„Zlikwidowaliśmy głodujące dzieci” – gdy Marek Suski z PiS w lipcu ubiegłego roku wypowiadał w jednej ze stacji radiowych to anegdotyczne zdanie (dopiero po chwili korygując jego wydźwięk), politycy formacji Jarosława Kaczyńskiego mogli jeszcze w miarę bezkarnie głosić tezę o zbawiennym wpływie działań swojej formacji na redukowanie polskiego ubóstwa.
Podobnie było tuż przed wyborami: dostępne wówczas dane o biedzie nie zwiastowały katastrofy.
Polska bieda: wina Tuska czy Kaczyńskiego
Gdy w połowie października, a więc niemal dokładnie rok później, rozgłos w mediach zyskał raport „Poverty Watch” (dokument Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu, zdający relację z rekordowo wysokich wskaźników polskiej biedy), politycy PiS zaczęli odruchowo wykrzykiwać: „Wina Tuska!”. „Niestety po roku od wygranych przez koalicję rządzącą wyborów Polakom nie żyje się łatwiej” – napisał na platformie X Michał Dworczyk.
Szybko jednak musiał swój wpis w popłochu kasować: eksperci od ubóstwa przypomnieli, że statystyczną skalę biedy poznajemy nie co miesiąc, ale raz w roku, i to z półrocznym opóźnieniem (alarmujące dane znane były już od końca czerwca, ale dopiero raport ESPU nadał im rozgłos). A skoro tak, to uchwyconą przez „Poverty Watch” sytuację da się czytać jak gorzką puentę rządów PiS.
Polityczną odpowiedzialność – do której jeszcze wrócimy, bo nie da jej się ograniczyć wyłącznie do działań jednej partii – zostawmy na boku. I spójrzmy na liczby, które nawet eksperci (a nie macherzy od internetowych nagłówków) opatrują dziś takimi przymiotnikami jak „alarmujące” czy „drastyczne”.
Niedostatek czy głód
Według „Poverty Watch”, raportu sygnowanego przez prof. Ryszarda Szarfenberga, czołowego badacza zjawiska ubóstwa – już dwa i pół miliona naszych rodaków żyje w skrajnej biedzie. Alarmujący jest wzrost w porównaniu z rokiem 2022 – o 800 tys. nowych skrajnie ubogich. Wzrosty widać także w grupach, o których przyzwyczailiśmy się myśleć, że państwo powinno je otaczać opieką. Bieda skrajna wśród dzieci podskoczyła z 5,7 proc. w 2022 r. do 7,6 proc. w roku kolejnym, obejmując już ponad pół miliona najmłodszych, a wśród seniorów – z 3,9 proc. do 5,7 proc.
Podkreślmy: mowa nie o sferze niedostatku, a więc o osobach żyjących poniżej innego, wyższego progu – minimum socjalnego – pod którym znajduje się już 17 milionów Polaków (nie brakuje im może na jedzenie, ale na pewno na inne rzeczy: niektóre rachunki, edukację, rekreację czy wyjazdy wakacyjne). Mowa o tym, że mniej więcej co piętnasty Polak, w tym co trzynaste polskie dziecko, żyją w skrajnej biedzie. Czyli za mniej niż 913 zł miesięcznie dla gospodarstwa jednoosobowego i za niecałe 700 zł w gospodarstwach rodzinnych. Ten drugi wskaźnik oznacza, że za mniej niż trzy tysiące złotych czteroosobowa rodzina musi opłacić rachunki i czynsz, a także kupić jedzenie i ubrania – bez pomocy państwa to misja niemożliwa.
Inny głośny raport o ubóstwie, coroczny dokument Szlachetnej Paczki, pokazuje konkretne przypadki ludzi, którym nie starcza wręcz na jedzenie – choćby sportretowaną przed rokiem panią Marię, której po opłaceniu rachunków zostaje 2,60 zł dziennie. Pokazują to też statystyki, choćby te zamieszczone w najnowszym raporcie Federacji Banków Żywności, która sprawdziła sytuację 1,4 miliona Polaków korzystających z paczek żywnościowych. Tylko co czwarta osoba z tego grona deklarowała, że może sobie codziennie pozwolić na zjedzenie ciepłego posiłku do syta. Ponad 80 proc. pytanych przynajmniej raz w ostatnim roku odczuwało głód, a 56 proc. z nich z taką sytuacją mierzyło się regularnie.
Doświadczanie skrajnej biedy dłużej niż przez dwa miesiące zagraża – jak wskazuje „Poverty Watch” – zdrowiu fizycznemu. Oznacza też – by zacytować znowu Szlachetną Paczkę – „powolne umieranie ciała i ducha. Odbiera ludziom marzenia, (…) pozbawia ich szacunku do samych siebie, brutalnie zabija pasje, wycofuje z relacji”.
Wzrost ubóstwa w Polsce: anomalia czy trend
Czy ten stan, dotykający – powtórzmy – nowych 800 tys. Polaków w ciągu ledwie jednego roku, to jednoroczna anomalia, czy trend? – Tak skokowych wzrostów nie mieliśmy od dawna, dlatego hipoteza anomalii jest warta rozważenia – mówi w rozmowie z „Tygodnikiem” prof. Szarfenberg. – Można mówić o zjawisku zwanym z angielska perfect storm, czyli o katastrofie będącej wynikiem kumulacji wielu czynników. Mieliśmy skokowy wzrost inflacji, bardzo niski wzrost gospodarczy i konsekwencje obecności ponad miliona uchodźców z Ukrainy, również dotkniętych skrajnym ubóstwem i bezdomnością. W dodatku w 2023 r. nie było jeszcze podwyżki świadczenia 500 plus, ani wzrostów zasiłków rodzinnych dla ubogich rodzin, czy też zasiłków z pomocy społecznej.
Zwłaszcza to ostatnie musi zrobić wrażenie na osobach nieznających realiów polskiego systemu pomocy społecznej. Utrzymanie bez zmian przyjętych jeszcze w 2021 r. progów zasiłkowych na poziomie 776 zł dla osoby samotnej i 600 zł na głowę w rodzinie, doprowadziło w 2023 i 2024 r. do sytuacji kuriozalnej – w Polsce żyje cała armia ludzi w skrajnej biedzie, których dochody są równocześnie „za duże”, by otrzymać zasiłek.
Ile jest takich osób? – Około półtora miliona – odpowiada prof. Szarfenberg. – I mimo że to wielki skandal, w polskich mediach i polityce jest o tym raczej cicho. Większy hałas był w 2009 r., gdy rządziła koalicja PO-PSL, i gdy świadomie zamrożono kryteria dochodowe dla pomocy społecznej. Wtedy kontekstem był jednak światowy kryzys. Nałożono też na Polskę procedurę nadmiernego deficytu, więc ministerstwo finansów cięło po wszystkim, po czym się dało. W tym po zasiłkach dla ubogich.
W ostatnich latach, dodaje autor raportu „Poverty Watch”, tym kontekstem jest świadczenie 500 plus, zwiększone niedawno do 800 plus. – I przekonanie, że program ten niweluje znacznie ubóstwo. W oparciu o to właśnie przekonanie PiS zamroził zasiłki rodzinne, wypłacane w niezmienionej wysokości od 2016 r., a także te z pomocy społecznej, podnoszone ostatnio w 2021 r. Władza ma co prawda obowiązek weryfikować je co trzy lata, ale nikt rządowi prawicy nie zabraniał robić tego częściej. PiS z tej możliwości nie skorzystał.
Efekt? Polska pomoc społeczna przez lata wzrastających cen i zarobków, za to stojących w miejscu zasiłków stawała się stopniowo systemową wydmuszką. Inny badacz ubóstwa i wykluczenia, ekonomista SGH prof. Paweł Kubicki mówił na naszych łamach kilka miesięcy temu, że polski system pomocy zbliżył się do modelu, w którym jedyną ambicją państwa jest nie dać ludziom umrzeć z głodu.
Czy nowy rząd zrobił cokolwiek, by to zmienić?
800 plus: podwyżka czy rekompensata
Do poprawy nie przyczyni się na pewno zamrożenie na kolejne trzy lata i tak niskich zasiłków dla ubogich rodzin. „Podwyżkę” 500 plus o 300 zł – pokłosie decyzji poprzedniej ekipy – można z kolei uznać za jedynie częściową waloryzację tracącego z roku na rok na wartości świadczenia. Nie inaczej jest z podwyższeniem progów dochodowych dla zasiłków z pomocy społecznej – nowy rząd zrobił to, do czego zobowiązywała go ustawa.
Podwyżka ta, która zacznie obowiązywać od 1 stycznia 2025 r., w opinii wielu ekspertów jest niewystarczająca. Dla osoby samotnej próg wzrośnie do 1010 zł, dla osoby w rodzinie do 823 zł. Oznacza to, że Polak, którego dochód nie przekracza miesięcznie wyznaczonych progów, może otrzymać od państwa finansową pomoc (np. zasiłek stały, który od stycznia wyniesie maksymalnie 1229 zł).
„Ta podwyżka nie jest ani specjalnie wysoka, ani nie stanowi wyrazu hojności rządu. Ale gdyby nie nastąpiła, za chwilę prawie nikt w Polsce nie byłby uprawniony do otrzymania wsparcia z systemu pomocy społecznej” – mówił „Tygodnikowi” prof. Kubicki, dodając, że polskie państwo musi wreszcie podjąć strategiczną decyzję. Czy ma tylko udaremniać głodową śmierć swoich obywateli, czy może na serio przejąć się wypełnianiem deklarowanego przecież celu – wyciągania ludzi z biedy?
Mgliste informacje o tym, co planuje w tej mierze rząd Donalda Tuska, nie dają na to pytanie odpowiedzi. Jak mówi prof. Szarfenberg, w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej powstał zespół, który pracuje nad reformą systemu. – Doszliśmy już do rekomendacji – ujawnia badacz, który został do tego zespołu doproszony. – Po pierwsze, weryfikacja progów ubóstwa musi następować co roku, a nie co trzy lata. Po drugie, kryteria mają być oparte na dużo wyższej podstawie. Chodzi o to, by już nigdy nie dopuścić do sytuacji, w której osoba w skrajnej biedzie jest „zbyt zamożna” na zasiłek.
To jednak na razie tylko rekomendacje ekspertów, a nie decyzje rządu. – Wola polityczna w ministerstwie rodziny jest – zapewnia prof. Szarfenberg. – Pozostaje pytanie, czy w związku z procedurą nadmiernego deficytu resort finansów nie zażąda już od 2026 r. „zaciskania pasa” i pierwszymi tego ofiarami nie staną się najbiedniejsi. W przypadku potrzeb armii mamy wyraźną wolę polityczną: pieniądze mają być i już. Ale głodne dzieci czy seniorzy to nie czołgi ani drony – tu może być problem.
Co dalej z 800 plus?
Choć spojrzenie na poszczególne punkty budżetu pokazują, że tego problemu być nie powinno. Podczas gdy świadczenie 800 plus – powszechne dla osób z dziećmi – będzie kosztowało w tym roku państwo niemal 64 mld zł, na podstawowe zasiłki z pomocy społecznej wydajemy około… półtora miliarda. Jeśli doliczyć do tego zasiłki rodzinne dla ubogich rodzin i dodatki do nich, to koszt świadczeń urośnie do ponad 3,5 mld zł, stanowiąc nadal mniej więcej jedną dwudziestą puli przeznaczanej na 800 plus.
Nie da się w tym kontekście pominąć pytania: czy proporcja pomiędzy powszechnie dostępnym świadczeniem a zasiłkami dla najbiedniejszych nie została w Polsce patologicznie zaburzona? I czy licytacja polityków przy okazji zmiany 500 plus na 800 plus przed wyborami służyła komuś poza samymi politykami?
– Byłem wówczas zwolennikiem pozostawienia 500 plus na tym samym poziomie i przeznaczenia zaoszczędzonych w ten sposób środków na wysokie wzrosty zasiłków dla ubogich rodzin – mówi prof. Szarfenberg. – Tylko wtedy moglibyśmy zmniejszać nierównowagę między świadczeniami wypłacanymi bez względu na dochody, a tymi, które trafiają do najbardziej potrzebujących. Teraz równowagi nie ma: na te pierwsze budżet wyda dziesiątki miliardów, a drugie pozostają w zamrożeniu lub są podwyższane, ale za mało.
Dziś żaden polityk nie zdecyduje się na obniżkę 800 plus, może więc warto rozważyć odcięcie od niego najbogatszych? – Jestem przekonany, że to świadczenie, które początkowo wynosiło 37 proc. płacy minimalnej netto, jest tak hojne właśnie dlatego, iż jest powszechne – mówi prof. Szarfenberg. – Gdyby zmieniła się jego formuła, politycy od razu zaczęliby mówić, że „państwa nie stać”. Jeśli więc zmiana, to nie na formułę „800 plus dla najuboższych”, tylko co najwyżej „nie dla najbogatszych”. Tyle że wtedy należałoby rozstrzygnąć, gdzie ustawić próg odcinający zamożnych.
Zwolennicy takiego rozwiązania musieliby się pewnie znowu zmierzyć z argumentem, że koszt samej weryfikacji progu dochodowego i wniosków może przekroczyć zaoszczędzoną z tytułu jego wprowadzenia sumę. Ale wedle prof. Szarfenberga ten akurat powód traci dziś na sile: dane różnych urzędów mogą być ze sobą łączone w celu weryfikacji dochodów, dlatego odcięcie najbogatszych Polaków od 800 plus nie byłoby ani trudne, ani drogie. – Jeśli jednak pyta pan o moje zdanie, jestem zwolennikiem utrzymania powszechności tego świadczenia – mówi badacz. – Rozważyłbym natomiast wprowadzenie zasady, że im rodzina zamożniejsza, tym świadczenie niższe. Byłoby ono nadal powszechne, ale wsparcie zwiększałoby się wraz ze zmniejszaniem się dochodu. To też wymagałoby ustalenia progów, ale nie po to, żeby odcinać kogoś od wsparcia. W ten sposób można by też zintegrować 800 plus z zasiłkami rodzinnymi.
Inne recepty proponują autorzy wydanej niedawno książki „Nierówności po polsku” (Wydawnictwo Krytyki Politycznej). Michał Brzeziński, Paweł Bukowski i Jakub Sawulski piszą nie tyle o biedzie, co o rozwarstwieniu, pokazując, dlaczego oficjalne statystyki zafałszowują obraz naszych nierówności, i obalając mit Polski jako kraju o umiarkowanych nierównościach. Dają też konkretne pomysły „na bardziej równościową politykę publiczną w Polsce”. To m.in. powszechny i bezpłatny dostęp do żłobków, darmowe obiady w szkołach dla wszystkich dzieci, kapitał startowy dla młodych ludzi i zmiana systemu podatkowego.
Na razie to tylko postulaty. W świecie polityki problem biedy – choć i tak nieco lepiej słyszalny niż w latach 90. – przebija się z trudem. Jeśli więc za rok zobaczymy niższe wskaźniki polskiego ubóstwa, nie stanie się tak raczej z powodu działań polityków.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















