Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Rodzina na podsłuchu

Rodzina na podsłuchu

17.10.2017
Czyta się kilka minut
Na pierwszy rzut oka Beksińscy przypominają cudaczną „rodzinę Addamsów”, ale z czasem – nieoczekiwanie – stają się nam bliscy.
FRED DE NOYELLE / GODONG / AFP / EAST NEWS
T

Ta fotografia z lat 80. wygląda jak istny Velázquez. Po lewej stronie ustawiony profilem malarz Zdzisław Beksiński zawzięcie filmuje kamerą VHS żonę Zofię, stojącą po prawej. Beksińska, ubrana w pasiasty podkoszulek, z dłonią przytkniętą jakby w zatroskaniu do ust, też trzyma kamerę, skierowaną jednak wprost na nas. Czarno-białe zdjęcie wygląda niczym odbicie w lustrze, choć zapewne zrobił je ktoś trzeci. Może ich syn, Tomek Beksiński, co sugerowałoby metaforycznie puste miejsce w środku kadru? A może to my, patrzący na nich dzisiaj, jesteśmy wyobrażonymi autorami tej fotografii?

Nie ma wszak w polskiej kulturze drugiej rodziny, którą za sprawą książek i filmów mielibyśmy okazję poznać aż tak dogłębnie. I która, pomimo wzmożonego zainteresowania twórców i odbiorców, ­ciągle wzbudza niepokój i pozostaje tajemnicą.

Fokus na Beksińskich

Mariusz Szczygieł w blurbie umieszczonym na okładce książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny” z 2014 r. pisze, że bohaterowie tego tomu mieli wielkie szczęście, trafiając ze swym boleśnie pokręconym życiem na autorkę uważną i błyskotliwą jednocześnie. Ale był to dopiero początek tej dobrej pośmiertnej passy w ostatnich latach zaczął się bowiem urodzaj na Beksińskich, przede wszystkim w polskim kinie i nie tylko na gruncie non-fiction.

Debiutant Jan P. Matuszyński nakręcił w ubiegłym roku film fabularny „Ostatnia rodzina”, którym rozbił bank z najważniejszymi nagrodami, rzucił na kolana krytyków i zdobył około półmilionową widownię. Jak na film artystyczny, był to w Polsce fenomen. Co prawda scenariusz Roberta Bolesty zaczął się rodzić 14 lat wcześniej i powstawał niezależnie od książki Grzebałkowskiej, warto jednak zaznaczyć, że to właśnie ona przetarła szlaki naszym filmowcom. Sukces biografii rozbudził na nowo zainteresowanie rodziną Beksińskich, choć już bez sensacyjno-brukowego tonu i fatalistycznej otoczki, dominujących tuż po ich tragicznej śmierci: Tomasza w 1999 i Zdzisława w 2005 r.

Licząca ponad 400 stron podwójna biografia zainspirowała natomiast dokumentalistę Marcina Borchardta, który nakręcił w tym roku film „Beksińscy. Album wideo­foniczny”, oparty wyłącznie na materiałach archiwalnych, w większości nakręconych przez Zdzisława. Myliłby się jednak ten, kto twierdziłby, że to Beksiński zrobił film za Borchardta, a reżyser jedynie zmontował dostępne materiały źródłowe. Mamy tu do czynienia ze szczególnym gatunkiem dokumentalnym zwanym ­found footage, który nadaje materiałom archiwalnym nowe życie. Trudno też uznać „Album wideofoniczny” za dokumentalną odpowiedź na „Ostatnią rodzinę”. Nawet, jeśli obok entuzjastycznych recenzji film Matuszyńskiego wywołał także głosy protestu ze strony krewnych, znajomych i fanów, domagających się przedstawienia Beksińskich na ekranie w skali jeden do jednego.

Na ile twórcom parającym się fikcją literacką czy filmową wolno prezentować własną, suwerenną wizję autentycznych postaci i wydarzeń? – ten nieśmiertelny temat odżywał będzie za każdym razem, ilekroć ktoś zajmie się niezwykłą rodziną z Sanoka w sposób mniej lub bardziej twórczy. Zwłaszcza że powstają kolejne fabularne tytuły z Beksińskimi w roli głównej. Studio Munka wespół ze Szkołą Wajdy wyprodukowało w tym roku 30-minutową etiudę „Pars pro toto”, która wpierw była pomyślana jako film pełnometrażowy, lecz kilka lat temu „zderzyła się” w PISF-ie z projektem Matuszyńskiego. Reżyserka Katarzyna Łęcka proponuje w niej autorskie spojrzenie na ostatni okres życia Zdzisława, kiedy spotkał na swej drodze dużo od siebie młodszą rehabilitantkę Lidię Puchalską. Zdzisława gra tu Jerzy Radziwiłowicz i okazuje się nie mniej przekonujący niż Andrzej Seweryn z „Ostatniej rodziny”. Najciekawsza jednak jest w tym filmie próba wejrzenia w osobowość słynnego malarza od tej strony, którą on sam zwykle starał się zagadać bądź zamalować na swych obrazach.

Zarejestrować wszystko

Beksińscy wiecznie żywi, chciałoby się rzec, patrząc na ten wysyp. Aczkolwiek o ich drugim, trzecim i kolejnym życiu zadecydowało coś więcej niż wyjątkowe biografie, barwne osobowości, pozostawiony przez nich dorobek czy okoliczności śmierci. Nie ma bowiem – nawet dziś, w czasach kompulsywnego rejestrowania i upubliczniania wizerunków własnych oraz obrazów prezentujących bliskich nam osób – drugiej rodziny tak świetnie udokumentowanej „od wewnątrz”. Utrwalonej z najdrobniejszymi detalami, tymi najbanalniejszymi i najintymniejszymi. Unieśmiertelnionej w listach, zapiskach, dziennikach fonicznych czy wideodziennikach prowadzonych przez dziesiątki lat. Czy stała za tym narcystyczna osobowość Zdzisława z jego wiecznym „niedopieszczeniem”? A może tylko jego fascynacja technologicznymi nowinkami? Co ciekawe, z książki Grzebałkowskiej i pośrednio z filmu Borchardta wyłania się obraz Beksińskiego jako niespełnionego filmowca. Ten „człowiek z kamerą”, mający również na swym koncie znakomite fotografie i kolaże, zaintrygowany był jednak bardziej istotą samego medium niż tym, co filmuje.

Bo filmował właściwie wszystko: własną sylwetkę w lustrze i swoje apokaliptyczne malunki, Tomkowe napady szału i umierającą matkę. Być może jako artysta renesansowy, spełniający się na rozmaitych polach, był także swego rodzaju wizjonerem, przeczuwającym rychłe nadejście epoki Instagrama czy YouTube’a – narzędzi pozwalających wyrwać się z codzienności i poczuć przez chwilę, a zarazem ogłosić światu, że żyje się intensywniej, ciekawiej. Że żyje się naprawdę. Zapisując te materiały w testamencie sanockiemu Muzeum Historycznemu, kierowanemu przez wieloletniego przyjaciela, Wiesława Banacha, Beksiński w jakimś sensie zaprosił nas wszystkich do swojego mieszkania przy ulicy Sonaty na warszawskim Służewie, dokąd rodzina przeniosła się z Sanoka w 1977 r. W pełni dostąpiliśmy tego przywileju dzięki tym, którzy pisząc książki czy kręcąc filmy, otrzymali bezpośredni dostęp do archiwum.

Tu jednak może się pojawić wątpliwość – zwłaszcza kiedy ogląda się bardzo intymne materiały domowe zarejestrowane ręką Zdzisława. Przekazując je muzeum, malarz dobrowolnie wystawił kawał swojego życia na widok publiczny i miał do tego prawo. Co jednak z pozostałymi członkami rodziny – Zosią, Tomkiem czy mieszkającymi w tym samym domu dwiema babkami – którzy nie mieli żadnego wpływu na to, co stanie się z ich wizerunkami, kiedy już ich nie będzie pośród żywych?

W sensie prawnym, choćby z racji tego, że Beksińscy nie doczekali się kolejnych potomków, sprawa wydaje się czysta, pojawiają się jednak pytania natury etycznej. I najlepiej w takich chwilach zadać je sobie samemu: czy chciałabym/chciałbym, by po mojej śmierci dysponowano w dowolny sposób moją prywatnością? Ktoś powie, że taka jest cena życia u boku osoby publicznej, ale ten dylemat mogło rozstrzygnąć już tylko zaufanie pomiędzy depozytariuszem spuścizny Beksińskich i twórcami korzystającymi z archiwum. W przypadku opisywanych wyżej tytułów zarzuty o nadużycia pojawiały się na szczęście bardzo rzadko. Więcej było subiektywnych wrażeń związanych z własnymi wspomnieniami czy podglądacką naturą wykorzystywanych materiałów, jakkolwiek wiele spośród nich zostało wcześniej przez Zdzisława zniszczonych.

Ciemne zwierciadło

Mimo to bezpardonowa osobowość Beksińskiego i związany z nią brak jakichkolwiek tabu mogą szokować nawet dziś. „Nie wiem zresztą, czy pisałem, trochę się tego wstydzę, ale jestem już dość stary, a mam to od dzieciństwa, można pozbyć się wstydu: moje życie zdominowane jest przez nerwicową sraczkę, i tyle. Stąd niechęć do podróży, a już obojętnem pozostaje, czy podróż dotyczy wywózki na Syberię, czy wycieczki jachtem dookoła świata” – czytamy w liście do przyjaciółki Marii Turlejskiej, cytowanym przez Grzebałkowską. Wyznanie na miarę Gombrowiczowskiego „Kronosa”. Nic więc dziwnego, że zarówno z książki, jak i powstałych później filmów wyłania się postać momentami odpychająca, pełna rozmaitych dziwactw, neuroz i słabości, nieukrywająca swego trudnego charakteru i egoistycznych skłonności. Kiedy w dokumencie Borchardta Zdzisław zazdrośnie komentuje zdolności plastyczne małego Tomka słowami: „Wychodziłem z założenia, iż dwóch malarzy w rodzinie to o jednego za dużo”, można poczuć ciarki na plecach. Zwłaszcza gdy widząc na ekranie małego, ciekawskiego chłopca, dopasuje się do tej wypowiedzi jego późniejszą biografię: zagubienie w życiu codziennym, nieporadność w relacjach z innymi, ciągłe poszukiwania własnej ekspresji, załamania nerwowe, próby samobójcze, wreszcie – zamknięcie się niczym w krypcie w osobnym świecie złożonym z mrocznych filmów, piosenek i fantazji.

Bo fenomen rodziny Beksińskich polega również na tym, że rejestrując swoje osobliwe życie, podsuwają nam wszystkim ciemne zwierciadło. Oglądając „Album wideofoniczny”, ma się wrażenie, jakby ta nieprzeciętna rodzina, ­podglądana na przestrzeni kilkudziesięciu lat, niemal wyłącznie w jednym peerelowskim mieszkaniu, była jednocześnie bardzo typowa. Z zakrzątaną matką Polką, z ukrytą rywalizacją między ojcem i synem, celebrowaniem posiłków, domowymi kłótniami i kolejnym pogrzebami. A także z trudną miłością, która tylko u Zofii miała charakter bezwarunkowy, najmniej toksyczny, i była wyrażana wprost. Kiedy Grzebałkowska, korzystając z archiwaliów i wypowiedzi świadków, odtwarza życie Beksińskich niemal dzień po dniu, uwzględniając również to, czym się żywili, jak się ubierali, na co chorowali, Zdzisław, Zofia i Tomasz przestają być dla nas cudaczną „rodziną Addamsów”. Nieoczekiwanie stają się nam bliscy, niczym własna, nie zawsze idealna rodzina.

Ciekawy epilog do filmowych opowieści o Beksińskich dopisuje wspomniane już „Pars pro toto”. Tytuł, nawiązujący do pokawałkowanego niegdyś obrazu Zdzisława, określa także charakter samego filmu, który jest rodzajem przypisu do całościowych, kompletnych historii opowiedzianych przez Matuszyńskiego i Borchardta czy do wielogłosowej, wręcz „totalnej” w swoim rozmachu narracji Grzebałkowskiej. Krótkometrażówka Łęckiej pokazuje zresztą najbardziej ludzką spośród wszystkich twarzy Zdzisława Beksińskiego: samotnego, złamanego chorobą, w rozchełstanej piżamie, zamkniętego w mieszkaniu „jak faraon w piramidzie”, osaczonego przez demony ze swoich obrazów. A jednak i tu ekscentryczny geniusz jest tylko częścią wielogłowego smoka. W snach powracają postacie Zosi i Tomka, bohater ogląda ich obsesyjnie na archiwalnych filmach, a twarz zmarłej żony przenika się z obliczem kobiety, która pojawiła się u schyłku jego życia i którą stracił przez swój nieuleczalny „ziąb duszy”.

Zwielokrotnienie

Patrząc na bogatą filmografię związaną z Beksińskimi, rzucają się w oczy pewne prawidłowości. Dopiero ostatnia dekada przyniosła zainteresowanie nimi jako jednym żywym organizmem. Wcześniej powstało co najmniej kilka tytułów dotyczących wyłącznie twórczości Zdzisława, w tym dwie krótkie impresje dokumentalne Bogdana Dziworskiego, krytykowane zresztą przez samego malarza. Był jeszcze film próbujący wyjaśnić okoliczności samobójczej śmierci Tomka, czyli „Dziennik zapowiedzianej śmierci” Daniela Światłego z 2000 r. Musieliśmy czekać dobrych kilka lat, by polskie kino, a wcześniej literatura faktu, dostrzegły Beksińskich jako całość, w szczególności zaś postać Zofii Beksińskiej, która od początku do końca pozostawała w cieniu swoich mężczyzn, organizując im życie i obsługując trzy pokolenia rodziny kosztem własnych aspiracji i pasji. To ona była dobrym duchem domu, zapewniającym pozostałym domownikom względną wolność od codziennych trosk.

Do tej zmiany perspektywy przyczyniła się oczywiście możliwość korzystania z rodzinnego archiwum po śmierci Zdzisława, ale była też inna okoliczność. W ostatnich latach można zaobserwować nowy trend w patrzeniu na wielkie wydarzenia czy znane nazwiska. Widać to szczególnie w filmowym dokumencie, gdzie coraz częściej dowartościowuje się przemilczaną dotychczas sferę życia domowego, wstydliwy obszar relacji seksualnych czy napięć pomiędzy rodzicami i dziećmi. Ale być może nadszedł już czas, by znowu porzucić dotychczasowy klucz i spojrzeć na poszczególnych Beksińskich nieco inaczej – niekoniecznie z perspektywy familijnej. „Pars pro toto” wydaje się tu zwiastunem zmiany, a polskie kino nie powiedziało jeszcze w tej kwestii ostatniego słowa.

W „Portrecie podwójnym” Grzebałkowskiej można znaleźć jeszcze jedno intrygujące zdjęcie, pochodzące z sanockiego muzeum. To autoportret Zdzisława przedstawiający jego twarz podpartą dłonią i poddaną witkacowskiemu zwielokrotnieniu. Taki właśnie obraz wyłania się z jego biografii: jednocześnie geniusz i potwór, człowiek obdarzony urokiem osobistym, a zarazem pełen wstydliwych zahamowań, wytrawny ironista i ojciec bezradny wobec problemów psychicznych jedynego syna. O tym także starają się nam przypomnieć krążące wokół Beksińskich tytuły filmowe – że każdy z nas, w tym również postacie z pozoru tak jednoznaczne, jak mroczny Tomasz czy pogodna Zofia, posiada stronę jasną i ciemną. A także, choć może należałoby rzec: przede wszystkim, tę jak najbardziej pospolitą i szarą stronę, która czasem mówi o nas znacznie więcej, niżbyśmy tego chcieli.

Istnieje również teoria, iż w osobie ojca, matki i syna uzewnętrzniły się trzy różne sposoby radzenia sobie z depresją. Trudno byłoby książkom czy filmom o Beksińskich przypisywać właściwości diagnostyczne czy tym bardziej terapeutyczne, lecz jedno jest pewne: to, co stworzyli Grzebałkowska, Borchardt, Matuszyński czy Łęcka, pozwala nam lepiej zrozumieć ów męczący stan, który umownie nazwaliśmy niepokojem, a który jednych skłania do malowania katastroficznych pejzaży, innych zapędza w domową krzątaninę, a jeszcze innym każe odkręcić gaz lub połknąć garść tabletek. ©

MAGDALENA GRZEBAŁKOWSKA stworzyła wnikliwy i przejmujący portret rodziny Beksińskich, wykorzystując autobiograficzne materiały (zapiski i nagrania audiowizualne) pozostawione przez Zdzisława. Z kolei MARCIN BORCHARDT z tysięcy godzin obrazów filmowych stworzył dokument, dzięki któremu możemy wejść w świat artysty. Krótkometrażowy film KATARZYNY ŁĘCKIEJ opowiada o ostatnim okresie życia artysty, kiedy spotkał na swej drodze młodszą od siebie rehabilitantkę Lidię Puchalską. Jaka wizja rodziny wyłania się z tych trzech niezwykłych zbiorowych portretów? – to pytanie nada ton festiwalowej dyskusji.

MARCIN BORCHARDT (ur. 1967) jest scenarzystą, reżyserem, filmoznawcą, autorem filmów dokumentalnych. Wykładowca w Gdyńskiej Szkole Filmowej i na Uniwersytecie Gdańskim. Autor monografii „Awangarda muzyki XX wieku. Przewodnik dla początkujących” (2014). Reżyser filmu dokumentalnego „Beksińscy. Album wideofoniczny” (2017).

MAGDALENA GRZEBAŁKOWSKA (ur. 1972) jest historyczką i reporterką. Autorka książek: „Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego” (2011), „Beksińscy. Portret podwójny” (2013), „1945. Wojna i pokój” (2015). Laureatka Nike Czytelników 2016.

KATARZYNA ŁĘCKA (ur. 1982) jest reżyserką. W 2016 r. powstał jej krótkometrażowy film dokumentalny „Pars pro toto”, w którym opowiada historię ostatnich lat życia Zdzisława Beksińskiego. Absolwentka Wydziału Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie oraz Studia Prób w Szkole Wajdy w Warszawie.

ANITA PIOTROWSKA jest krytyczką filmową „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do „Kina” i miesięcznika psychologicznego „Charaktery”. Była jurorką licznych festiwali w kraju i za granicą (m.in. Karlowe Wary, Stambuł, Moskwa, Ankara, Oberhausen, T-Mobile Nowe Horyzonty, Off Plus Camera, Planete Doc). Pracuje też dla Krakowskiego Festiwalu Filmowego, współtworząc jego program dokumentalny. W 2014 r. otrzymała nagrodę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w kategorii „Krytyka filmowa”.

Galeria zdjęć

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do pisma „EKRANy”, „Kino” i miesięcznika psychologicznego „Charaktery”. Jest współautorką takich publikacji, jak: „Panorama kina...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]