Słaba silna wiara

Dlaczego mieszkańcy Nazaretu, rodacy Jezusa, omal nie doprowadzili swego ziomka do śmierci?
Czyta się kilka minut

Najłatwiej byłoby na to pytanie odpowiedzieć, sięgając po argumenty etyczne. Można by wtedy najzwyczajniej w świecie rzec: byli to ludzie nikczemni, podli. Typy spod ciemnej gwiazdy. I tak dalej. No bo jak można świętego człowieka, więcej, Syna Bożego, po prostu Boga, tak okrutnie potraktować? Czy człowiek może być aż tak bardzo zaślepionym, że nawet cuda nie robią na nim żadnego wrażenia? Nie, powiedzą inni, problem leży gdzie indziej. Przede wszystkim w słabości wiary nazaretańczyków. Gdyby mieli mocną wiarę, gdyby byli ludźmi głęboko wierzącymi, nie postąpiliby tak paskudnie, okrutnie. Czy jednak na pewno?

Niekoniecznie. Można twierdzić coś wprost przeciwnego. To nie zbyt słaba, ale nazbyt silna wiara nieomal nie doprowadziła mieszkańców Nazaretu do zbrodni. Nazaretańczycy byli przecież święcie przekonani, że o Jezusie, ich ziomku, rodaku, sąsiedzie, koledze wiedzą wszystko, co należało wiedzieć, znają Go jak nikt inny. Znali Go przecież od maleńkiego, jak się to mówi, na wylot, jak własną kieszeń. Tymczasem Jezus od odejścia z rodzinnego domu i miejscowości, zaczyna zachowywać się zupełnie inaczej. Nie tak, jak należało się spodziewać, że będzie, że powinien postępować. Na dodatek wcale, mimo rozlicznych uwag, napomnień, nie dość, że ze swego nagannego postępowania nie chce zrezygnować, to jeszcze je usiłuje uzasadnić, powołując się na autorytet samego Boga. Co gorsza, uważa siebie za kogoś, kto z Bogiem ma szczególną, niepowtarzalną zażyłość.

Mieszkańcy Nazaretu, występując przeciwko Jezusowi, czynią to z przekonaniem, że stają w obronie wiary, tradycji, wartości, swoich najgłębszych przekonań. Tym samym bronią się przed odarciem z tego, co uważali za najcenniejsze, bez czego nie sposób wyobrazić sobie dalszego życia. Dlatego sięgają po najostrzejsze środki, byleby to śmiertelne niebezpieczeństwo od siebie oddalić. Zlikwidować je raz na zawsze. Tak więc jeśli już można by im coś zarzucić, to nie brak wiary i gorliwości w jej wyznawaniu, ale jej nadmiar. To ten nadmiar spowodował, że utracili lub nigdy nie zdobyli się na wysiłek krytycznego myślenia. Mocne uczucia pomylili z mocnymi przekonaniami, bo czymże innym wytłumaczyć to tragiczne nieliczenie się z faktami. Postępowaniem w myśl zasady, że jeśli fakty nie zgadzają się z moim o nich wyobrażeniem, tym gorzej dla faktów.

To nazaretańskie smutne wydarzenie nie jest czymś wyjątkowym, jednostkowym, ale wpisuje się w cały ciąg jemu podobnych. Już w chwili poczęcia Jezus nastręcza kłopotu właśnie najbliższym. Następnie ten krąg zdezorientowanych jego wystąpieniami powiększał się, aż ogarnął ówczesny establishment religijny i polityczny. Co w rezultacie zaprowadziło Jezusa „na szubienicę”. Jeśli tak, to powinniśmy być szczególnie uwrażliwieni na to wszystko, co w kontaktach z Jezusem zaczyna nam nie pasować. Nazbyt często bowiem to, co uważamy za rozproszenie, wątpliwości, pokusę czy nawet za utratę wiary, w rzeczywistości jest Bożym błogosławieństwem.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 28/2012