Ruszyły wakacje od ZUS. Dlaczego program nie ma sensu?

W kieszeni dość dobrze sytuowanej grupy społecznej państwo polskie zostawi dokładnie tyle, ile przez rok przeznacza na podstawowe zasiłki z pomocy społecznej. Ale to nie jedyny absurd tak zwanych wakacji od ZUS.
Czyta się kilka minut
Fot. Karol Makurat / Reporter
Fot. Karol Makurat / Reporter

Już trzy pierwsze dni listopada zaowocowały złożeniem ponad 50 tysięcy wniosków o zwolnienie z jednej miesięcznej składki na ubezpieczenie społeczne. Za zmianami wprowadzającymi tzw. wakacje od ZUS wiosną br. zagłosował Sejm, a listopad to pierwszy miesiąc, w którym polscy mikroprzedsiębiorcy mogą ubiegać się o taką ulgę. 

Ile ZUS straci na wakacjach od składki?

Na koniec ub. roku w Polsce mieliśmy zarejestrowanych niemal dokładnie pięć milionów jednoosobowych działalności gospodarczych, z czego – jak szacował sam GUS – blisko co piąta była w stanie zawieszenia. Gdyby jednak z grupy aktywnych JDG zaledwie co trzeci mikroprzedsiębiorca otrzymał od ZUS-u zgodę na zwolnienie ze składki, budżet naszej narodowej ubezpieczalni w skali jednego roku kalendarzowego stopniałby o mniej więcej półtora miliarda złotych – przy założeniu, że średni dochód z jednoosobowej działalności gospodarczej będący podstawą wymiaru składki oscyluje na poziomie około 6 tys. zł brutto.

Z danych, które GUS opublikował w czerwcu br., wynika coś jeszcze.

Ile zarabiają samozatrudnieni?

W 2023 r. polscy mikroprzedsiębiorcy po odliczeniu podatków i składek notowali średnio o 23 proc. wyższe dochody niż reszta społeczeństwa. Jeszcze w 2022 r. ta różnica wynosiła 16,6 proc. Przeciętny rozporządzalny dochód osoby zatrudnionej na etacie wyniósł w 2023 r. 2662 zł, natomiast samozatrudnionym po odprowadzeniu podatków i składek zostawało w kieszeni statystycznie po 3313 zł. 

W zeszłym roku pracownicy etatowi mogą wprawdzie cieszyć się wzrostem dochodu rozporządzalnego o 286 zł, ale właścicielom JDG wzrósł on aż o 568 zł. 

W kontekście tych liczb pytanie o to, dlaczego państwo polskie nieoczekiwanie zwalnia z powszechnego w końcu świadczenia tylko jedną grupę społeczną, a w dodatku tę, która w piramidzie dochodowej wcale nie znajduje się na dole, wydaje się w pełni uzasadnione.

Dlaczego państwo faworyzuje samozatrudnionych

Samozatrudnieni, jak i rozmaite konfederacje pracodawców, od lat mają na to pytanie tę samą odpowiedź. Ich zdaniem JDG stanowią motor napędowy polskiej gospodarki, filar stabilności społecznej (bez rzesz fryzjerów, monterów czy właścicieli sklepów na jednoosobowej działalności nasza codzienność byłaby o wiele mniej znośna). Wreszcie – laboratorium innowacyjności. 

Rzecz w tym, że to argumenty, które miały rację bytu może w Polsce lat 90., ale nie dziś.

Z danych GUS wynika, że w armii polskich JDG aż 383 tysiące osób wykonywało w ub. roku pracę na rzecz tylko jednego klienta – czyli byli to de facto pracownicy etatowi, których pracodawca zachęcił lub wprost zmusił do przejścia na samozatrudnienie. 

Znaczenie pozostałych dla polskiej gospodarki nigdy nie zostało zaś porządnie zbadane.

W dyskusji o przywilejach dla JDG zwykle pojawia się natomiast argument o ponad 30-procentowym wkładzie mikroprzedsiębiorczości do polskiego PKB. Ten tylko pozornie mocny argument zwykle nie napotyka w przestrzeni publicznej na kontrę w postaci obserwacji, że w tej definicji mieszczą się, owszem, jednoosobowe działalności, ale też firmy zatrudniające do 10 osób i wypracowujące w skali roku obrót do dwóch milionów euro. Czyli kwoty – powiedzmy to wprost – pozostające poza zasięgiem zdecydowanej większości polskich samozatrudnionych. 

Utrzymywanie mitu o roli, jaką JDG odgrywają w polskiej gospodarce, daje natomiast korzyści pracodawcom, którzy mogą łatwiej optymalizować koszty płacowe, skłaniając pracowników do przejścia na samozatrudnienie (w wielu firmach to dziś niemal standardowy element negocjacji podwyżki). Korzyści dla pracownika nie są już takie oczywiste: owszem, zwykle zyskuje więcej pieniędzy, ale kosztem braku ochrony, jaka przysługuje zatrudnionym na etat. 

Wakacje od ZUS nie dla wszystkich

Pomimo tych braków, ostatnie lata przyniosły w Polsce wysyp samozatrudnienia: od 2021 roku liczba JDG uległa niemal podwojeniu. Komplikacje z Polskim Ładem, a potem wojna w Ukrainie i spowolnienie gospodarcze wyhamowały ten trend, ale wciąż więcej Polaków rejestruje taką formę działalności niż ją zawiesza lub zamyka. Czy to oznacza, że mit mikroprzedsiębiorczości ma się w Polsce nadal dobrze?

Nie do końca. Działalność jednosoobowa to oczywiście nadal najprostsza i najwygodniejsza ścieżka wejścia do świata biznesu, która może skończyć się na rodzinnym warsztacie albo równie dobrze doprowadzić właściciela do miliardowych interesów. Z danych, które przedstawiła w zeszłorocznym raporcie „Gazeta Prawna”, wynika jednak, że na każde dziesięć nowo zarejestrowanych JDG z tradycyjnych branż (handel, gastronomia, hotelarstwo, piekarnictwo, usługi fryzjerskie) przypadało w zeszłym roku już 11 związanych z nowymi produktami i usługami, przede wszystkim w IT oraz z obszarem szeroko pojętej informacji i komunikacji. 

Samozatrudnienie Anno Domini 2024 jest więc coraz częściej narzędziem optymalizacji podatkowej dla przedstawicieli dobrze płatnych profesji. Narzędziem, podkreślmy, legalnym, trudno zatem mieć pretensje do ciężko pracujących ludzi, że nie odrzucają hojnej oferty swojego państwa. 

Nie da się jednak nie zapytać, jaki cel przyświecał nowelizacji, która raz na rok zwalnia z miesięcznej składki np. dobrze opłacanych programistów, ale nie daje tego samego przywileju ludziom kultury, którzy – poza nielicznymi wyjątkami – nie należą do finansowej elity.

Pisarze, kompozytorzy, architekci, reżyserzy, osoby prowadzące działalność edukacyjną – nie dla was wakacje od składek. 

Dlaczego akurat padło na was, a nie na przykład na kosmetyczki albo na branżę eventową? ZUS jeden raczy wiedzieć.

Listę absurdów tego przepisu wieńczy zaś fakt, że państwo, które co roku przeznacza na podstawowe zasiłki z pomocy społecznej około półtora miliarda złotych, niemal dokładnie tyle zamierza pozostawić w kieszeni grupy społecznej, która z pewnością nie należy w Polsce do najbiedniejszej. I to w tym samym niemal momencie, gdy autorzy głośnego raportu „Poverty Watch” alarmują o drastycznym wzroście poziomu polskiego ubóstwa

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”