Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Puszczaj, babo

Puszczaj, babo

31.08.2010
Czyta się kilka minut
Kiedy opadł bitewny kurz, mało kto pamiętał o wkładzie kobiet w walkę z reżimem. Czy zareagowało na to polskie kino, słynące wszak z demaskatorskiej siły?
1

10 lat po wprowadzeniu stanu wojennego Sylwester Chęciński odważył się w "Rozmowach kontrolowanych" zadworować sobie z tamtych wydarzeń. Oto grany przez Stanisława Tyma niezniszczalny prezes klubu sportowego Ryszard Ochódzki, by zrehabilitować się za niegdysiejsze przewiny, otrzymuje od SB zlecenie rozpracowania suwalskiego oddziału Solidarności. W przebraniu żarliwego działacza opozycyjnego udaje się na ścianę wschodnią, ale szyta grubymi nićmi mistyfikacja pociąga za sobą ciąg niespodziewanych perypetii, w wyniku czego konfident Ochódzki również przez milicję zostaje uznany za groźnego opozycjonistę. Salwując się ucieczką, przybiera najróżniejsze kobiece wcielenia, zgodnie ze słusznym przekonaniem, że mężczyzn kontroluje się częściej i dokładniej. Wszak to oni - brodaci, w kraciastych koszulach, z opornikiem wpiętym w klapę marynarki - stali się twarzami zdelegalizowanego związku. Bohater filmu, przebrany to za wiejską babę, to za radziecką sportsmenkę, to znów za wytworną szwedzką damę, mimowolnie ośmiesza "męską" twarz nie tylko samej Solidarności, ale w ogóle stanu wojennego jako "męskiej sprawy". Dopiero za kilka lat miały ukazać się w Polsce dwie przełomowe książki na ten temat: "Podziemie kobiet" amerykańskiej feministki Shany Penn oraz "Szminka na sztandarze. Kobiety Solidarności 1980-1989" Ewy Kondratowicz, które zweryfikowały stereotyp o mężczyznach tworzących historię polskiej walki o niepodległość i demokrację. Film "Rozmowy kontrolowane" pokazał to dużo wcześniej, w zwierciadle sympatycznej, ale jakże gorzkiej podskórnie satyry.

Dziś, mając w zanadrzu choćby wspomniane lektury, możemy na nowo czytać polskie kino traktujące o czasach Solidarności. Obecność/nieobecność w nim kobiet i sposoby ich ekranowej reprezentacji okazują się wątkiem wykraczającym poza problematykę genderu, czyli wizerunku płci w kulturze. Obnażają wiecznie żywą polską mitologię męczeńską, przypominają o zakorzenionych w romantyzmie wyobrażeniach i marzeniach. Film, ze względu na swój masowy zasięg i operowanie powszechnie zrozumiałym językiem obrazów, potrafi reprodukować, ale i demaskować rozmaite myślowe klisze, jakkolwiek nie zawsze robi to świadomie. Kiedy widzimy, jak w komedii Chęcińskiego generał SB grany przez Mariana Opanię w zaciszu domowym odreagowuje stres, dziergając kompulsywnie na drutach, jest w tym ewidentne ośmieszenie twardzielstwa komunistycznej władzy. Kiedy jednak w filmie pojawia się galeria mało rozgarniętych "ciotek Solidarności", bawiących się w konspirację wedle wzorców wyniesionych z czasów wojny, a do tego postać naiwnej działaczki żyjącej w ślepym kulcie Wałęsy, dostrzeżemy w tym coś więcej niż wyszydzenie etosu kombatanckiego: sposób postrzegania kobiet funkcjonujących w strukturach pierwszego wolnego związku zawodowego.

Istoty niewidoczne

Oglądając po latach polskie filmy "solidarnościowe" łatwo uzbroić się w ideologiczny wytrych i dokonywać wypisów pod odgórnie założoną tezę. Jedno pozostaje pewne: w filmach lat 80. czy 90. próżno szukać pełnowartościowych portretów kobiet aktywnie walczących, budujących zręby nowego ruchu społecznego czy wykuwających przyszłą wolną Polskę. Kobiety szyją biało-czerwone opaski, stoją pod bramą stoczni czy kopalni z termosami, opatrują rannych w nierównej walce ze zbrodniczym reżimem... Ta skądinąd heroiczna postawa czyni je jednak (na ekranie przynajmniej) istotami niewidocznymi, zwłaszcza w zestawieniu z aktywnym oporem mężów i braci. Po "Człowieku z marmuru" symboliczne wydaje się przejście jego głównej bohaterki, Agnieszki, na pozycję postaci drugoplanowej w "Człowieku z żelaza" (1981) Andrzeja Wajdy. Agnieszka (Krystyna Janda), która zdążyła zamienić zadziorny dżinsowy mundurek na strój znacznie bardziej ugrzeczniony, mimo że w najbardziej gorący czas została na Wybrzeżu (pod wpływem miłości, ale i zyskanej świadomości politycznej), jest już bardziej świadkiem aniżeli uczestnikiem. Odsiaduje wyrok za wspieranie strajku, niezłomnie wierzy w zwycięstwo, ale teraz jest przede wszystkim oddaną żoną bohatera i matką jego dziecka. Wielką historię tworzą przecież mężczyźni. Gdzieś w dalekim tle pojawia się postać Anny Walentynowicz, o którą dopiero dwie dekady później upomni się w "Strajku" Volker Schlöndorff, reżyser skądinąd niemiecki.

Wcześniej jednak polskie kino z zadziwiającą prawidłowością odzwierciedlało solidarnościową prawdę i legendę, marginalizując w nich działanie "kobiecego czynnika" bądź przedstawiając go w powierzchownej, stereotypowej formie. W "Ostatnim promie" (1989) Waldemara Krzystka wrażliwy nauczyciel polskiego (Krzysztof Kolberger) ucieka na Zachód, przemycając przy okazji solidarnościową "bibułę". Nawet jeśli spotkana na promie była żona pomoże mu w tym zadaniu, będzie to konspiracja z aktywnym użyciem powabów kobiecego ciała, którym - jak sugeruje się w filmie - rzeczona pani zwykła nie tylko wspierać opozycję, ale i po prostu zarabiać na życie. W "Śmierci jak kromka chleba" (1994) Kazimierza Kutza stojące za bramą kobiety górników strajkujących w kopalni "Wujek" żegnają swoich mężczyzn, jakby szli na męczeńską śmierć, a kiedy jedna z nich usiłuje zatrzymać męża, usłyszy jakże znamienne słowa: "Puszczaj, babo, chłopy patrzą". Mężczyźni strzegą ideałów i walczą o godność, podczas gdy kobiety pchane instynktem przetrwania czasami im w tym przeszkadzają.

Kobieta samotna

U Kutza pojawia się jednak jeszcze inna postać kobieca: dzielna lekarka, która w białym fartuchu zakrwawionym niczym solidarnościowy sztandar przedziera się przez milicyjny kordon i rzuca dowódcom ZOMO w twarz: "Bandyci!". Uderza tym samym we wspomniany stereotyp. Jako krzyczące sumienie oprawców kobieta, grana przez Teresę Budzisz-Krzyżanowską, staje się postacią w pełni heroiczną i należycie uwzniośloną z pomocą filmowych środków wyrazu.

Chociaż zdecydowana większość polskich filmów przedstawiających czasy wczesnej Solidarności zwykła idealizować wydarzenia tamtego czasu, pierwszym (bo wyartykułowanym już w 1981 r.!) głosem wyrażającym rozczarowanie nowym ruchem był film o kobiecie i przez kobietę nakręcony: "Kobieta samotna" Agnieszki Holland. Jego bohaterka, nienależąca do partii, nieuczestnicząca w karnawale Solidarności, w swoich zmaganiach z losem czuje się zlekceważona przez jednych i drugich. Scena, w której wybucha, artykułując swoje społeczne osamotnienie, wydaje się rewersem epizodu z "Człowieka z żelaza", gdzie ciężarną Agnieszkę Tomczyk odwiedzają opozycyjni koledzy jej uwięzionego męża i wręczają składkową zapomogę.

To bodaj pierwszy raz, kiedy słyszymy w tym filmie słowo "solidarność", pisane zresztą małą literą. Dla wielu polskich kobiet kojarzyło się ono nie tylko z niepodległościowym ruchem, ale i zwykłym gestem pomocy. Niosło też nadzieje emancypacyjne, które walka o suwerenność państwową i godne życie "od pierwszego do pierwszego" odsunęła na bliżej nieokreślone "później".

Polskie Penelopy

Byłoby pewnie nadużyciem stwierdzenie, że w polskim filmie opisującym tamten okres kobiety pojawiały się wyłącznie na drugim i trzecim planie. Jeśli jednak pozwalano im grać pierwsze skrzypce, nie stawały się bynajmniej protagonistkami: pozostawały w pozycji pasywnej, wyczekującej - jak w "półkowniku" "Wigilia ’81" (1982) Leszka Wosiewicza, gdzie babcia, matka i żona zaginionego (prawdopodobnie internowanego) bohatera, niczym cierpliwe kobiety spartańskie, wypatrują zza świątecznego stołu powrotu wojownika.

Bywa, że ponad zaangażowanie w sprawę kobiety polskie przedkładały obcowanie z duchami - jak Urszula, grana przez Grażynę Szapołowską w "Bez końca" (1984) Krzysztofa Kieślowskiego. Jej niedawno zmarły mąż, adwokat całym sercem zaangażowany w obronę młodego przywódcy strajku, nawiedza pogrążoną w rozpaczy Urszulę, która coraz bardziej odkleja się od rzeczywistości, by w końcu odebrać sobie życie. O postawie bohaterki "Bez końca" tak pisał Tadeusz Lubelski: "wierność Uli zmarłemu mężowi (...) to wierność sprawie »Solidarności« - umarłej, ale przecież nie na zawsze". W polskim kinie, gdzie nawet dramat metafizyczny musiał mieć drugie, polityczne dno, kobieta i tak do końca pozostawała niezaangażowana w aktywną działalność.

Warto jednak zwrócić uwagę, że to właśnie postacie kobiece okazały się najlepszymi wyrazicielkami traumy stanu wojennego, który milionom Polaków odebrał nadzieję, nadwątlił międzyludzkie więzy, zakwestionował dotychczasowe idealistyczne postawy. Kapitan Ewę (Krystyna Janda) z klubu jachtowego przy Stoczni Gdańskiej w "Stanie wewnętrznym" (1983) Krzysztofa Tchórzewskiego "noc generała" zastaje na pełnym morzu, kiedy pobija rekord świata w samotnym opływaniu kuli ziemskiej. Decyduje się mimo wszystko powrócić do kraju, w którym nic już nie będzie takie jak przedtem.

Wykluczenie

Solidarność jest kobietą - a przynajmniej figurą rodzaju żeńskiego, niegdyś pieszczotliwie nazywaną przez niektórych "panną S.". We wspomnianych na początku "Rozmowach kontrolowanych" mamy scenę, która doskonale szydzi z takich infantylnych skojarzeń. Widzimy oto, jak w parku suczka granej przez Irenę Kwiatkowską solidarnościowej "ciotki" Lusi zostaje zgwałcona przez pieska należącego do niesympatycznego czytelnika "Trybuny Ludu". "Panna S." ofiarą komunistycznego brutala - tak można by odczytać tę mało wybredną metaforę. Stan wojenny był przecież jakąś formą gwałtu, ale też utratą pierwszej niewinności, wytraceniem spontanicznie wybuchłej energii. Solidarność jako wspólna walka polskich kobiet i mężczyzn o suwerenną, nowoczesną Polskę okazała się kolejnym mitem: kilka lat później przy Okrągłym Stole zasiadła po stronie opozycyjnej tylko jedna kobieta.

W kinie polskim również wdało się podobne wykluczenie. Kiedy na jubileusz ćwierćwiecza ruchu powstał film "Solidarność, Solidarność", będący składanką trzynastu nowelek inspirowanych tytułowym hasłem, okazało się, że tylko jedna z nich jest dziełem kobiety-reżyserki (a dokładnie ostatnia, autorstwa Małgorzaty Szumowskiej). I tylko ta jedna skupia się na przeżyciach bohaterki kobiecej (wspominającej po latach swojego ojca, opozycyjnego dziennikarza, który nie potrafił odnaleźć się w wolnej Polsce). "Co się stało z naszą Solidarnością?!" - śpiewa w epizodzie nakręconym przez Ryszarda Bugajskiego wokalista grupy Perfect. Nie powstał jeszcze film o prawdziwych doświadczeniach kobiet "S", opisywanych m.in. na kartach książki Shany Penn: o wysiłku, jakim była często próba pogodzenia życia domowego i macierzyństwa z działalnością konspiracyjną, o poczuciu wewnętrznej wolności, jaką niosła ze sobą praca w strukturach pierwszej Solidarności (Penn nazywa to wejściem w "demokrację uczestniczącą"), o tym, jak potoczyły się losy dawnych działaczek po stanie wojennym, po ’89 r.

Dowartościowanie

Schlöndorff w "Strajku" (2006) zainspirował się historią Anny Walentynowicz, suwnicowej ze Stoczni Gdańskiej, która pomimo wielkiej roli, która odegrała w wolnościowym zrywie, zrezygnowała z władzy, oddając ją w ręce bardziej obrotnych i elokwentnych kolegów. "Myślisz, że władze poważnie potraktują kobietę? - mówi filmowa Agnieszka Walczak do Wałęsy - Liderem musi być mężczyzna!". A przyszły przewodniczący pieczętuje te słowa w innej scenie, kiedy ważą się losy negocjacji z władzami: "Ty robisz sobie złudzenia, a ja robię politykę". Agnieszce pozostaje więc praca przy powielaczu i szykowanie kanapek.

Skądinąd niemiecka aktorka Katharina Thalbach czyni z niej postać nieco pokraczną, przypominającą bohaterów chaplinowskich albo Gelsominę z "La Strady". Twórcy filmu za wszelką cenę próbują podkreślić jej kobiece niedopasowanie do męskiego środowiska, a także - przy całej odwadze i determinacji - jej nieporadność w dynamicznie zmieniającym się świecie. Agnieszka jest niepiśmienna, telewizor będący nagrodą dla przodownicy socjalistycznej pracy wyraźnie przygniata jej nikłą posturę, a mikrofon na akademii okazuje się za wysoki. Łże-feminizm w wydaniu komunistycznym znajduje przedłużenie w czasach euforii Solidarności, kiedy powoli dają się odczuć nowe podziały i przybrane w nową szatę stare stereotypy. Jakkolwiek jednak film powstały w polsko-niemieckiej koprodukcji nie był artystycznym sukcesem i w wielu momentach trywializował postać głównej bohaterki (przez co pierwowzór postaci odmówił utożsamienia z nią), była to jedyna na naszym gruncie tak spektakularna próba dowartościowania kobiety związanej z NSZZ "Solidarność".

***

W powstałym rok temu filmie "Popiełuszko. Wolność jest w nas" Rafała Wieczyńskiego wchodzimy na powrót w szarą strefę, zamieszkałą głównie przez usłużne siostry zakonne i wysyłające swoich synów na śmierć matki-Polki. Trudno pominąć milczeniem scenę, w której znana opozycjonistka Roma Szczepkowska (zagrana przez jej córkę, Joannę) wyciąga do przygniecionego ciężarem niesprawiedliwości księdza Jerzego solidarną dłoń i słyszy odeń zdanie: "Nie mam zwyczaju spowiadać się przed kobietami". Scena ta, być może w intencjach niewinna, posiada wartość podwójną: pozbawiając bohatera na moment hagiograficznego nimbu, czyni go bardziej prawdziwym, ale przy okazji pokazuje ukryty głęboko hierarchiczny porządek panujący w ówczesnych środowiskach opozycyjnych. Minęło tyle lat, Solidarność zdążyła się kilkakrotnie podzielić i wystawić swoje dobre imię na szwank, ale mimo to jej legenda nadal żyje. Wraz z nią żyje też, niestety, dawny porządek, zapisany (intencjonalnie czy bezwiednie) w wielu polskich filmach, również ostatnich lat.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do pisma „EKRANy”, „Kino” i miesięcznika psychologicznego „Charaktery”. Jest współautorką takich publikacji, jak: „Panorama kina...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]