Rynek książki: koniec wolnej amerykanki

W ramach Festiwalu Conrada pojawił się pomysł okrągłego stołu, który zbliżyłby do siebie środowiska twórców książek. Dyskusje przerodziły się w organizowany co roku Kongres Książki. Tam powstała koncepcja Konwencji Krakowskiej, wynegocjowanej przez przedstawicieli wydawców, pisarzy i tłumaczy.
Czyta się kilka minut
Magdalena Dębowska, Jacek Dehnel, Urszula Chwalba i Agnieszka Rasińska-Bóbr. Kongres Książki na Festiwalu Conrada, październik 2022 r. // Fot. Gabriela Baran / KBF
Magdalena Dębowska, Jacek Dehnel, Urszula Chwalba i Agnieszka Rasińska-Bóbr. Kongres Książki na Festiwalu Conrada, październik 2022 r. // Fot. Gabriela Baran / KBF

Gdybyśmy teraz chcieli sobie kupić płytę… no, dobrze, pewnie byśmy skorzystali z jakiegoś serwisu streamingowego, chyba że ktoś kupuje winyle… a i to raczej online… Ale dobrze: udawajmy, że chcemy kupić płytę CD. Otóż gdybyśmy się dowiedzieli, że w tym celu powinniśmy iść na koronę Stadionu Dziesięciolecia i zaopatrzyć się tam u faceta z wąsem, handlującego pirackimi kopiami z rozłożonej polówki, to mina by nam zrzedła. Rynek muzyczny wygląda dziś zupełnie inaczej niż trzydzieści lat temu. Tymczasem rynek książki pod pewnymi względami zanadto się nie zmienił.

Za PRL-u gra między autorami a wydawnictwami toczyła się według zupełnie innych reguł: istniała nie tylko cenzura państwowa, której podlegały wszystkie publikacje, ale też nieformalne zapisy, „obiektywne trudności z papierem”, które jak na złość dotykały akurat pisarki i pisarzy kontestujących władzę, celowe zaniżanie nakładów, przetrzymywanie rękopisów w oczekiwaniu na mniejszą czy większą odwilż, wydawanie w drugim obiegu. Ale nawet jeśli pominiemy politykę – choć wówczas, rzecz jasna, pominąć się jej nie dało, trzeba się było opowiedzieć, a długotrwałe skutki tego opowiadania się wiszą nad niektórymi biografiami do dzisiaj – to relacje w świecie książki nie były porządkowane przez kapitalistyczną logikę zysku. Wystarczy przeczytać „Lektury nadobowiązkowe” Wisławy Szymborskiej i jej narzekania na pożądane książki, które trafiały na rynek w ilościach śladowych i kupowało się je „spod lady”, podczas gdy wysokonakładowe albumy o rocznicy rewolucji październikowej bez końca stały na półkach. Zasadniczo jednak autorzy wiązali się z wydawcami na długo: podpisywali trwałe umowy, kolejne dodruki przynosiły im dochód wedle tych samych kontraktów.

Wilczy kapitalizm

Ale przewrót roku 1989 zmienił wszystko, w tym również rynek książki. Wielkie – i nierentowne – domy wydawnicze PRL-u wpadały w kłopoty, wylatywały na margines, walczyły o przeżycie, podczas gdy nowe firmy wyrastały jak grzyby po deszczu (i często równie szybko znikały). Przemiany technologiczne zlikwidowały zawód zecerów, a przemiany społeczno-gospodarcze wyrzuciły ogromną część redaktorów, korektorów i innych pracowników z etatów na niepewne freelancerstwo. Rozproszeniu ulegały nie tylko profesjonalne zespoły, działające razem od dekad, ale też archiwa i składy.


Wydarzenia na Festiwalu Conrada oraz treści związane z Festiwalem są bezpłatne. Jeśli chcesz, możesz wesprzeć jego powstawanie, kupując bilety dobrej woli i festiwalowe pamiątki na platformie Partnera Strategicznego Festiwalu – Allegro.


Rozpoczęły się czasy wolnej amerykanki, tak zwanego wilczego kapitalizmu lat 90., który na długi czas zadecydował o kształcie relacji pomiędzy różnymi grupami twórców książek: pisarkami, tłumaczami, wydawczyniami i dystrybutorami. Do dziś opowiada się anegdoty o firmach, które nieoczekiwanie się zamykały, nie zostawiając po sobie ani numeru telefonu, ani faksu, ani świstka z rozliczeniami. Albo o tłumaczach, którzy stawali do konkursu i dostawali do przełożenia „próbkę” – tyle że każdy dostawał inny fragment, a wydawca wszystko to scalał i wydawał pod zmyślonym nazwiskiem. Równocześnie upadek cenzury pozwolił sprowadzić do Polski rozmaite hity wydawnicze, których tłumacze byli jeszcze wynagradzani według dawnych zasad, to znaczy z tantiemami od sprzedanych egzemplarzy – szybko się z tym uporano i tantiemy zaczęły znikać z umów.

Cały bowiem ten okres cechował głęboki przechył w stronę wydawców, którzy zaczęli dyktować warunki; autorzy słyszeli, że to „standardowe zapisy umów i wszyscy takie podpisują”. Równocześnie działalność dawnych stowarzyszeń twórczych wyraźnie osłabła i oto rozproszone grono twórców książek stanęło naprzeciwko prężnych przedsiębiorstw z ich profesjonalnymi działami prawnymi. I choć po pierwszej eksplozji wiele małych, niepewnych firm upadło i rynek nieco się ustabilizował, wyłaniając nowych ważnych graczy, to w kwestii umów wolna amerykanka miała się nadal znakomicie.

Twórczynie i twórcy literatury, czy to zajmujący się pisaniem, czy przekładem, podpisywali nierzadko bardzo niekorzystne umowy (na przykład przenoszące prawa autorskie albo z bardzo nierównym podziałem zysków z praw zależnych, czyli tłumaczeń i adaptacji, w skrajnych przypadkach – z całkowitym zrzeczeniem się takich zysków). Sporo kontraktów zawierało wprost paragrafy nielegalne w polskim systemie prawnym – ale, podobnie jak w przypadku kredytowych umów frankowych, było to tak powszechne, że traktowane jako legalne „z obyczaju”.

Co więcej, nawet te – często tak niekorzystne – umowy były łamane i obchodzone. Nierzadko poważne wątpliwości budził – i nadal budzi – system rozliczeń pomiędzy wydawcami a autorami. Nie znaczy to, rzecz jasna, że za nieprawidłowości odpowiedzialni są tylko wydawcy; pisarzom i tłumaczom również zdarza się niedotrzymywanie terminów, niedostarczanie tekstów, na które otrzymało się zaliczkę, znikanie bez śladu i tak dalej. Istniały też – i nadal istnieją – wydawnictwa dotrzymujące wysokich standardów. Jednak problem był systemowy: szok lat 90. kompletnie przebudował cały rynek i gwałtownie wzmocnił jedną stronę transakcji (podobnie jak równolegle wzmocnił dystrybutorów kosztem wydawców i księgarzy-detalistów).

W krótkiej, „wilczej” perspektywie było to opłacalne; ale w długiej – szkodliwe dla całego rynku. Jasne, część relacji między twórcami a wydawcami to przeciąganie jednej kołderki, gra o sumie zerowej: gdzie jedna strona traci, druga zyskuje, i odwrotnie. Ale bardzo duża część tej współpracy wcale taka nie jest; przy książce pracują różne grupy zawodowe i każde z tych ogniw jest nieodzowne, jeśli chcemy dostarczyć czytelnikom wartościowe treści. Kiedy znikają wzajemny szacunek i zaufanie, cały proces ulega osłabieniu, ze szkodą dla wszystkich. O ile w innych krajach autorzy nierzadko przez całe życie publikują w jednej firmie, a wydawcy mają swoje „stajnie” nie tylko pisarzy, ale również tłumaczy, redaktorów i korektorów, o tyle w Polsce wszystko to jest płynne i niepewne: ludzie przechodzą z wydawnictwa do wydawnictwa, działają jako freelancerzy, wolne elektrony, od okazji do okazji. Tak być nie powinno.

Nowe otwarcie

Przedstawiciele mojego pokolenia, którzy wchodzili na rynek po roku dwutysięcznym, coraz częściej uświadamiali sobie, że cały ten system jest niesprawiedliwy i dysfunkcyjny.

Na szczęście ostatnie lata przyniosły istotne zmiany na mapie polskich stowarzyszeń twórczych – właściwie w każdej dziedzinie, gdzie dotychczas trwały (niekiedy siłą bezwładu) dawne związki, pojawiły się ich nowsze odpowiedniki, tworzone przez nowe pokolenie na zupełnie innych zasadach. W literaturze szlaki przetarło Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury, powstałe w 2010 roku, a w ślad za nim – gromadząca pisarki i pisarzy Unia Literacka, założona jesienią roku 2017, która od początku blisko współpracuje z STL.

Powstały umowy modelowe: najpierw dla tłumaczy, potem dla pisarzy (których napisanie sfinansowało Krakowskie Biuro Festiwalowe). STL i UL przeprowadziły badania umów, podpisywanych na polskim rynku książki (zarówno jeśli chodzi o tłumaczenia, jak i dzieła własne). Wreszcie pojawił się pomysł stworzenia w ramach Festiwalu Conrada okrągłego stołu, który zbliżyłby do siebie środowiska twórców książek i pozwoliłby znaleźć jakieś rozwiązanie: kodeks dobrych praktyk, z biegiem czasu te dyskusje przerodziły się w organizowany co roku w ramach programu Kraków Miasto Literatury UNESCO Kongres Książki. Tam właśnie narodziła się koncepcja Konwencji Krakowskiej, wynegocjowanej przez przedstawicieli trzech środowisk: wydawców, pisarzy i tłumaczy.

Wymiana postulatów i oczekiwań, a potem długie negocjacje nie tylko pozwoliły nam zrozumieć argumenty wydawców, ale też wypracować kompromisowe rozwiązania w zakresie konstrukcji umów, wynagrodzenia oraz widoczności wszystkich partnerów. Może się to wydać banalne, ale uznaliśmy, że warto podkreślić, iż współpraca pomiędzy twórcami i wydawcami powinna opierać się na zasadach szacunku, lojalności, szczerości i transparentności, a także wzajemności i symetrii w relacjach.

Warto dodać, że znaczna część zapisów Konwencji wynika po prostu z istniejących już przepisów obowiązującego prawa, którym nadaje konkretną, praktyczną interpretację. Inne natomiast wspomagają proces wydawniczy, nie generując dodatkowych kosztów, tylko na zasadzie wzajemnej pomocy.

W ślad za Konwencją powstał Wydawniczy Znak Jakości, którym mogą posługiwać się wszyscy sygnatariusze. Czytelnicy, którzy kupują książkę opatrzoną takim znakiem, powinni wiedzieć, że powstała ona przy zachowaniu standardów opisanych w Konwencji. Konwencję Krakowską podpisało już ponad dwudziestu wydawców. Wierzymy, że będą do nich dołączać kolejni.

Sama forma Konwencji jest potencjalnie otwarta: będzie ją można rozszerzyć o zapisy dotyczące innych środowisk: ilustratorów, redaktorów, korektorów czy księgarzy, jeśli ich przedstawiciele usiądą do stołu negocjacyjnego. Wiemy też, że takie dokumenty – podobnie jak umowy modelowe – nawet jeśli obowiązują tylko sygnatariuszy, to oddziałują na cały rynek, popularyzując właściwe rozwiązania. 

Wokół samej Konwencji powstało różnorodne, ale blisko ze sobą współpracujące środowisko, które może inicjować zmiany legislacyjne, lobbować za nimi lub szybko reagować, jeśli jakieś koncepcje reformy pojawiają się w dyskursie publicznym. Zważywszy, że weszliśmy wszyscy w okres intensywnych przemian prawnych i technologicznych, porozumienie to może się okazać kluczowe dla rozwoju – lub przynajmniej powstrzymania upadku – polskiego rynku książki. O tym wszystkim trzeba rozmawiać, a służy temu właśnie Kongres Książki.


W tym roku, podobnie jak w latach ubiegłych, w ramach Festiwalu Conrada organizowany będzie Kongres Książki. Stanowi on platformę dialogu dla różnych podmiotów działających na rynku książki: twórców, wydawczyń, księgarzy, bibliotekarek oraz promotorów literatury. Ich przedstawiciele spotykają się w Krakowie, aby porozmawiać o najważniejszych wyzwaniach dla branży (regulacje rynku, prawa autorskie, sztuczna inteligencja). Kongres jest także okazją do przybliżenia czytelnikom rozmaitych aspektów funkcjonowania rynku.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Koniec wolnej amerykanki

Artykuł pochodzi z dodatku Magazyn Conrad nr 1/2024