwo zaryzykować myśl, iż oczywiste aż do przezroczystości. A jednak stanąć oko w oko z płótnem – to inny rodzaj doświadczenia.

Między disco polo a klasyką: czy musimy wybierać

Gdybym miała większe skłonności do snobowania się, napisałabym triumfalnie, że popatrzcie: kolejki ustawiają się do galerii sztuki, a nie do galerii handlowych. Ale byłby to jedynie popis ignorancji. Najprawdopodobniej te same osoby, które z tak godnym podziwu uporem tkwią w kolejkach po bilety na klasyków malarstwa, lubią także galerie handlowe i może nawet specjalnie wybierają się tam na wyprzedaże w czarny piątek. Odbiorca kultury i zwyczajny klient to ten sam człowiek.

Uruchamianie odtwarzacza...

Bo też chyba największą i najbardziej żenującą mielizną, na jaką można wpaść, myśląc i mówiąc o kulturze, jest postrzeganie jej w kategoriach albo-albo. Choć pokusa publicystycznego popisu – a pewnie także i lekceważonej u siebie samego skłonności do snobizmu czy upodobania do sądzenia bliźnich – każe często wybierać, jakby grożąc bronią: albo sztuka, albo rozrywka, to jednak przeciętny człowiek bez większego problemu mieści w swoich upodobaniach jedno i drugie. 

Poznałam w życiu wystarczająco wielu ludzi, którzy nie widzieli, i słusznie, sprzeczności w tym, że można słuchać i disco polo, i Renaty Przemyk, Marka Grechuty czy muzyki filmowej. Przeciętna ludzka głowa jest pojemna i wcale nieszczególnie (na szczęście) poszufladkowana.

Odlot żurawi i głupie filmiki – wszystko w jednej głowie 

Być może człowiek ma jednak w sobie potencjał samoregulacji. I ten potencjał podpowiada mu pragnienie bliskiego, naocznego kontaktu z gęsto kładzionymi warstwami farby w bogatej tonacji brązów i rudoburości; zachęca, by przyglądać się uważnie, jak to też człowiek może wymyślić, że kropka bieli raptem tworzy światło, a z gąszczu plamek układa się melancholijna twarz dziewczynki sprzed ponad stu lat. Patrząc z bliska na choćby doskonale znany obraz, dziwimy się, i często nadziwić nie możemy temu, co potrafi ludzkie oko i ręka, podziwiamy nie tylko samo przedstawienie, ale i to, jak zostało wymyślone i zrobione, w naszych głowach odtwarza się proces. 

Dlatego tłoczymy się w kolejkach po bilety – nie tylko po to, by zobaczyć kuropatwy czy móc powiedzieć „widziałam kuropatwy”, ale też dla całej chwalebnej dziobaniny kryjącej się za ich dwuwymiarowym przedstawieniem. To coś, czego żadne zapośredniczenie dać nam nie może, i to właśnie podpowiada: idź zobaczyć malarstwo (także i takie, które już dobrze znasz: najprawdopodobniej tym razem zobaczysz w nim coś, co cię znów poruszy).

I znów: jest oczywiście pokusa, żeby pobawić się w pouczanie, bo tak przyjemnie przecież gromić z katedry: „jak to dobrze, że triumfuje klasyczne malarstwo, dzieło ludzkich rąk, a nie głupie filmiki z telefonu”. Tyle że znów nie ma tu żadnego albo-albo: najprawdopodobniej ci sami ludzie, którzy realnie zachwycają się „Odlotem żurawi”, oglądają także i błahe filmiki. Jedna ludzka głowa – i to najzwyczajniejsza, najbardziej przeciętna z powszednich ludzka głowa – jest bowiem zdolna pomieścić jedno i drugie.

Kura i jakaś dziwna kuropatwa // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Zobaczyć kuropatwy