Przedwyborcze pułapki

O wiele więcej ludzi sądzi, że PiS wygra wybory, niż skłonnych jest głosować na tę partię. To nie musi być samospełniająca się przepowiednia.

23.09.2019

Czyta się kilka minut

Poseł Mieczysław Baszko tankuje „Baszkobus” w trakcie kampanii wyborczej na Podlasiu, Wasilków, 8 września 2019 r. / MICHAŁ KOŚĆ / FORUM
Poseł Mieczysław Baszko tankuje „Baszkobus” w trakcie kampanii wyborczej na Podlasiu, Wasilków, 8 września 2019 r. / MICHAŁ KOŚĆ / FORUM

Jeśli partia ze stabilną większością i korzystnymi sondażami nagle zapowiada w kampanii rozdawnictwo socjalne bez pokrycia w dochodach państwa, można śmiało zakładać, że wpadła w panikę. A potem opozycja idzie w jej ślady.

Dawniej obywatel, świadom tego, że dochody i wydatki państwa muszą się jakoś zbilansować, mógł po prostu uznać, że partie go oszukują, obiecują gruszki na wierzbie i po wyborach o nich zapomną. PiS po roku 2015 wprowadził nowe standardy, realizując najbardziej karkołomne obietnice. Odtąd inne partie powinny być ostrożne w ich formułowaniu, a jeszcze bardziej ostrożni muszą być wyborcy, bo to, co partie obiecują w obecnej kampanii, może się rzeczywiście doczekać realizacji.

Mit kupowania głosów

Wynikają stąd dwa wnioski. Po pierwsze, wszyscy w Polsce, od rządu przez opozycję centrową do lewicy, głęboko wierzą, że głosy wyborców można kupić. Ta złota myśl kuchennej politologii krąży już od ponad trzech lat w mediach społecznościowych, a przeciwnicy obecnego rządu tłumaczą, że ludzie głosują na PiS, bo PiS obdarza ich hojnie pieniędzmi z budżetu, więc opozycja, chcąc wygrać wybory, musi obiecać to samo. Nigdy chyba behawioryzm – teoria głosząca, że za pomocą bodźców materialnych można sterować ludzkim zachowaniem – nie miał tak wielu zwolenników, i to często wśród ludzi, którzy z oburzeniem odrzuciliby sugestię, że sami mogliby w zamian za korzyści materialne zmienić zachowania wyborcze.

Teza o „kupowaniu głosów” więcej mówi o wielkomiejskiej inteligenckiej pogardzie dla prostego ludu niż o zachowaniu tego ostatniego. Gdyby ta teza była prawdziwa, notowania PiS-u poszybowałyby w górę po starcie Programu 500 plus. Zamiast tego utrzymały się na stabilnym poziomie, a potem nawet czasem spadały poniżej wyniku wyborczego z 2015 r. Być może PiS liczył na taki „kupiony” wzrost poparcia i zdobycie większości konstytucyjnej we wcześniejszych wyborach, a ponieważ okazało się to niewykonalne – podporządkował sobie Trybunał Konstytucyjny. Niewykluczone, że kiedy w przyszłości opadnie kurz na polskim polu permanentnej bitwy i uda się odtworzyć ścieżki decyzyjne obecnie rządzących, okaże się, że Polaków pozbawiono niezależnego sądownictwa, bo nie dali się przekupić transferami socjalnymi.

Konflikt, który tak głęboko dzieli w Polsce elity polityczne i ludzi zainteresowanych polityką, nie jest konfliktem o dobra materialne. Polakom wiedzie się coraz lepiej, a nierówności w dochodach maleją i są przez większość ankietowanych akceptowane. Kiedy za pierwszej kadencji koalicji PO/PSL nierówności jeszcze wzrosły, partie rządzące utrzymywały większość, a PiS i lewica były słabe. W 2015 r. wśród wyborców zatrudnionych na umowach śmieciowych większość miała PO. Transfery socjalne PiS-u wywołują entuzjazm nie dlatego, że niosą ulgę biednym, tylko dlatego, że uwiarygodniają przekaz ideowy tego ugrupowania. Stanowią dowód, że za retoryką godnościową i zapewnieniami polityków tej partii o trosce, jaką otaczają „prostych ludzi”, bo na to zasługują, idą konkretne – kosztowne! – czyny.

Sęk w tym że gdyby te same pieniądze dawała lewica, mówiąc, że to służy wyrównywniu różnic klasowych, albo gdyby sypnęliby nimi liberałowie, mówiąc o modernizacji kraju, to odbiorcy nie przyjęliby takiej argumentacji. Te same pieniądze wzmacniają sympatie dla PiS nie tylko dlatego, że są mile widziane, ale przede wszystkim dlatego, że retoryka, która im towarzyszy, odpowiada temu, co beneficjenci sami o sobie myślą.

Z popularności rozdawnictwa wynika też drugi wniosek. Skoro wszyscy, zarówno partia rządząca, jak i opozycja lewicowa czy centrowa uciekają się do kosztownych obietnic, widocznie uważają, że bez nich przegrają wybory. To poczucie tchnie z wypowiedzi polityków opozycji (kiedy akurat nie przemawiają na jakimś wiecu) i krytycznych wobec rządu komentatorów. Wszyscy zdają się wierzyć, że PiS wybory już wygrał, tylko rozmiary klęski opozycji jeszcze nie są dokładnie znane.

Nie mam pojęcia, dlaczego sam PiS nie wierzy w swoje zwycięstwo – być może liderzy partii znają sondaże, których ja nie znam. Powód depresji po stronie opozycji jest powszechnie znany: to sondaże z ostatnich tygodni, wedle których PiS ma poparcie takie samo albo nawet wyższe niż w 2015 r. i szansę na to, aby otrzymać absolutną większość w Sejmie. Stąd decyzja o zwarciu szeregów opozycji i uzgodnieniu wspólnych kandydatów do Senatu – by odbić przynajmniej Senat, skoro na wygraną w Sejmie nie ma szans.

To jednak wniosek całkowicie błędny – i to z trzech powodów.

Drugie dno systemu D’Hondta

Notowania PiS-u na poziomie 42 proc. ważnie oddanych głosów mogą dać mu większość sejmową – ale nie muszą. Mniej zależy to od wysokości poparcia dla PiS-u, bardziej od poparcia dla innych partii. Im więcej partii zostanie poniżej progu pięciu (dla koalicji ośmiu) procent i im więcej dostaną one głosów, tym więcej korzyści system D’Hondta daje ­PiS-owi – jeśli tylko będzie największą partią, co wydaje się pewne. Im mniej jest takich „zmarnowanych głosów”, tym mniejsza przewaga w podziale mandatów, jaką ma największa partia w Sejmie w stosunku do pozostałych.

W 2015 r. cała lewica „zmarnowała głosy” swoich wyborców i została poza Sejmem, dając PiS-owi spore wsparcie. Tym razem tak łatwo nie będzie: wszystko wskazuje na to, że Lewica wejdzie do Sejmu, i to z przytupem – jako jedno ugrupowanie. Podobnie centrowa opozycja, która w 2015 r. była osłabiona (w świetle systemu D’Hondta) przez podział na PO i Nowoczesną. Dzięki zmniejszeniu przewagi, jaką D’Hondt daje największej partii, podział mandatów będzie bardziej proporcjonalny w stosunku do podziału głosów.

W 2015 r. PiS, zdobywszy 37 proc. głosów, dostał ponad 50 proc. mandatów. W tym roku, przy tak ukształtowanym systemie partyjnym, może tej większości nie zdobyć. Cieszyć się z tego jednak nie wypada nawet zwolennikom opozycji, bo oznaczałoby to albo koalicję z udziałem PiS-u (a więc koniec snów o ukaraniu liderów tej partii i czystkach w czyszczonych przez nich przez ostatnie lata urzędach), albo bardzo niestabilną koalicję wszystkich poza PiS-em, blokowaną przez Trybunał Konstytucyjny i (przynajmniej przez jeszcze pół roku) mało przyjaznego prezydenta, który swój urząd przekształci wtedy w bastion zagrożonych pisowców.

W co wierzy elektorat

W ostatnich tygodniach politycy opozycji, ich spin doktorzy i komentatorzy życia politycznego pilnie obliczali, jakie koalicje zapewnią największe korzyści. Najpierw była dyskusja o jednej wielkiej koalicji opozycyjnej, od lewicy do PSL, potem – spór o kształt list na lewicy. Trochę zapominano przy tym o wyborcach. Co prawda pojawiały się głosy ostrzegające przed zbyt szeroką koalicją, w ramach której prawy skraj listy przestanie być strawny dla lewicowych wyborców i odwrotnie. To jednak nie wszystko.

Politycy tworząc koalicję muszą się liczyć z tym, że ich ruchy skłaniają wyborców do strategicznego, a nie tylko czysto ideowego wyboru. Wyborca, który ma upatrzoną partię – obojętne, czy ze względów materialnych, czy ideowych – ale widzi, że nie ma ona szans na wejście do parlamentu, może głosować na partię drugiego wyboru, która zapewne zdobędzie mandaty. Zastanawiano się ostatnio, czy wyborców Razem i Wiosny nie zrazi wspólna lista z udziałem SLD. Samo jednak powstanie koalicji, która na pewno wejdzie do Sejmu, odciąga głosy od ugrupowań lewicowych, które takiej gwarancji dać nie mogą, nawet jeśli są bardziej wiarygodne, ideowe i nieskażone przeszłością. Jeśli mamy dwie podobne partie, a wyborcy wierzą, że tylko jedna ma szansę na mandaty, ta druga na pewno straci głosy na jej rzecz.

A co daje wyborcom taką wiarę? Oczywiście sondaże. I to jest ten moment, kiedy sondaże nie tylko odbijają nastroje społeczne, ale też je kształtują – o ile ich wyniki są ogólnie dostępne. Wyborcy – zwłaszcza ci, którzy do ostatniej chwili nie wiedzą, na kogo zagłosują – chcą się znaleźć wśród zwycięzców. Dlatego w sondażach powyborczych odsetek respondentów deklarujących głosowanie na zwycięską partię jest często większy niż odsetek głosów faktycznie na nią oddanych. A dziś liczba ludzi, którzy sądzą, że PiS wygra te wybory, znacznie przewyższa liczbę skłonnych głosować na tę partię.

Jest to efekt dobrze znany z demoskopii i może prowadzić do powstania nowych większości w społeczeństwie. W Republice Federalnej Niemiec tak właśnie rodziła się nowa większość wspierająca politykę wschodnią kanclerza ­Willy’ego Brandta. Ponieważ mainstream medialny popierał jego politykę uznania powojennych granic, wśród respondentów powstało wrażenie, że ma ona wsparcie większości. Co nie było prawdą – jednak przekonanie niezdecydowanych respondentów, którzy postanowili w sondażach iść za tym, co mylnie uważali za głos większości, sprawiło, że większość stała się faktem.

W polskich wyborach ten efekt sprzyja partii rządzącej. Jeśli opozycyjni politycy nadal będą wysyłać do wyborców defetystyczne sygnały o nieuniknionej wygranej PiS-u w Sejmie, stanie się to szybko ­samospełniającą się przepowiednią.

Wszystko się może zdarzyć

Podstawowy błąd medialnych kalkulacji na temat wyniku wyborów polega jednak na odniesieniu wyników sondaży do wyniku wyborów. Respondenci to nie to samo co wyborcy. Wyborca musi się zaznajomić z zasadami głosowania, wyrobić sobie opinię o partiach i kandydatach, ustalić adres swojego lokalu wyborczego, na koniec zaś pójść tam, wylegitymować się i oddać ważny głos. To o wiele więcej niż odpowiedź na pytania zadane przez telefon albo nawet przez ankietera, który przychodzi do domu. Dlatego sondaże dotyczące preferencji wyborczych zawsze wykazują frekwencję deklarowaną o wiele większą niż faktyczna. A ona nie jest obojętna dla wyniku wyborczego. Przed wyborami europejskimi uważano, że większa frekwencja sprzyja opozycji. Tak jest, jeśli mobilizacja przebiega symetrycznie: wtedy wyborcy opozycji „rozwodniliby” żelazny elektorat PiS-u, który zawsze chodzi głosować. Ale ponieważ Koalicja Europejska (i lewica) odpuściły sobie kampanię na wsi (a PiS tam mobilizował swoich zwolenników), mobilizacja była asymetryczna i PiS wygrał.

Konieczność mobilizacji własnych wyborców to jednak tylko jedna strona równania, które prowadzi do wygranej. Druga to demobilizacja wyborców przeciwnika – na przykład przez wmawianie im, że ich partia wygra nawet wtedy, jeśli oni zostaną w domu. To łatwiejsze niż przekonywanie ich, aby głosowali na inną partię. Taki zresztą może być paradoksalny efekt mówienia przez opozycję, że wybory do Sejmu na pewno wygra PiS... Natomiast pod żadnym pozorem nie wolno mobilizować wyborców przeciwników.

Debata o LGBT+ jest tego najlepszym przykładem – i jednocześnie dowodem na to, że obecne wybory nie skupiają się wokół kwestii materialnych, lecz wokół spraw ideologicznych i lęków, które z realnym, codziennym życiem większości wyborców nie mają wiele wspólnego. Oczywiście poza mniejszościami seksualnymi, których ona dotyczy bezpośrednio. Pisowska kampania przeciwko LGBT+ mobilizuje zarówno elektorat tej partii, jak i elektorat lewicy. Oba chętniej pójdą na wybory, oba z powodu lęku: albo przed LGBT+, albo przed ­PiS-em. Centrowa opozycja ma zapewne moralne powody, aby się na ten temat wypowiadać, ale wyborcza arytmetyka raczej nakazuje wstrzemięźliwość.

Tezy o skutkach większej frekwencji formułować trzeba ostrożnie. Gdyby w Polsce udało się doprowadzić do blisko stuprocentowej frekwencji (na przykład dzięki wprowadzeniu, jak w Belgii, obowiązku głosowania obwarowanego karami), to zyskałby na tym przede wszystkim PiS. Cechy niegłosujących, które determinują preferencje wyborcze, są bowiem bardzo podobne do cech wyborców PiS-u: w obu grupach jest ponadprzeciętnie dużo ludzi o relatywnie niskim wykształceniu, niskich dochodach, mieszkających poza wielkimi aglomeracjami i powyżej pięćdziesiątki.

Skoro frekwencja jest tak ważna, a sondaże nie są w stanie jej przewidzieć, nie ma też sensu, aby wnioskować z sondażowych notowań o prawdopodobnym wyniku. W październiku PiS może mieć ponad 40 proc. głosów, ale może też mieć mniej lub więcej. Nawet jeśli będzie ich więcej, to i tak konstelacja poszczególnych list może spowodować, że zabraknie mu mandatów do większości absolutnej. Natomiast jeśli Koalicja Polska (skupiona wokół PSL) nie przekroczy 5 procent, a inne partie, które zostaną poza Sejmem, zbiorą duży odsetek głosów – PiS może zachować większość absolutną nawet z wynikiem poniżej 40 procent.

Dlatego po 13 października wszystko może się zdarzyć: rząd PiS-u, rząd przeciwko PiS-owi i rząd z udziałem PiS-u. Do tego czasu sondaże należy czytać nie jako zwierciadło nastrojów i preferencji wyborczych, lecz jako narzędzia sterujące tymi nastrojami. ©


CZYTAJ TAKŻE: Radosna, silna i piękna jak bohaterowie siatkarskich hal: Polska PiS nie cierpi już pod Smoleńskiem. Żyje, jak chce, i dobrze jej z tym >>>

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Profesor nauk społecznych na SWPS Uniwersytecie Humanistyczno–Społecznym w Warszawie. Bada, wykłada i pisze o demokratyzacji, najnowszej historii Europy, Międzynarodowym Prawie Karnym i kolonializmie. Pracował jako dziennikarz w Europie środkowo–wschodniej, w… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2019