Reklama

Iluzoryczny jak wolna wola

Iluzoryczny jak wolna wola

21.06.2015
Czyta się kilka minut
Często popadamy w iluzję kontroli nad zdarzeniami lub własnym zachowaniem. Czy to znaczy, że wolna wola jest tylko złudzeniem?
Fot. GETTY IMAGES
W

W jednej z najbardziej widowiskowych scen filmu „RoboCop” z 2014 r. dr Dennett Norton (w tej roli Gary Oldman) tak oto wyjaśnia efektywność bojową stworzonego przez siebie tytułowego robo-policjanta – hybrydy mózgu Alexa Murphy’ego i robotycznego ciała: „Na co dzień człowiek steruje maszyną – to Alex podejmuje decyzje. Ale w sytuacji bojowej opada przyłbica i włącza się oprogramowanie. Wtedy przejmuje sterowanie maszyna. Alex jest wówczas biernym pasażerem (…). Gdy maszyna walczy, system wysyła informacje do mózgu Alexa i wydaje się mu, że robi rzeczywiście to, co robią komputery. Alex uważa, że panuje nad sytuacją. Ale tak nie jest. To iluzja wolnej woli”.

Ten cytat oddaje podejście do wolnej woli, dominujące w neuronauce i psychologii. Na gruncie tych nauk tradycyjną dyskusję metafizyczną o istnieniu lub nieistnieniu wolnej woli zastąpiło rozstrzygalne empirycznie pytanie: w jakich kontekstach nasze działanie jest automatyczne i zdeterminowane przez czynniki zewnętrzne, a kiedy to my rzeczywiście „przejmujemy stery” nad samym sobą?

Złudzenie sprawstwa

W jednym z eksperymentów Daniel Weg- ner, psycholog społeczny z Harvard University i autor książki „The Illusion of Conscious Will” („Iluzja świadomej woli”), prosił badaną osobę o ubranie płaszcza i stanięcie przed lustrem.

Za osobą badaną umieszczony był parawan, za którym stawał pomocnik eksperymentatora. Wsuwał on swoje ramiona w rękawy płaszcza osoby badanej w taki sposób, że w lustrze postrzegała je ona jako swoje własne. Ręce pomocnika eksperymentatora wykonywały rozmaite ruchy. Gdy badani słyszeli przez słuchawki dokładny opis ruchów, ale przed ich nastąpieniem, relacjonowali subiektywne poczucie kontroli nad ruchami de facto nie swoich ramion.
Efekt taki nie wystąpił natomiast, gdy osoby badane nie słyszały opisu ruchów wykonywanych przez pomocnika eksperymentatora. Eksperyment ten ilustruje poglądy Wegnera, którego zdaniem przyczyna wielu naszych zachowań tkwi gdzie indziej niż w naszych świadomych decyzjach.

Szczęśliwa iluzja

W książce „Złudzenia, które pozwalają żyć” Mirosław Kofta opisuje pomysłowe badanie przeprowadzone pod koniec lat 70. XX w. przez Lauren Alloy i Lyn Abramson.

Jego uczestnicy należeli do dwóch grup – pierwszą stanowiły osoby depresyjne (czyli bardziej podatne na tę chorobę), drugą zaś niedepresyjne.
Zadaniem uczestników było naciskanie (lub nie) przycisku zgodnie ze swoją wolą. Następnie badani obserwowali rozbłysk kolorowej lampki. Badanie składało się z wielu prób, przy czym w każdej możliwa była jedna z czterech sytuacji: po pierwsze mogło zdarzyć się, że osoba wcisnęła przycisk i kolorowa lampka rozświetliła się; po drugie nie nacisnęła przycisku, ale lampka mimo tego się rozświetliła; po trzecie uczestnik nacisnął przycisk i lampka nie rozświetliła się; wreszcie możliwa była sytuacja, gdy osoba badana nie nacisnęła przycisku i lampka się nie zapalała. Po zakończeniu tej części eksperymentu uczeni prosili uczestników, by ci ocenili swój wpływ – manifestujący się poprzez naciskanie przycisku – na zapalanie się kolorowej lampki.
Rezultaty badania okazały się zadziwiające: w sytuacji, gdy eksperyment zaprogramowany był tak, że rozświetlenie się kolorowej lampki rzeczywiście zależało od naciśnięcia przycisku, wszyscy uczestnicy – zarówno depresyjni, jak i niedepresyjni – trafnie oceniali swój wpływ na zdarzenie jako wysoki. W drugim wariancie, gdy badaczki zaaranżowały eksperyment tak, że nie było żadnego związku pomiędzy wciskaniem przycisku a rozpalaniem się światełka, osoby depresyjne oceniały swój wpływ na zdarzenie trafnie, a więc jako znikomy, natomiast osoby niedepresyjne zdecydowanie swój wpływ zawyżały. Innymi słowy, o ile te pierwsze trafnie spostrzegały, że są jedynie widzami w spektaklu zaprogramowanym przez badaczki, o tyle te drugie twierdziły, że są aktorami, od których zależy przebieg widowiska. Zjawisko to nazwano „iluzją kontroli”.

Wyniki innego eksperymentu, przeprowadzonego na początku lat 80. przez te same uczone oraz Donalda Viscusiego, pokazały, że nastrój, w jakim aktualnie się znajdujemy, wpływa na nasze poczucie sprawstwa. Badacze wywoływali celowo dobry nastrój u osób depresyjnych, a następnie stawiali je przed zadaniem analogicznym do opisanego wyżej i prosili o ocenę ich wpływu na sytuację. Co ciekawe, u osób tych zaobserwowano „iluzję kontroli”, charakterystyczną dla osób niedepresyjnych. Z kolei wywołanie złego nastroju u osób niedepresyjnych prowadziło do ustania „iluzji kontroli”, a więc adekwatnej oceny swojego wpływu na zapalanie się lampki.

Co złego, to nie my!

Badania psychologów pokazują, że ludzie najczęściej skłonni są widzieć siebie jako sprawców wydarzeń pozytywnych, a zarazem umniejszają swoją rolę sprawczą, gdy mowa o negatywnych.

Tendencja ta przejawia się choćby wtedy, gdy pytamy ludzi o źródła sukcesu. Większość osób podkreśla wówczas, że zawdzięcza go swojej ciężkiej pracy czy wytrwałości w dążeniu do celu.

Z kolei przyczyną niepowodzeń okazują się być raczej czynniki zewnętrzne (z pechem włącznie), a nie brak zaangażowania czy nieudolność. Co więcej, gdy jesteśmy częścią zespołu, często przeceniamy wagę roli, jaką odegraliśmy w osiągnięciu grupowego zwycięstwa. Z drugiej strony rzadziej widzimy siebie jako winnych porażki grupy. Interesującym zagadnieniem jest również poczucie identyfikacji z grupą – chętniej identyfikujemy się z zasłużoną grupą, a rzadziej ze zbiorowością, która doświadczyła porażki. Najlepiej widać to na przykładzie zawodów sportowych – psycholog społeczny Anthony Greenwald zaobserwował, że amerykańscy studenci w swoich wypowiedziach częściej używają formy „my” po wygranym meczu drużyny reprezentującej ich uniwersytet.

Początek wolnej woli

Nasza wola jest więc chimeryczna – odczuwanie, że jest się sprawcą jakiegoś zdarzenia, zależy od wielu czynników, a rzeczywista sytuacja jest tylko jednym z nich.

Reżyser „RoboCopa” być może nieprzypadkowo wybrał imię filmowego twórcy robo-policjanta, dr. Dennetta Nortona.

Głównymi dziedzinami badań pierwowzoru tej postaci, jakim jest amerykański kognitywista i filozof Daniel Dennett z Tufts University, są wolna wola oraz świadomość. Jego zdaniem filozoficzne dyskusje na temat tych problemów muszą uwzględniać wyniki eksperymentów i hipotezy nauk o mózgu. Chociaż, jak pisze Dennett, „badania empiryczne same w sobie nie rozwiązują problemów filozoficznych, rozjaśniają je, a czasami poprawiają i korygują, i potem często ulegają one unieważnieniu, a czasem mogą zostać rozwiązane w drodze dalszej refleksji filozoficznej”. Liczne badania są z pewnością ważną przesłanką, ale pewnie nie ostatnim słowem w dyskusjach o wolnej woli i kontroli nad samym sobą. ©

EKSPERYMENT LIBETA

W dyskusjach nad wolną wolą psychologowie eksperymentalni i kognitywiści bardzo często powołują się na słynny eksperyment przeprowadzony przez Benjamina Libeta z University of California w San Francisco. Co ciekawe, na jego wyniki powołują się zarówno przeciwnicy, jak i obrońcy wolnej woli. Libet chciał odpowiedzieć na pytanie, czy przyczyną naszych zachowań są świadome akty woli, czy też uprzednie wobec nich procesy mózgowe.

Na początku zadaniem osób badanych było wielokrotne wykonywanie prostych ruchów ręką, wpatrując się jednocześnie w tarczę zegara. Mogły wykonać ruch w dowolnym momencie, musiały jednak zapamiętać, kiedy dokładnie podjęły świadomą decyzję. Na ich głowach umieszczone były elektrody elektroencefalografu (EEG), za pomocą którego mierzono tzw. symetryczny potencjał gotowości. Potencjał ten zarejestrowano w pierwszorzędowej korze ruchowej oraz dodatkowej korze ruchowej około 550 milisekund przed wykonaniem ruchu, podczas gdy świadomy akt woli poprzedzał ruch tylko o 200 milisekund. Zgodnie z popularną interpretacją, przyczyną ruchu nie jest więc świadomy wybór, ale poprzedzająca go aktywność mózgowa. Sam Libet starał się znaleźć miejsce – a właściwie czas – dla wolnej woli. Twierdził on, że wprawdzie nasze działania inicjowane są przed pojawieniem się intencji, lecz możliwe jest świadome weto, które może wystąpić ok. 100 ms przed zainicjowanym wcześniej wykonaniem ruchu.

Zwolennicy istnienia wolnej woli do dziś krytykują filozoficzną interpretację podstawowego eksperymentu Libeta, natomiast osoby przekonane o tym, że wolna wola jest tylko iluzją, twierdzą, że świadome weto jest koncepcją wprowadzoną ad hoc. ©

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Wydaje się, że kognitywistyka rzeczywiście "rozjaśnia" filozoficzne problemy wolnej woli. W jej jasnym świetle bardzo źle wygląda nowożytne, inkompatybilistyczne pojęcie woli. Okazuje się pojęciem kulturowym bez rzeczywistego desygnatu. Ale kompatybilizm powszechny prze XIV wiekiem wygląda całkiem dobrze. Eksperymenty Libelta dotyczyły czynności prostych, które z racji tego, że przyrodzie toczy się walka o zasoby energii mózg powinien był zautomatyzować, co potwierdziły eksperymenty. Z tych samych powodów nie jest wiarygodne, żeby energochłonny mózg był "po nic", czyli tylko do wykonywania mniej lub bardziej automatycznych reakcji. Dobór naturalny coś takiego by unicestwił. Przypominałoby to pseudonaukowe a często powtarzane twierdzenie, że wykorzystujemy tylko 10% mózgu. Wynika z niego że 90% mózgu jest zbędne lub zużywa energię na próżno. Podobnie i Arystoteles twierdził, że mózg to tylko chłodnica krwi (faktycznie 30% ciepła tracimy przez głowę). Jeśli wolnej woli nie ma, to mózg jest zagadkową ewolucyjnie "chłodnicą krwi".

"Jeśli wolnej woli nie ma, to mózg jest zagadkową ewolucyjnie 'chłodnicą krwi'". Nic w powyższym komentarzu nie upoważnia do podobnego wniosku. Nie jest tak, że skoro mózg wykonuje nie tylko proste zautomatyzowane czynności, to tym samym zostaje udowodnione posiadanie przezeń właściwości jakiejś "wolnej woli".

"Nic w powyższym komentarzu nie upoważnia do podobnego wniosku". Dla dogmatycznego pozytywisty na pewno nic. Ale z tego stanowiska nawet ludzka komunikacja jest niewytłumaczalna. Braki tej komunikacji nie pozwoliły pozytywiście na zauważenie, że w komentarzu chodzi o kompatybilistyczne pojmowanie wolnej woli. Za wikipedią: "Kompatybiliści definiują wolną wolę jako wolność działania zgodnie ze zdeterminowanymi wewnętrznie motywami, bez arbitralnych przeszkód ze strony innych osób czy instytucji" czy też "wolna wola to sytuacja, w której osoba miała wolność, by działać zgodnie ze swą własną motywacją". Jeżeli zatem przyjąć, że to mózg odpowiada za "zdeterminowane wewnętrznie motywy" a nie tylko wykonuje proste zautomatyzowane czynności, to tym samym zostaje udowodnione zostaje istnienie właściwości wolnej woli. Oczywiście można przyjąć, że mózg jest od chłodzenia krwi a nie od wytwarzania motywacji.

Mój rzekomy "dogmatyczny pozytywizm" nie jest konieczny, by stwierdzić, że Pańskie "dowody" są tego sortu, jaki stosuje na niedzielnym kazaniu pleban z Pcimia Dolnego. Kompatybiliści (tak jak niekompatybiliści) mogą sobie definiować "wolną wolę" jak im się rzewnie podoba (co nie znaczy, że sami nie są w tym wyborze zdeterminowani). Niezależnie od treści, jakie w to pojęcie wrzucą, istotą pozostaje to, że to oni tworzą ów ideologiczny konstrukt, przykrawając go, jak im pasuje. Dlaczego ktokolwiek miałby przystawać na twierdzenie, że do zaistnienia "wolnej woli" wystarczy, aby nie było żadnych (postrzegalnych) "arbitralnych przeszkód ze strony innych osób czy instytucji" oraz aby działać w oparciu o (subiektywnie odbieraną) "własną motywację"? Nie ma po temu żadnych obiektywnych powodów...

"Pańskie "dowody" są tego sortu, jaki stosuje na niedzielnym kazaniu pleban z Pcimia Dolnego."

"Pańskie "dowody" są tego sortu, jaki stosuje na niedzielnym kazaniu pleban z Pcimia Dolnego". Rzeczywiście pozytywizm nie jest konieczny, żeby coś takiego napisać. Zdaje się, że niechcący obraziłem pozytywistów. Stara się Pan powiedzieć, że pojęcie "wolnej woli" nie jest fałszywe, lecz bezsensowne? Ciężko pojąć (zwłaszcza na Pańskich warunkach obiektywności), gdyż wygłasza Pan same sprzeczności: "Kompatybiliści (tak jak niekompatybiliści) mogą sobie definiować "wolną wolę" jak im się rzewnie podoba (co nie znaczy, że sami nie są w tym wyborze zdeterminowani)". Skoro MOGĄ co im się PODOBA i są w tym ZDETERMINOWANI, to są kompatybilistami. Nieprawdaż? Czyniąc taki zarzut przyjmuje Pan to, co innym zarzuca. "Niezależnie od treści, jakie w to pojęcie wrzucą, istotą pozostaje to, że to oni tworzą ów ideologiczny konstrukt, przykrawając go, jak im pasuje". Tak jak i Pan uczynił. Ale dobrze dowiedzieć się, obok (zamiast?) anarchicznej wolności istnieje też poznanie istoty rzeczy i że można miedzy nimi wybierać (czego Pan dowodem). "Nie ma żadnych obiektywnych powodów istotą pozostaje to, że to oni tworzą ów ideologiczny konstrukt, przykrawając go, jak im pasuje". Teraz zaś dowodzi Pan woli w sensie niekompatybilistycznym, jako siły, która ignoruje nawet "obiektywne powody". Czyli zakłada Pan zarazem dwa sprzeczne rozumienia wolnej woli. "Dlaczego ktokolwiek miałby przystawać na twierdzenie". To pytanie o racje wyboru czy o racje treści pojęć? Z pierwszym ma Pan kłopot. A dlaczego używany takich a nie innych pojęć? Wg Wittgensteina należy to do naszej praktyki (sposobu życia). Pana sposób życia polega na wygłaszaniu bełkotu.

No to już widzę, że szkoda czasu i atłasu na kolejnego zapiekłego teistę...

Panie, ja tu nic o teizmie nie pisałem. Wykładam kompatybilizm in modo dennettico. Komentujesz Pan sam siebie. Cokolwiek się nie napisze, Pan od razu wszczynasz swoją osobistą wojnę z Panem Bogiem i teistami. Czy kompatybilista Daniel Dennett jest teistą? O co Panu w ogóle chodzi?

W moich przytykach do teistów (przecież nie do boga, czy innych ich chimer!) chodzi o to, Panie, skąd bierze się u Szanownego Jego "wolna wola" i czemu służy. Nie mydl mi Pan oczu ateistą Dennettem. Jego rozważania, aczkolwiek uważam je z racji ogólnej za błędne (bo konstruujące "wolną wolę", a nie opisujące rzeczywisty fenomen, którego istnienie zostałoby udowodnione - tak jak u Szanownego), posiadają jednak precyzję, jasność i lekkość, których zupełnie pozbawiona jest Pańska bełkotliwa mowa. Ponownie stwierdzam - Pańskie argumenta mają konsystencję wiejskiego kazania. Potężne założenia wstępne, koniektury brane za udowodnione twierdzenia, non sequitur, zarzuty wyssane z palca, które nie wiem nawet, do czego podpiąć... Mam też Panu urządzać kolejną lekcję języka - tym razem na temat różnych znaczeń i użyć słowa "móc" (których Pan nie zna, albo udaje, że nie zna), na temat ograniczeń stawianych przez język tak długo pozostający pod wpływem woluntarystycznych miraży? Nie, dziękuję. Krótko mówiąc, jedyne coś Pan udowodnił od pierwszego postu do ostatniego, to nie kompatybilistyczna (czy z innym przymiotnikiem) "wolna wola" ani też żadne moje sprzeczności, ale swoją niezdolność do udowodnienia którychkolwiek z nich.

Moja "potężna" a dość banalna teza jest taka, że badania neurobiologiczne nie negują kompatybilistycznego rozumienia wolnej woli. Bynajmniej tego nie dowodzę, tylko poddaję jako tezę do dyskusji, do której Pan nie jest najwyraźniej zdolny. Mimo to, odpowiem na Pana pytanie o istnienie wolnej woli a Pan to potem obrzuci błotem i wyśmieje. OK? "Wolna wola" jest fenomenem, jak to fenomen, bezpośrednio danym w (moim) doświadczeniu. Pozwala mi np. pisać te czy inne słowa lub ich nie pisać. Czym jest natomiast "rzeczywisty fenomenem, którego istnienie ma być udowodnione" to niestety nie wiem. Moim zdaniem to tylko jałowe użycie słów. Rodzaj kiepskiej metafizyki "podwajającej" rzeczywistość na "doświadczaną" i "prawdziwie doświadczaną", "fenomeny" i "rzeczywiste fenomeny" itd. Celują w tym tomiści egzystencjalni ze swoim "bytem" i "bytem realnym". Przez "fenomen" filozofowie określają zwykle to, co jest "bezpośrednio dane". W innym znaczeniu to tyle, co każde zjawisko nie tylko psychologiczne ale np. w fizyce. Czasem fenomen przeciwstawia się tzw. istocie a czasem traktuje się jako synonim iluzji czy złudy (kognitywiści lubią tak traktować np. perspektywę pierwszoosobową tzw. qualia). We wszystkich tych przypadkach dowodzenie fenomenów nie ma sensu. Proszę "udowodnić" że doświadcza Pan świadomości? Jak to jest być czymś podpisującym się gregg84? Może to jest tak jak być nietoperzem? Proszę udowodnić jak to jest. Wiedza opiera się na doświadczeniu lub rozumowaniu. Ja nie wiem co to znaczy "udowodnić swoje doświadczenie". Każe mi Pan robić coś jak całkowanie zieloności desygnatów i obrzuca epitetami, że nie umiem. Jakie to dorosłe, filozoficzne i wspaniałe. Pan zdaje się nie uznaje istnienia qualiów. Nie uznaje ani prawomocności doświadczenia pierwszoosobowego np. wolnych wyborów ani wartości poznawczej języka potocznego. Odrzuca Pan psychologię potoczną. OK. Tak przynajmniej Pana rozumiem. Jeśli źle, proszę sprostować. Proszę jednak nie oczekiwać ode mnie "dowodów na istnienie". Nie sztuka wykazać adwersarzowi niespójność przyjmując inne niż jego założenia. Wykaż mi Pan niespójność na moich założeniach! Póki co ja Panu odpowiadam (bez udawania dyskusji tylko na serio), że dowody możliwe są w systemie aksjomatycznym a ten w określonym języku. Proszę zatem (zamiast taniej retoryki) wskazać język, którego raczy Pan używać, podać założenia i reguły inferencji zbudowanego w tym języku systemu, w którym mam Panu przeprowadzać dowody. Ciężar wykazania tego jest na Panu. Pozdrawiam.

Nie ma potrzeby obrzucać błotem i wyśmiewać Pański ostatni komentarz. Nie jest prawdą, jakoby nie próbował Pan dowodzić istnienia wolnej woli. Zdanie: "jeśli wolnej woli nie ma, to mózg jest zagadkową ewolucyjnie 'chłodnicą krwi'" i to, co je poprzedza, pokazuje Pańskie ciągoty w stronę naukowego dowodzenia (chybione zresztą, jak zaznaczyłem - jeśli mózg nie jest "chłodnicą" nie znaczy to automatycznie, że jakakolwiek wolna wola istnieje; non sequitur). Co więcej, w następnym komentarzu pisze Pan już wprost: "jeżeli zatem przyjąć, że to mózg odpowiada za 'zdeterminowane wewnętrznie motywy' a nie tylko wykonuje proste zautomatyzowane czynności, to tym samym zostaje UDOWODNIONE (pogrubienie moje - gregg84) istnienie właściwości wolnej woli" (kolejne non sequitur, jak sądzę...). Gdyby od początku chodziło tylko o to, że neuronauki nie negują kompatybilizmu, to przystałbym na to od razu (choć pewnie przyczyny tego kroku by Pana nie zadowoliły - po prostu kompatybilistyczny konstrukt "wolnej woli" jest niefalsyfikowalny, a więc nienaukowy). Jednak na tę skróconą pozycję wycofał się Pan dopiero teraz. Nie tylko w tym przypadku, zresztą... Jeżeli bowiem pod pojęciem "wolnej woli" rozumiałby Pan od początku tylko i wyłącznie subiektywnie percypowany fenomen, myśl, uczucie, to ja temu również mogę przyklasnąć. Pisałem przecież o "potężnym subiektywnym poczuciu własnego 'ja' każdego z nas jako pierwotnego źródła naszych czynów, poczuciu autorstwa i sprawstwa". Nie mam problemu z uznaniem fenomenu jednostkowej świadomości (z całym jego bogactwem lub ubóstwem myśli, uczuć i wrażeń zmysłowych) za nieredukowalną podstawę, jedno z założeń wstępnych wszelkiego poznania (co nie wyklucza badania materialistycznych podstaw jej emergentnego wyłonienia się). Doskonale Pan jednak wie, że nie o taką subiektywną, minimalistyczną "wolną wolę" toczy się batalia (między nami i wszystkimi innymi zainteresowanymi). Gdyby tak było, wszelkie rozważania kompatybilistyczne i niekompatybilistyczne (a także sam podział między nimi) nie miałyby zupełnie sensu... Oba te stanowiska nie wojują o subiektywne poczucie, ale o zobiektywizowanie wolnej woli (niekompatybilizm mocniej - kompatybilizm ratuje już tylko to, co się da...) w przestrzeń kulturową, ideową, społeczną. Nikomu nie potrzebna jest sama "wolna wola" - chodzi o użytek, jaki można z tego pojęcia uczynić, o wzmocnienie poczucia odpowiedzialności, poczucia indywidualnej zasługi i winy, o uzasadnienie dla psychicznego i fizycznego nagradzania i karania. Z tego, że ja czuję się wolny, i że być może Pan czuje się wolny, nie wypływa żadnym naturalnym korytem uzasadnienie dla tego, abym i ja traktował Pana jako istotę wolną, jak traktuję siebie - do tego potrzeba skonstruować "wolną wolę" między nami. Gdyby ów konstrukt przynosił tylko, lub w przeważającej mierze, pozytywne owoce w świecie, wówczas mógłbym machnąć na to wszystko ręką. Tak jednak nie jest - zobiektywizowana "wolna wola" jest ślepym, upraszczającym narzędziem opresji, tłamszenia mas ludzkich i wynoszenia nielicznych. Dlatego nie ma i nie będzie mojej zgody na to, aby pojęcie to nadal panoszyło się w świecie tak tanim sumptem, jak dotychczas...

Nie wiem, czy eliminacja konstruktu społecznego "wolnej woli" nie przyniosłaby większych szkód niż jego utrzymanie. Nie mówiąc już o tym, że taka zmiana wymaga decyzji, żeby to zmienić, czyli wolnej woli (mniejsza o terminologię). Jak to obiektywnie ocenić? Bardzo subiektywne jest poczucie, że bez "odpowiedzialności, poczucia indywidualnej zasługi i winy", bez "uzasadnienia dla psychicznego i fizycznego nagradzania i karania" byłoby mniej tłamszenia mas i wynoszenia nielicznych, a tym bardziej subiektywne jest poczucie, że byłoby wtedy "lepiej". Mnie się zdaje, że byłoby właśnie gorzej. Obiektywne z pewnością jest to, że taka a nie inna struktura społeczna sprawdziła się ewolucyjnie, pozwalając naszemu gatunkowi przetrwać. Przez co dziś nie mamy populacji ludzkich nie znających winy i kary. Co więcej, można powiedzieć, że właśnie to poczucie odróżnia nas od innych zwierząt. Obiektywne (naukowo) jest również to, że większość innowacji, tak jak mutacji, jest zabójcza dla organizmów, stanowiąc koszt ewolucji. Są wprawdzie próby uzupełnienia doboru naturalnego innym mechanizmem przystosowawczym ale na ile są one "obiektywną" nauką? W najlepszym razie Pana propozycję można uznać za niczym nie poparty (poza samą niesprzecznością), ryzykowny projekt. Po drugie, Pana granica między subiektywnym a obiektywnym, wydaje mi się wynikiem zbyt sztywnej kategoryzacji i szukania "prawdziwej" formy logicznej języka i budowanych w nim pojęć w co ja zupełnie nie wierzę. Tę dychotomię należy traktować w duchu pojęć rodzinnych a nie w duchu teorii klas. Kiedy głaszczę kota niewątpliwie mam jakieś wrażenia różne od samego kota ale nie do tego stopnia, żeby odmawiać obiektywnego istnienia kotu. Doświadczenie z kotem każe mi przyjąć niejako "wewnątrz" niego zarówno "obiektywne" jak i "subiektywne" jego składniki. W różnych doświadczeniach składniki te są w różnych do siebie proporcjach i nie da się a priori ustalić między nimi relacji, która jest wyraźnie nieliniowa (co umożliwia nam przecież przepływ informacji i tym samym poznanie). Pana dychotomia jest - wg mnie - niedorzeczna czy - jak chce Wittgenstein jest skutkiem jałowego użycia słów. Chcąc czy nie ale swoją kategoryzacją rozdzielił Pan subiektywność podmiotu ("fenomen jednostkowej świadomości z całym jego bogactwem lub ubóstwem myśli, uczuć i wrażeń zmysłowych jako nieredukowalna podstawa, jedno z założeń wstępnych wszelkiego poznania") od aktywności mózgu. A to jest wniosek sprzeczny z neurokognitywistyką, która stwierdza coś wręcz przeciwnego. Można dyskutować o zakresie pojęcia neuronowego korelatu świadomości (być może są akty świadomości bez neuronalnego korelatu, w co raczej kognitywiście nie wierzą) ale nie o samej jego zasadności. W Pana ujęciu subiektywność rzeczywiście nie ma nic wspólnego z mózgiem bez względu na to, czy ma się ją za ulotny epifenomen (Pana stanowisko - jak mniemam) czy przeciwnie za całkowicie oderwaną a niematerialną substancję ale jednak oddziaływającą przyczynowo (ja odrzucam oba te stanowiska). W przy takich założeniach subiektywność jest poza zasięgiem nauki. Stąd są Pana zrozumiałe obiekcje wobec moich "dowodzeń" wolnej woli. Dlatego pytałem o język w którym miałbym dowodzić. Wszakże nie jest spójne, że z pomocą epifenomenalnej świadomości (czyli nieoddziaływającej przyczynowo) chce Pan oddziaływać na struktury społeczne, żeby to czy owo nie panoszyło się w nich. Moim z dniem zakłada to zarówno przyczynowość podmiotu (czyli wolną wolę) jak moralną opresywność, którą niby ma zwalczać. Dalej idąc, nie jest prawdą, że wszystkie tezy uznawane za naukowe są falsyfikowalne. Wielu tez teorii ewolucji nie można sfalsyfikować. To samo można powiedzieć o pewnych konstruktach teoretycznych fizyki. Wreszcie sama teoria falsyfikacji jako granicy demarkacyjnej między nauką a nie-nauką ma wady, czego jednak nie będę omawiał. W każdym razie falsyfikacja nie jest jedynym wyznacznikiem naukowości. Wreszcie pojęcie obiektywności, zależy od tego, co uznamy za istnienie a to już metafizyka. Tu w zasadzie - nomen omen - "wszystko wolno" od przyjęcia jednego tylko istnienia (substancji) np. "Absolutu", "materii" itd. do przyjęcia nieskończenie wielu, różnych istnień (substancji). W razie przyjęcia pluralizmu metafizycznego nie ma żadnego powodu odmawiać istnienia stanom subiektywnym. Z nauką da się pogodzić różne stanowiska metafizyczne ale nie każdy może się z każdą metafizyką pogodzić. Ja nie rozumiem czemu świadomość ma istnieć "gorzej" czy "mniej poważnie" niż kot, zdania nauki, liście na drzewie czy grawitacja?

Postaram się streszczać, gdyż coraz dłuższa robi się ta nasza wymiana... Radykalna redukcja dyskursu "wolnej woli" (w całkowitą likwidację nie wierzę i nie sądzę, by była pożądana) jest niezbędna (choć pewnie niewystarczająca) do tego, aby praktyka społeczna nareszcie zaczęła na poważnie dostrzegać i wyciągać konkretne wnioski w działaniu z przyczynowości postępowania ludzi, z warunkującego charakteru wpływów społecznych, doświadczeń osobistych od łona matki (czy probówki) począwszy, ze znaczenia genów i balansu biochemicznego organizmu. Kompatybilizm, który próbuje łączyć "wolną wolę" z determinizmem (przyczynowością), jest reakcyjnym ruchem w przeciwnym kierunku. Ukrócenie upraszczającego rzecz woluntaryzmu byłoby dużym krokiem w stronę egalitarystycznej, demokratyzującej reformy społecznej (może dla kogoś elitaryzm i wybujały indywidualizm są wartością - dla mnie pozostają szkodliwe i fałszywe). Nie sądzę, by potrzebna do tego była jakaś powszechna zgoda ("wolna wola", jak Pan to nazywa) - wystarczą lokalne inicjatywy wsparte przez coraz mocniej wciskającą się w umysły wiedzę o działaniu ludzkiego mózgu. Nie przekonuje mnie Pańska analogia do naturalnej selekcji i szkodliwych mutacji. Osiągnęliśmy poziom rozwoju kulturowego i ekonomicznego, ponad którym możemy sobie pozwolić nie tylko na przetrwanie jako gatunek, ale także na szczęśliwsze życie zgodnie z nabytą wiedzą o świecie (robimy to nieustannie, bez lęków) i o nas. Nie rozumiem, z kolei, Pańskiego rozbudowanego zarzutu odnośnie granicy subiektywności i obiektywności. Jaką niby ja wyznaczam granicę, Pana zdaniem, która zasługiwałaby na taką krytykę? Pańska analogia z percypowaniem kociaka nie bardzo chyba nadaje się do zastosowania w przypadku "wolnej woli". Postrzegając subiektywnie drugiego człowieka, nie mam problemów z uznaniem obiektywności (tak jak kota czy grawitacji) jego czy jej istnienia fizycznego, świadomości i ich własnego świadomego poczucia wolności i sprawstwa. Jak od tego postrzeganego (zakładanego) poczucia przejść niekontrowersyjnie do przypisywania postrzeganym osobom jakichś obiektywnych (raczej zobiektywizowanych) wolności i autonomicznego sprawstwa - nadal nie wiem... Całkowicie odrzucam, za to, Pański zarzut dotyczący rzekomego oddzielania przeze mnie świadomości od aktywności neuronalnej mózgu. Skłaniam się raczej ku tezie, że świadomość jest sposobem ekspresji mózgu (nie jedynym, rzecz jasna), poprzez który organizm oddziałuje na samego siebie i współoddziałuje z otoczeniem (przy czym wpływ samego organizmu/mózgu jest w tej relacji zawsze wtórny). Nie gwarantuje to sprawczej, autonomicznej podmiotowości naszej świadomości (nie jest też sprzeczne z moim wcześniejszym twierdzeniem o nieredukowalności świadomości w sytuacji poznawczej). Co do teorii ewolucji, to pewne jej twierdzenia są nieweryfikowalne w praktyce (np. ze względu na stan zachowania materiału badawczego czy przypadkowość jego odnajdywania), a nie z zasady, jak "wolna wola" (w jakimkolwiek wydaniu). Niefalsyfikowalne i nieweryfikowalne konstrukty fizyki teoretycznej są tylko hipotezami, które nie znajdą uznania, dopóki nie poszukają sposobów falsyfikacji. Falsyfikacja nie jest jedynym wyznacznikiem naukowości, lecz bez niej nie ma naukowości. Pyta Pan kolejny raz o "język", w którym miałby "udowadniać" wolną wolę, lecz ja nie jestem w stanie Panu pomóc. Jak piszę od początku, ja dostrzegam przede wszystkim, nie opisywanie istniejącego fenomenu ("wolnej woli" jako coś ponad indywidualnie odbierane wrażenie sprawstwa i wolności, które wszak nie musi być czymkolwiek więcej, niż każdy przedmiot wyobraźni, któremu nie przypisujemy istnienia poza tą wyobraźnią), lecz wymyślanie ideologii "wolnej woli", a tu opcje językowe są nieograniczone. Do tej pory stwierdzam jedynie, że Pańskie próby kompatybilistycznego unaukowienia "wolnej woli" rozbijają się o kryteria naukowości...

Rzeczywiście trzeba się streszczać. Percepcja subiektywności drugiego została (prawidłowo - jak mi się wydaje) zanalizowana przez Wittgensteina (słynne są zwłaszcza jego analizy na temat: skąd wiem, że cię coś boli), co potem pięknie potwierdziły odkrycia neuronów lustrzanych w neurokognitywistyce a wyjaśniły teorie psychologów ewolucyjnych na temat detekcji intencji u naczelnych np. wg. Tomasello podniesiony przez Pana kłopot z rozumieniem cudzych intencji jest charakterystyczny dla szympansów ale nie występuje u zdrowych ludzi. Powiem tylko, że Pana projekt reformy społecznej w kierunku egalitaryzmu jest już realizowany np. w dziedzinie marketingu, gdzie nie ma "elitarnych i opresyjnych" pojęć woli, zasługi, winy czy kary skutkiem czego naczelną zasadą i praktyką jest maksymalne wyrolowanie drugiego, wszelkimi sposobami z jak największą korzyścią. Jest to zrozumiałe (i falsyfikowalne), gdy przyjąć, że człowiek nie jest karany gdy jest wolny i odpowiedzialny (jak chcą nonkompatybiliści i Pan) lecz jest wolny i odpowiedzialny (czasami) gdy jest karany (kompatybilizm). Sądzę też, że to główna przyczyna, dla której kompatybilizm się Panu nie podoba. Piszę akurat o tym bo zawodowo zajmuję się bardzo mało egalitarnymi skutkami tych praktyk w sądzie. Jeśli zaś reforma egalitarna pójdzie dalej i obejmie również prawo to skutki będą bardzo elitarne a ja zwyczajnie stracę pracę. W tym momencie jako osobnik nieobiektywny zakończę dyskusję.Dziękuję i pozdrawiam.

"Zwolennicy istnienia wolnej woli do dziś krytykują filozoficzną interpretację podstawowego eksperymentu Libeta, natomiast osoby przekonane o tym, że wolna wola jest tylko iluzją, twierdzą, że świadome weto jest koncepcją wprowadzoną ad hoc". "Wolna wola" jest na pewno krążącą w społeczeństwie ideą, konstruktem ideologicznym, wspartym przede wszystkim na potężnym subiektywnym poczuciu własnego "ja" każdego z nas jako pierwotnego źródła naszych czynów, poczuciu autorstwa i sprawstwa (choć ono samo także jest stymulowane przez konstrukt "wolnej woli"). Czy "wolna wola" jest czymś więcej, jakąś realną właściwością ludzkiej istoty - to zostaje dopiero do udowodnienia. I ciężar dowodu bynajmniej nie leży po stronie przeciwników tego pojęcia.

"1. Zabobon materialistyczny polega na przeczeniu oczywistemu faktowi, że człowiek - a razem z nim chyba także wyższe zwierzęta ma jakieś przeżycia, wyobrażenia, myśli i uczucia, że coś wie i czegoś pragnie. Wszystkie te zjawiska nazywamy razem uczonym słowem “psychika” - a w języku popularnym mówimy o duszy. Przeczyć istnieniu duszy w tym słowa znaczeniu może tylko skrajnie zabobonny człowiek, który zupełnie oślepł na najbardziej oczywiste rzeczy. Warto może podkreślić, że poważniejsi materialiści nie są aż w tym stopniu zabobonni: nie przeczą istnieniu duszy, powiadają tylko, że jest ona “czymś materialnym”. Ale i to jest zabobon - równie dobrze można by twierdzić, że drzewo jest w rzeczywistości masłem, a woda żelazem, bo zjawiska psychiczne są przecież najzupełniej różne od fizycznych, materialnych."

Gdyby Bocheński poświęcił tyle samo uwagi pomyślunkowi nad opisywanymi "zabobonami" co zgryźliwemu rozmachowi, z jakim rzuca swoje nieprzemyślane sądy, to może wyszłoby z tego coś wartego uwagi. Tymczasem powstała kuriozalna książeczka, która komicznie rozdmuchuje pojęcie zabobonu do tego stopnia, że wyzuwa je zupełnie z treści.

Co oznacza mniej więcej tyle, że książeczka się Panu nie podoba. Ale gdyby przypomniał Pan sobie własną filozofię wolnej woli, wiedziałby, że przykrawanie jej do własnych potrzeb, nic obiektywnie nie zmienia.

Spoko... Po paru latach na forum Tygodnika Powszechnego kolejna nierzetelna pseudokrytyka teistyczna nie robi już na mnie wrażenia. Wpadam tu już zresztą sporadycznie, przy co ciekawszych tematach - przy tym możesz Pan pleść dalej do woli, nie kalkuluje mi się prostowanie Pańskiego grafomaństwa...

A ile Panu płacą za wieloletnie trollowanie na stronach "TP"?

Odpowiem, jeśli Pan odpowiesz mnie: jak dawnoś się Pan sprzedał?

Napisał Pan do mnie, że nie kalkuluje się Panu prostowanie mojego grafomaństwa, więc ciekaw byłem, ile Panu płacą. Co do mnie to jestem tzw. użytecznym idiotą, piszę pro bono.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Podobne teksty

Jonathan Haidt, Łukasz Kwiatek, Bartłomiej Kucharzyk
Ewa Woydyłło-Osiatyńska, Michał Kuźmiński

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]