Pięć powodów, dla których warto oglądać mistrzostwa Europy

Nie wiem, kto wygra, ale szans nie odbieram nawet osłabionym Polakom. Pojęcia nie mam, jak będzie, ale wcale mi to nie przeszkadza. Jak pisał Pilch: niepewność jest podstawową zasadą piłki nożnej. Kolejną jest to, że cuda się zdarzają.
Czyta się kilka minut
Szkoccy kibice w Monachium w przeddzień inaugurującego Euro meczu z Niemcami, 13 czerwca 2024 r. // Fot. Antonio Calanni / Associated Press / East News

Wśród rozlicznych niemądrych zdań o futbolu te najbardziej niemądre pochodzą z ust mieszkańców kraju, w którym ów sport się narodził. Pierwsze wypowiedział, w wigilię 1973 r., legendarny trener Liverpoolu Bill Shankly: „Niektórzy ludzie uważają, że piłka nożna jest sprawą życia i śmierci. Jestem mocno rozczarowany takim podejściem. Mogę zapewnić, że to coś o wiele ważniejszego”. Inne napisał w grudniu 1945 r., a więc już po wydaniu „Folwarku zwierzęcego” i „W hołdzie Katalonii”, George Orwell. „Na międzynarodowym szczeblu sport jest tylko wojną na niby” – stwierdził w felietonie na łamach dwutygodnika „Tribune”, komentując napięcia towarzyszące brytyjskiemu tournée piłkarzy Dynama Moskwa. „Sport uprawiany na serio nie ma nic wspólnego z zasadami fair play – rozwinął myśl kilka akapitów dalej, by rozwiać wszelkie wątpliwości. – Łączy się on z nienawiścią, zazdrością, samochwalstwem, łamaniem wszelkich prawideł gry oraz z sadystyczną przyjemnością towarzyszącą obserwowaniu aktów przemocy: innymi słowy jest to wojna minus strzelanie” (przeł. Bartłomiej Zborski).

To nie jest wojna

Źle się te słowa zestarzały. Nie tylko dlatego, że rozpoczynające się właśnie mistrzostwa Europy odbywają się w cieniu prawdziwej wojny, do której – podobnie zresztą jak do naznaczającej poprzednie Euro pandemii – na wszelkie sposoby próbowaliśmy przywyknąć, a która i tak nie daje o sobie zapomnieć (przynajmniej mieszkańcom tej części kontynentu).

Niepokojów w dzisiejszym świecie mamy tyle – oprócz wojen w Ukrainie czy Strefie Gazy kryzys migracyjny i klimatyczny, pytania o powyborczą przyszłość Europy i USA – że futbol (czy szerzej: sport) służy tu raczej jak balsam, chwila wytchnienia, kanał ulgi dla straumatyzowanych społeczeństw. Są oczywiście politycy, na czele ze snującym marzenia o uniknięciu wyborczej katastrofy brytyjskim premierem Rishim Sunakiem, liczący na to, że dobra gra reprezentacji poprawi ich notowania. O tym, że dobry występ Ukrainy podniesie na duchu żołnierzy pod Charkowem czy w Donbasie, mówią sami piłkarze tej drużyny. Generalnie jednak Europa nastawia się na kilka tygodni, podczas których podziwia się sportowców za ich talent, a nie za bycie rycerzami narodowej sprawy.

Charakterystyczne zresztą, że zarówno niemiecki turniej, jak późniejsze o kilkanaście dni igrzyska olimpijskie w Paryżu biorą sobie za cel terroryści różnej maści, a samym imprezom towarzyszyć będą w związku z tym bezprecedensowe środki bezpieczeństwa. Tym, którzy grożą zamachami, chodzi właśnie o to, żeby strach przesłonił nam radość.

W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.

Zmień ustawienia plików cookies

Równość, braterstwo

Oczywiście: celem dwudziestu czterech drużyn biorących udział w Euro jest zwycięstwo. Oczywiście, że będą do niego dążyć z poświęceniem, nieraz ryzykując zdrowie (pytanie np., czy Robert Lewandowski zaleczy w pełni kontuzję z poniedziałkowego meczu towarzyskiego z Turcją, czy zlekceważy zalecenia lekarzy w poczuciu, że jest potrzebny drużynie…), i wszelkimi dostępnymi środkami. Środki te jednak wyznaczać będą przepisy, na których straży staną nie tylko sędziowie, ale i coraz lepiej przystosowane do wspierania ich wysiłków technologie.

We współczesnym futbolu nikt nikogo nie nienawidzi, a atmosferze równości i braterstwa sprzyja fakt, że reprezentanci rywalizujących na boisku drużyn narodowych grają ze sobą na co dzień w klubach; Polaka Roberta Lewandowskiego i Holendra Frenkiego de Jonga łączy nie tylko to, że tuż przed rozpoczęciem Euro złapali kontuzje – przede wszystkim są kolegami z Barcelony; Holender Bart Verbruggen gra z Jakubem Moderem w Brighton, Przemysław Frankowski zna z Lens Austriaka Kevina Danso i Francuza Brice’a Sambę, Francuz William Saliba nieraz ratował skórę Jakubowi Kiwiorowi w Arsenalu, a znowuż Wojciech Szczęsny – Francuzowi Adrienowi Rabiotowi w Juventusie; wymieniam oczywiście tylko rywali Polaków w fazie grupowej.

Sposób na integrację

Nie: jak się patrzy na robiący furorę w mediach społecznościowych film, w którym do witających Szkotów bawarskich tancerzy przywdzianych w Lederhosen dołącza, dość niezgrabnie próbując powtarzać ich kroki, John McGinn (turniej rozpocznie się właśnie od meczu Szkocja-Niemcy), widać, że ci chłopcy nie przyjechali tu z nikim walczyć i nikogo podbijać. Jeśli futbol pokazuje dziś idące przez Europę podziały, to raczej idące w poprzek poszczególnych społeczeństw niż pomiędzy nimi, a związane głównie z napięciami związanymi z integracją przybyszów.

Łukasz Grajewski cytował w tym kontekście (na łamach ostatniego numeru „Tygodnika”) znaczące zdanie byłego reprezentanta Niemiec, potomka imigrantów z Turcji Mesuta Özila: „Gdy wygrywamy, jestem Niemcem, gdy przegrywamy, imigrantem”; kiedy w finale poprzedniego Euro kilku czarnoskórych reprezentantów Anglii nie strzeliło karnych, również spotkał ich rasistowski hejt – błyskawicznie jednak odparty, zarówno przez miejscowe media, jak przez kibicowską większość. Skądinąd: nie sposób nie zauważyć, że futbol jest jednym z nielicznych sfer życia, w którym przebicie szklanego sufitu przez migranckie dziecko jest naprawdę możliwe.

Nawet jeśli jesienią 2023 r. podczas towarzyskiego meczu Niemcy-Turcja wielu mieszkających w Berlinie potomków gastarbeiterów znad Bosforu dopingowało drużynę gości, pół roku później w kraju gospodarzy turnieju czuć raczej tęsknotę za „letnią baśnią” z 2006 r., kiedy to podczas mundialu wieloetniczne Niemcy uczyły się na nowo odróżniać patriotyzm od nacjonalizmu. „Wierzę, że ten turniej może coś zmienić. Powinniśmy znów być ze sobą bliżej” – mówi jeden z bohaterów reportażu Grajewskiego, 35-letni Saksończyk Eike Jantz. Ci, którzy jadą oglądać mecze w Niemczech, mogą się spodziewać świetnej organizacji – ale też świetnej atmosfery. W chwili, kiedy to piszę, monachijskie puby pełne są Szkotów tańczących przy dźwiękach przywiezionych z Wysp dud i kobz.

Czyste emocje

Przywołałem nakręcony komórką filmik z McGinnem, choć dużo łatwiej byłoby mi sięgnąć po bardziej profesjonalne produkcje. Przed rozpoczęciem turnieju wiele federacji wypuściło spoty przedstawiające składy drużyn narodowych, a te najlepsze i najbardziej kreatywne (np. angielska, hiszpańska czy ukraińska) potrafiły pokazać, skąd wywodzą się piłkarze i jak wielobarwny kraj reprezentują. Na obrazkach z Hiszpanii nazwiska powoływanych zawodników ogłaszali ich rodzice, partnerki czy dzieci.

Pojawiły się też filmy odwołujące się do emocji towarzyszących kibicowaniu – najlepszemu, wyprodukowanemu na zlecenie firmy produkującej sprzęt sportowy, towarzyszyła beatlesowska „Hey Jude” (imię Jude nosi nowa futbolowa nadzieja Anglików, pomocnik Bellingham, zapamiętajcie). Był w nim obraz wielopokoleniowej, oglądającej mecz rodziny. Był smutek, rozczarowanie, nawet frustracja po kolejnym nieudanym turnieju. Ale była też wola, żeby zacząć wszystko od początku. I nadzieja, że tym razem się uda – dzięki nowej gwieździe, zajmującej miejsce poprzednich w sztafecie pokoleń.

Jasne: problem z tymi filmami jest dokładnie taki, jak z całym światem współczesnego futbolu. Ktoś chce na nas zarobić – i zarabia, wykorzystując nasze emocje. Zarazem jednak te emocje pozostają prawdziwe, a futbol jakimś cudem wciąż się broni przed zalewającą go komercją, o obronie przed nacjonalizmami i ksenofobią nie wspominając.

Dotknięcie tajemnicy

Jak to się dzieje? Nie mam pojęcia, ale to dobrze, bo – jak pisał kiedyś Jerzy Pilch – niepewność jest podstawowym sekretem i zasadą piłki nożnej. „Człowiek w zasadzie jest pewny, że nasi przegrają, ale idzie na mecz [w naszym przypadku także: siada przed ekranem], bo do końca nie jest pewny i w sumie liczy, że wreszcie się obudzą i wygrają”. Człowiek – można by tę myśl autora „Innych rozkoszy” kontynuować – w zasadzie jest pewny, że bez Lewandowskiego w wyjściowej jedenastce, po tak fatalnych eliminacjach i w grupie z faworytami do zwycięstwa w całym turnieju Francuzami, zawsze mocną Holandią czy odrodzoną pod okiem trenera Rangnicka Austrią, Polska nie ma najmniejszych szans, ale do końca nie jest pewny, bo może uwolnieni od presji oczekiwań rodaków i skrępowania obecnością w składzie globalnej gwiazdy wchodzącej w smugę cienia będą w stanie sprawić niespodziankę.

No a jeśli nie sprawią? Zatytułowałem ten tekst „Pięć powodów, dla których warto oglądać mistrzostwa Europy” i myślę sobie, że nie warto przekonywać nieprzekonanych wyliczeniem pięknych akcji, niezapomnianych goli (wolej van Bastena z ZSRR w 1988 r., pięta Ibrahimovicia z Włochami w 2004, trafienie Błaszczykowskiego z Rosją w 2012) czy nawet dramatycznych scen zakończonych happy endem (kontuzja notorycznego solisty Ronaldo w finale 2016 i późniejszy triumf drużyny portugalskiej, a z innego porządku zawał serca Eriksena na poprzednim Euro – dziś Duńczyk znów będzie liderem swojej drużyny). Lepiej raz jeszcze przypomnieć, że kiedy Małgorzata Domagalik zadała wspomnianemu już Jakubowi Błaszczykowskiemu pytanie, co takiego jest w piłce, że warto się jej poświęcić, odpowiedział: „Powietrze”. Były kapitan reprezentacji Polski żartował oczywiście, ale trudno było nie dostrzec ukrytej w tym żarcie metafory.

Będzie jeszcze czas, żeby napisać o tym, kto wygra te mistrzostwa i dlaczego. Na razie spróbujmy przez tych kilka tygodni odetchnąć. Kto wie, może w międzyczasie jakiś cud też się zdarzy.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”