Rozum, furia i wiara

Będziemy mieć w Polsce do czynienia z erozją wartości chrześcijańskich. I to nie za sprawą neomarksistów i relatywistycznie nastawionych genderystów, lecz z walnym udziałem polskiego Kościoła katolickiego.

30.07.2019

Czyta się kilka minut

 / WIESŁAW ROSOCHA
/ WIESŁAW ROSOCHA

Tłum młodych ludzi w czarnych koszulkach z napisem „Jagiellonia”. Za chwilę zaczną skandować „Nie przejdziecie! Białystok wolny od pedałów!”. To nie jacyś „oni”, którzy pojawili się znikąd. To my, Polacy, którzy wstaliśmy z kolan.

Młodzian z twarzą zasłoniętą kominiarką bierze rozpęd i kopie leżącego młodego człowieka. Nie należy do jakichś kosmicznych „onych”, którzy dokonali inwazji na Ziemię. To też my, ukazujący twarz prawdziwego chrześcijaństwa pogańskiej Europie, która patrzy na to w niemym podziwie. I ten pan w białym podkoszulku z napisem „Stop zboczeńcom”, który być może nie uderzy nikogo, ale chętnie dołączy do tłumu wrzeszczącego hasła pełne pogardy, on też nie przyjechał z antypodów. On również należy do owego „my”, które z okrzykiem „wypierdalać!” ruszy, by rechrystianizować Europę.

Jest także młokos z twarzą schowaną za grubym szalikiem, który sięgnie po kamień albo kostkę brukową w akcie, jak kazano mu sądzić, odwagi i patriotyzmu, bo przecież jest żołnierzem wyklętym wartości narodowych, których broni przed demoralizacją i deprawacją.

Jakikolwiek sposób

Wszyscy oni są częścią tego „my”, częścią naszej hordy, którą przygotowaliśmy aurą przyzwolenia i dobrotliwej wyrozumiałości dla patriotyczno-rodzinnej atmosfery ich przemarszów. Temu „my” pokłoni się w podzięce parafia św. Jadwigi w Białymstoku: „Składamy wyrazy uznania i podziękowania tym wszystkim, którzy w ostatnim czasie, w jakikolwiek sposób włączyli się w obronę wartości chrześcijańskich i ogólnoludzkich, chroniąc nasze miasto, zwłaszcza dzieci i młodzież przed planową demoralizacją i deprawacją. Niech wam Bóg wynagrodzi i błogosławi wszelkie dalsze dobre poczynania”. To mogliśmy przeczytać w komunikacie parafii.

Nawet jeśli przyjąć w dobrej wierze późniejsze wyjaśnienie księży, że zaszło nieporozumienie, a wpis dotyczył stanu rzeczy sprzed marszu, to kilka fraz w tej deklaracji, niezależnie od daty jej powstania, każe bić na alarm.

Po pierwsze, „obrona wartości chrześcijańskich i ogólnoludzkich w jakikolwiek sposób” jest niczym innym jak skredytowaniem przyszłych aktów agresji. Wartości są wartościami właśnie dlatego, że nie broni się ich w jakikolwiek sposób, gdyż czyniąc to, zaprzeczamy tymże wartościom. Obrona wartości nie może wyrastać z przestępczej brutalności.

Po drugie, zagrażająca nam „planowa demoralizacja i deprawacja” to oskarżenie niezwykle mocne, a ponieważ chodzi o dzieci i młodzież, jest ono nasycone silnymi emocjami. Skoro jednak białostocki marsz był marszem równości, może lepiej było się zastanowić nad tym pojęciem, skłonić rodziców i młodych ludzi, szerzej – parafian, do rozmowy na temat tego, czym jest owa rzekomo śmiertelnie niebezpieczna równość. Bo przecież nie chodzi wyłącznie o osoby LGBT. Dane płynące ze szkół alarmują: mnożą się akty wykluczenia i nienawiści spowodowane wieloma przyczynami: stanem majątkowym rodziny, stosunkiem do szkoły i nauki, relacjami dzieci z rodzicami, zagubieniem duchowym młodych ludzi – a nie wyłącznie orientacją seksualną. Ale seks doskonale się komponuje z emocjonalnym ładunkiem oskarżenia o deprawację. I dlatego stał się obsesyjnie ważny dla polskiego Kościoła katolickiego.

I, po trzecie, jak wynika z komunikatu, rozpowszechnia się postawa, którą można by nazwać „syndromem Częstochowy”. Białystok, niczym oblężone miasto, ma być chroniony, a ponieważ głosy tego rodzaju płyną także ze sfer rządzących (podlaski radny PiS Sebastian Łukaszewicz stwierdził: „Obroniliśmy Katedrę pw. Wniebowzięcia NMP w Białymstoku. Wielkie podziękowanie wszystkim białostoczanom przywiązanym do tradycyjnych wartości!”), można przyjąć, że obowiązujący model zachowania prawdziwego Polaka wobec problemów świata to postawa z założenia obronna. Nie próbujemy rzeczywistości zrozumieć, lecz mamy robić wszystko, by ją odeprzeć jako wrogą siłę.

A ponieważ nic tak nie konsoliduje jak negatywne emocje, przeto powinniśmy porzucić dyskusję, w obliczu bowiem śmiertelnego zagrożenia, w obliczu „wojny” („Próbą seksualizacji dzieci wypowiedzieli Polakom wojnę” – to Dariusz Matecki, radny Solidarnej Polski w Szczecinie) jedyną reakcją winien być zbiorowy sprzeciw. Non possumus ogłoszone ex cathedra przez białostockiego biskupa Tadeusza Wojdę to ­odrzucenie ­Drugiego, bliźniego. Niepoprzedzone próbą zaproszenia do rozmowy, ­rezygnujące z ­jakiegokolwiek wysiłku zbudowania wspólnego świata, jest czystą anarchią, działaniem chorej na megalomanię woli, dla której nie istnieje nic, prócz niej samej.

Odchodzimy od szlachetnego rozumu w stronę trudnej do ujarzmienia furii.

Trajektoria polityki

Czerpię tę alternatywę – rozum szlachetny i zacietrzewiona wściekłość – z „Burzy” Szekspira, jego ostatniej arcy­sztuki. Prospero, postać wieloznaczna – mag, polityk, artysta, podstępnie pozbawiony władzy przez własnego brata i zdradzony przez dworaków – wreszcie ma ich w garści: „Mam teraz w ręku wszystkich moich wrogów. / Rychło się skończą moje trudy” (przeł. Piotr Kamiński), powiada Prospero do Ariela. I rzeczywiście, niczym wyznawca Machiavellego doradzającego zdecydowane działania, myśl Prospera idzie w tym kierunku. Rozpoczęte dzieło trzeba dokończyć, dłoń musi się zacisnąć: „Zadręczę ich wszystkich, / Aż skamleć będą”.

Mądrość Prospera polega na tym, że potrafi położyć tamę biorącym górę negatywnym emocjom. To dlatego mag idzie się przejść, „by ukoić / Wzburzony umysł”. Umysł wzburzony przestaje bowiem spełniać postulaty rozumu, opowiadając się po stronie furii w służbie zemsty. Oto pytanie, na które musimy sobie odpowiedzieć: jeśli polityka ma służyć obywatelowi, czy pragmatyka zysku i strat, wzięcia góry nad przeciwnikiem, może być jej wystarczającą podstawą? Szekspir odpowiada negatywnie, każąc Prosperowi wygłosić zwięzłą formułę: „Idę z rozumem szlachetnym w przymierze / Przeciwko furii. Chlubny czyn się żywi / Cnotą, nie zemstą”.


Czytaj także: O. Ludwik Wiśniewski: Oskarżam


Jest więc „rozum szlachetny”, nobler ­reason, i jest fury, i o ile polityka ma zajmować się godziwymi relacjami między człowiekiem i światem oraz stwarzaniem warunków, w których życie nasze ma sens, musi w momencie decyzji porzucić rozum kalkulacyjny podpowiadający zawsze środki służące partykularnej sprawie i powierzyć się rozumowi „szlachetnemu”, któremu bliżej do etycznej bezinteresowności niż do ekonomicznego czy politycznego interesu. Dlatego już nie „furia”, lecz „cnota”; nie odwet, lecz wybaczenie.

Szekspir mówi: trajektoria polityki winna w ostatecznym rozrachunku skręcać w stronę cnoty, to zaś oznacza rezygnację z podstawowego mechanizmu sprawowania władzy, jakim jest srożenie się i grożenie śmiercią, rzucanie kamieniami, odsądzanie od czci i wiary. Szlachetny rozum skłania nie do polityki zagrożenia i odwetu, lecz zrozumienia i pojednania. Nie dzieli, lecz stara się zbliżać ludzi. Uprawiać politykę nie ślepej furii, lecz szlachetnego rozumu, to przywracać rozumność bycia razem, sprawiać, że nabierze ono bardziej ludzkiego charakteru. Jak powie o swych adwersarzach Prospero: „Przytomna myśl w nich wzbiera. / Nadchodzi przypływ, który już niebawem / Z brudu i mułu do czysta obmyje / Wybrzeża ich rozumu”.

Tradycyjne wartości

Piszę o tym dlatego, że przez dobrych kilka ostatnich lat to prawo odwetu i furii kierowało polskim życiem publicznym. Widać to było w sposobie, w jaki władze potraktowały katastrofę smoleńską, czyniąc z niej ceremonię nie tyle upamiętniającą ofiary (różnych przecież politycznych poglądów), co piętnującą i dosłownie egzorcyzmującą, bez jakichkolwiek podstaw, „złe siły”, jakie miały za nią rzekomo stać. Wystarczy posłuchać jakiegokolwiek programu publicystycznego, by doświadczyć języka pełnego poczucia jedynej racji i wynikającej z niej pogardy dla każdego, kto ośmieliłby się żywić rację odmienną.

W wydaniu polityków owa furia i właściwe jej zacietrzewienie były, rzecz jasna, w dużej mierze wykalkulowane; w społeczeństwie jednak przyjmowały formę afektów, które nasilały się i wzmacniały, aż straciliśmy nad nimi kontrolę. Gdy pani premier polskiego rządu manifestacyjnie usuwa ze sceny flagę zjednoczonej Europy (nawiasem mówiąc, arcychrześcijańską w swej ikonograficznej genezie), jest to gest obliczony na pozyskanie pewnych kręgów wyborców; ale tenże wyborca, o ile nie zatrzyma się przez chwilę i nie pomyśli samodzielnie (a zachęty do tego otrzymuje mało, o czym poniżej), przyjmie to nie jako wymagającą krytycznej analizy cyniczną grę polityczną, ale jako prosty program działania, jako „nie!” rzucone Europie i jej duchowości, i rozpocznie obronę „tradycyjnych wartości” w każdy możliwy sposób. A skoro w każdy, to także kamieniem i kopniakiem; to zaś, uczy historia, otwiera drogę dalszej eskalacji niszczenia.

I tak obrona „tradycyjnych wartości” w każdy możliwy sposób niweczy wszelką wartość, wartością bowiem jest – mówiąc najkrócej – to, co przeciwstawia się śmierci i co staje po stronie życia. Kopniak i rzucony brukowiec są heroldami śmierci.

Noe od Scytów

Dlatego nie powinniśmy zlekceważyć wystąpień biskupów Edwarda Frankowskiego i Ignacego Deca na Jasnej Górze 6 i 7 lipca. W obu homiliach szlachetny rozum abdykował. Oto przed słuchaczami postawiono wyraźnie wytyczone zadanie: nie mają oni zmieniającego się świata próbować zrozumieć, mają go jednoznacznie odrzucić, i to nie na podstawie własnego osądu, lecz dlatego, że tak nakazują im ci, którzy świat zrozumieli w ich, słuchaczy, imieniu. Ta wersja nierozumienia świata kreuje Polskę jako wypreparowaną z rzeczywistości enklawę, która nade wszystko ma cenić granice szczelnie oddzielające ją od napierających zewsząd wrażych sił. Biskup Frankowski powierza polskiemu ludowi bożemu rolę Noego, który ma zbudować arkę ocalającą nas przed „nacierającym bezbożnym potopem demoralizacji, niszczenia małżeństw i rodzin, gorszenia dzieci, niszczenia wiary w Boga”.

Metafora potopu jest szczególnie przydatna dla tego rodzaju dyskursu. Z jednej strony upowszechnia niebezpieczeństwo: nie zagraża ono jedynie Polsce, ale całemu światu i właściwie nie ma miejsca, które byłoby wolne od nadciągających mrocznych chmur. To, co istnieje, jest głęboko skażone swoistą radioaktywnością domniemanego zła nieoszczędzającego nikogo i niczego. Jak wywodził biskup Frankowski: „Idzie potop genderyzmu, LGBT, uczenia dewiacji już nawet przedszkolaków, idzie zalew profanacji, bezczeszczenia świętości poprzez internet, filmy, teatry, uniwersytety i szkoły, przedszkola i media, aż w końcu przez tak zwane marsze równości”.

Z drugiej strony metafora potopu wydobywa nadzwyczajną rolę Polski jako kraju, któremu Bóg powierzył misję zbudowania arki wraz z dokładnym instruktażem dotyczącym jej konstrukcji. W ten sposób otrzymujemy nowoczesną mutację sarmackich rojeń o wyjątkowym miejscu Polski w planie Stworzenia. Wojciech Dembołęcki w opublikowanym w 1633 r. dziełku „Wywód jedynowłasnego państwa świata, że najstarodawniejsze w Europie Królestwo Polskie lubo scytyjskie samo tylko na świecie ma prawdziwe sukcesory” dowodził, że „Polacy, czyli Scytowie są narodem wybranym, pierwszym wśród wszystkich narodów świata, do którego ongiś należało panowanie nad światem i do którego niezadługo powróci, a język słowiański – pierwotnym językiem świata”.

Potop towarzyszył także dywagacjom biskupa Deca. Otrzymujemy ostrzeżenie przed zabójczą falą, a jeśli słuchacz nie jest na tyle rozgarnięty, by wiedzieć, o jakiej fali mowa, hierarcha rychło objaśni: „Przez nasz kontynent europejski przesuwa się dzisiaj nowa fala agresji na chrześcijaństwo, a w szczególności na Kościół katolicki – przeszła fala oświeceniowa, bolszewicka, nazistowska, a nadeszła fala neomarksistowska, liberalno-lewacka”.

Zdanie to wynika ze szczególnego sposobu pojmowania świata i chrześcijaństwa. Łączenie w jednym szeregu wielkiej tradycji zachodniego oświecenia, bolszewizmu, nazizmu, neomarksizmu i liberalnej demokracji jest, mówiąc najłagodniej, nadużyciem myślowym. To czysta socjotechnika: zmieścić w jednym pakiecie rzeczy do siebie niepasujące po to, by skojarzenia i doświadczenia związane z niektórymi z nich rozlały się na pozostałe. Obrzydziwszy – możemy bezlitośnie zwalczać.

Kategorie takie jak „nowoczesność, wolność, tolerancja czy demokracja” wyraźnie podsuwają słuchaczowi sugestię, że cały ten gwar o sądy, prawa obywatelskie, demokratyczne procedury, sprawy i idee, o które upomina się oficjalnie często już tylko Rzecznik Praw Obywatelskich, to jadowite wyziewy smoczej zarazy, a ponieważ należą bez wątpienia do sfery politycznych wyborów, przeto uwolnienie się od niej jest kwestią odpowiednio oddanego przy urnie głosu. To, co biskup świdnicki jeszcze usiłuje wstydliwie, acz nieskutecznie zakryć metaforą, ks. Ireneusz Skubiś w częstochowskiej „Niedzieli” (20/2019, s. 37) nazywa otwarcie i bez ogródek: „Czas, żeby Polacy otworzyli oczy i zareagowali na tę sytuację kartą wyborczą. Polska musi być czytelna. Naród powinien wiedzieć, jak bardzo obecny w jego dziejach był Kościół. Teraz musi świadomie podjąć decyzję o swojej tożsamości”. Nie chodzi zatem o chrześcijańskie inspiracje w polityce, ale o chrześcijaństwo jako oręże w politycznym zwycięstwie, przejęciu i utrzymaniu władzy.

Wygłoszona na Jasnej Górze deklaracja bp. Deca: „Chcemy mieć Polskę katolicką i Europę chrześcijańską” jasno stawia cele: chodzi o dominację nie tyle chrześcijaństwa, ile katolicyzmu (zaiste, stwierdzenie to wielce empatyczne wobec przedstawicieli innych Kościołów chrześcijańskich w Polsce) w kraju oraz zamknięcie dialogu z innymi religiami w Europie. Nie może nie zastanowić ten rozdział między „katolicyzmem” (tu) i „chrześcijaństwem” (tam). Jeśli pamiętać o stosunku władz polskich do uchodźców, można domniemywać, że będziemy mieć w Polsce do czynienia z dalszą erozją wartości chrześcijańskich.

I to nie za sprawą neomarksistów i relatywistycznie nastawionych genderystów, lecz z walnym udziałem polskiego Kościoła katolickiego.

Odważ się

Usłyszeliśmy też: „Pamiętamy, co się wydarzyło 3 maja, w nasze święto narodowe i kościelne, na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie nas, ludzi Kościoła, obrzucono straszliwym błotem (…) Niestety, jest prawdą, że niektóre uczelnie zarażają ducha naszej młodzieży przewrotnym ideologiami. Trzeba z tym skończyć”.

Owo „Trzeba z tym skończyć” jest szczególnie złowróżbne. Jest bowiem wezwaniem do bezmyślnej akceptacji status quo, do milczącego przyzwolenia, by ktoś rozumiał świat w naszym imieniu, przemawiał naszym głosem i – politycznie rzecz interpretując – naszym głosem zarządzał. Jeżeli przemilczymy wypowiedzi takie, jak biskupów Deca i Frankowskiego, nawet się nie obejrzymy, kiedy spełni się marzenie księdza Ireneusza Skubisia o nadzorze ideowych funkcjonariuszy nad uniwersytetami: „Wiadomo, co o roli uniwersytetu mówił Jan Paweł II, na którego wypowiedzi tak często się powołujemy. Co z tym zrobią UW i inne uniwersytety w Polsce? Co z tym zrobi min. Jarosław Gowin? Myślę, że słowne oświadczenie to jednak za mało. Trzeba merytorycznie zwrócić uwagę na to, co się dzieje na uniwersytetach”.

„Trzeba z tym skończyć” rzucone w twarz szkołom i uniwersytetom jest szyderstwem z myślenia i jako takie musi zostać odrzucone. Jeżeli chcemy przeżyć jako ludzie, jako społeczeństwo, jeśli mamy prawdziwie zatroskać się światem, nie możemy „z tym skończyć”. Musimy uparcie wykazywać się odwagą samodzielnego myślenia, nie wolno nam bowiem dopuścić do tego, by zasada sapere aude! straciła znaczenie.

Inaczej to, co się wydarzyło w Białymstoku, zyska powszechną aprobatę i łatwo stanie się wzorem postępowania. ©

 

Autor jest pisarzem, filozofem i wykładowcą. Był rektorem Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach w latach 1996–2002. Stały współpracownik „Tygodnika ­Powszechnego”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Literaturoznawca, eseista, poeta, tłumacz. Były rektor Uniwersytetu Śląskiego. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”. Członek Komitetu Nauk o Literaturze PAN, Prezydium Komitetu „Polska w Zjednoczonej Europie” PAN, Prezydium Rady Głównej Szkolnictwa… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2019