Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Rodzinne historie

Rodzinne historie

22.05.2017
Czyta się kilka minut
28 maja rusza kolejna edycja Krakowskiego Festiwalu Filmowego. W tym roku dominować będą opowieści rodzinne, i to we wszystkich sekcjach i gatunkach: zarówno w filmach dokumentalnych, krótkometrażowych fabułach, jak i w animacjach.
Kadr z filmu „Beksińscy. Album wideofoniczny”, reż. Marcin Borchardt
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: 57. edycję Krakowskiego Festiwalu Filmowego otworzy film dokumentalny „Beksińscy. Album wideofoniczny” Marcina Borchardta – w całości złożony z materiałów archiwalnych. „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego dopiero co zeszła z kinowych ekranów. W jakiej relacji pozostają te dwa obrazy?

KRZYSZTOF GIERAT, DYREKTOR KFF: To będzie specyficzny dialog między tymi dwoma tytułami. Logika podpowiadałaby odwrotną kolejność – najpierw film dokumentalny, a dopiero potem fabularny, oparty na tych samych materiałach. Mamy jednak do czynienia z inną sytuacją, co wydaje mi się fascynujące, zwłaszcza że to nie koniec filmowych losów tej rodziny. Są już nowe projekty – i nie ma w tym nic dziwnego, bo to porywająca, ale jednocześnie trudna do opowiedzenia historia. Wybierając ten film na otwarcie, pomyślałem, że może on być atrakcyjny zarówno dla tych, którzy „Ostatnią rodzinę” widzieli, jak i dla pozostałych – ze względu na uniwersalność tej opowieści. I nie zmienia tego fakt, że jej bohaterowie to ludzie bardzo oryginalni, a czasem nawet przerażający. Film „Beksińscy” ma proste przesłanie – bo mówi o tym, że rodzina jest źródłem wielu cierpień, ale bez niej jesteśmy boleśnie samotni. Choć losy Beksińskich zapewne daleko odbiegają od naszych doświadczeń, to jednak zaskakująco łatwo się z nimi utożsamić.

Może dlatego, że to paradoksalnie optymistyczny film. Oczywiście pomijając wszystkie tragedie – pokazuje rodzinę, która, pomimo swoich patologii, z powodzeniem funkcjonuje. Dużo tam też ciepła i miłości.

Na małej przestrzeni mieszkania w bloku żyje kilka osób – oprócz małżeństwa Beksińskich jest jeszcze dochodzący syn oraz dwie matki. Napięcie ogromne, przez co tym bardziej zdumiewa spokój Zdzisława i Zofii. Dla mnie jednak najważniejsza jest warsztatowa maestria tego filmu – rzadko spotyka się obrazy oparte wyłącznie na archiwaliach, do tego tak perfekcyjnie zmontowane. Zazwyczaj do materiałów oryginalnych dokłada się rozmaite elementy: wywiady, animacje czy lektora – tutaj tego brak. W efekcie mamy dokument, który ogląda się jak fabułę. Dodatkowo rzadko kiedy reżyser ma dostęp do tak ogromnej ilości materiałów. Beksiński należał w Polsce do pionierów amatorskiego filmowania, choć na Zachodzie było to już wtedy popularne zjawisko.

Reżyser filmu „Beksińscy” wykorzystuje bardzo wiele scen, które odtwarzane są w „Ostatniej rodzinie”.

To bardzo świadomy zabieg, zwłaszcza że Beksiński zostawił po sobie setki, jeśli nie tysiące godzin nagrań. Gdy się ogląda oba te filmy, weryfikuje się też kreacje aktorskie – widać na przykład, że Dawid Ogrodnik nieco przeszarżował w roli Tomka Beksińskiego.

Podobieństwo fizyczne między nimi jest jednak niesamowite, wręcz niepokojące.

To prawda. Co ciekawe, oba filmy są nakręcone bardzo ciasno, prawie nie wychodzimy poza zamknięte pomieszczenia. Do tego dochodzi frapująca, bo rzadko spotykana w polskim kinie ahistoryczność. Oczywiście wiemy, kiedy dzieje się akcja, mamy wiele znaków epoki, ale wyrazistych zakrętów historii nie widać – nie ma stanu wojennego, nie ma Solidarności. To pokazuje, że można było w PRL-u wieść bardzo wsobne życie, funkcjonować w zamkniętym świecie.

„Beksińscy” to nie przypadkiem film otwarcia. Wątek rodziny wyraźnie dominuje w tegorocznej edycji.

Opowieści rodzinne już od lat pozwalają obserwować świat z punktu widzenia bliskiego człowieka, ale często obudowane bywają skomplikowanymi problemami politycznymi, społecznymi i historycznymi. Opowieści rodzinne pojawiają się na festiwalu we wszystkich sekcjach i gatunkach, zarówno w filmach dokumentalnych, krótkometrażowych fabułach, jak i w animacjach. To zdecydowanie dominujący wątek w tym roku.

To nowy trend?

Nie, ale w Polsce dość rachityczny. Gdy spojrzymy na historię filmu dokumentalnego w naszym kraju, to do niedawna dominowało kino społeczne i tematy środowiskowe: szkoła, szpital, fabryka – poprzez te małe społeczności mówiło się coś o Polsce, przemycało opór przeciw dogmatom i ubezwłasnowolnieniu. W nowej rzeczywistości sytuacja się zmieniła, ale dopiero prowokacyjny film Marcina Koszałki „Takiego pięknego syna urodziłam” zwrócił uwagę naszych filmowców na rodzinę. Teraz coraz więcej młodych twórców zaczyna od opowieści rodzinnych.

Dlaczego?

Po pierwsze, to stosunkowo najłatwiejsze w produkcji. Po drugie, chodzi o rozliczenie się ze swoim najbliższym otoczeniem – na przykład z ojcem, który porzucił rodzinę. Łatwiej też w takiej sytuacji o zbudowanie intymnej, szczerej relacji, opartej na zaufaniu.

„Brat Jakob” Elíego Rolanda Sachsa, który otworzy pasmo „Fokus na Niemcy”, to również bardzo intymna opowieść o trudnych relacjach rodzinnych. Reżyser opowiada w nim historię swojego brata, który kilka lat wcześniej zdecydował się przejść na islam.

„Brat Jakob” poprzez historię rodziny niemieckiej opowiada jednocześnie o jednym z kluczowych problemów Europy, czyli o budowaniu relacji między wyznawcami islamu a resztą mieszkańców naszego kontynentu. Przez wiele dekad w Niemczech sytuacja była stabilna, jednak kryzys migracyjny, którego doświadczamy obecnie, sprawił, że atmosfera stała się bardzo napięta.

Niemniej, co pokazuje historia bohatera tego filmu, reakcje potrafią być różne – w obliczu niepokoju niektórzy decydują się szukać sensu swojego życia właśnie w islamie. Przygotowując dużą prezentację niemieckiego dokumentu, obejrzałem bardzo wiele produkcji z tego kraju – oczywiście spektrum tematów jest olbrzymie, ale łączy je podejście do świata, w którym nie definiuje się niczego z góry, tylko zawsze wychodzi się od konkretnego człowieka i jego historii. W tym roku będzie można zobaczyć choćby film „Szczęściarz”. Carolin Genreith opowiada w nim o swoim ojcu, który po sześćdziesiątce poślubił o połowę młodszą od siebie Tajkę. Zastanawia się, czy to wyłącznie seksturystyka, czy może coś więcej? Znów mamy film nie tyle o powszechnym problemie, ile o konkretnym człowieku i jego historii.

Tworzenie filmów rodzinnych wymaga więcej odwagi?

Dziś jest chyba łatwiej niż kiedyś – więcej ze sobą rozmawiamy, jesteśmy bardziej otwarci. Kiedyś tematy tabu były liczniejsze. To zapewne kwestia zmiany mentalności, ale też relacji, które panują w rodzinach.

Patrzenie na świat przez pryzmat rodziny pozwala nam zobaczyć więcej? Albo inaczej?

Chyba tak – głównie dlatego, że tu wielkie tematy nie pojawiają się wprost, tylko są wyprowadzane z mikroopowieści. Bohaterowie filmów o rodzinie są zawsze szczególnie mocno osadzeni w świecie, nawet w przypadku Beksińskich, gdzie pojawia się historia codzienności PRL-u. Siłą tych filmów jest też to, że są prawdziwe, zbudowane na szczerych emocjach – słowem, ich bohaterowie to autentyczni ludzie. Co prawda dziś dokumenty kręci się inaczej – kiedyś dopuszczalna była tylko cierpliwa obserwacja i pokorne podążanie za bohaterami. Teraz często prowokuje się wypowiedzi i zdarzenia, aranżuje się rozmaite sytuacje. Nie osłabia to jednak siły tych obrazów.

Zdarzają się filmy dokumentalne, które przekraczają granice intymności?

Czasem mam poczucie zażenowania czy wręcz zawstydzenia faktem, że oglądam coś skrajnie osobistego, co chyba powinno pozostać poza kamerą. Kluczowa jest jednak dla mnie intencja, gdyż bardzo rzadko taki obraz obliczony jest wyłącznie na skandal czy szok – zazwyczaj chodzi o potrzebę bezkompromisowego opowiedzenia historii. Rozstrzygające jest zawsze kryterium artystycznej szczerości. ©

KRZYSZTOF GIERAT (ur. 1955) jest filmoznawcą, dyrektorem Krakowskiego Festiwalu Filmowego, współtwórcą Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie oraz inicjatorem Festiwalu Filmu Niemego. W latach 1993-94 wiceprezydent Krakowa. Członek Polskiej Akademii Filmowej oraz Europejskiej Akademii Filmowej.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]