Świat przez dwa. Jak podzieleni są Polacy?

Poglądy większości Polaków są od lat przechylone w prawą stronę. Niektórzy z nas mają z tym kłopot, oparty na przekonaniu o swej moralnej i intelektualnej wyższości.

21.02.2022

Czyta się kilka minut

 / LECH MAZURCZYK
/ LECH MAZURCZYK

Do początku regularnej kampanii wyborczej zostało jeszcze półtora roku, lecz patrząc na całą kadencję, jest już „z górki”. Kolejne sondażowe spadki partii rządzącej, narastający chaos i kryzys w jej własnych szeregach sprawiają, że przez media przetacza się dyskusja na temat strategii opozycji. Czy powinna iść jako jedna lista, jak chciałoby wielu jej zwolenników, czy raczej zachować dotychczasową strukturę? A może spotkać się gdzieś pomiędzy? Warto uporządkować te okoliczności w trzech planach (idei, identyfikacji i interesów), korzystając z Polskiego Generalnego Studium Wyborczego 2019, przygotowanego przez SWPS.

Najbardziej rozmyte są podziały ideowe. Choć jednocześnie to one są najtrwalsze i najtrudniejsze do zmiany – wbrew przekazom medialnym, które na podstawie pojedynczych sondaży ogłaszają niepodważalne trendy. Nie przekreślając możliwości zmian, warto spojrzeć na takie podziały z perspektywy tego, co wiemy względnie na pewno, czyli jak wyglądały one w ostatnich wyborach. To wtedy ukształtował się widoczny do dziś porządek sceny politycznej, dzieląc ją na trzy podstawowe siły: Zjednoczoną Prawicę, blok senacki i Konfederację.

Zrozumienie zróżnicowania pomiędzy tymi siłami i wewnątrz nich (żadna nie jest monolitem) wymaga uproszczenia schematu, który od lat opisuję na łamach „TP”, czyli skrzyżowania podziałów prawica–lewica i solidarni–liberalni. Oś prawica–lewica dotyczy w Polsce przede wszystkim spraw obyczajowych i tożsamościowych, nie zaś ekonomicznych. Te ukryte są raczej w określeniach liberalni–solidarni. Polaryzacja zaobserwowana w 2019 r. pozwala na pewne zredukowanie tego schematu do jednej osi, ze świadomością, że jednak poglądy poszczególnych osób nie są w pełni ułożone wedle jednej linii. Uproszczenie polega na tym, że wyborców liberalnych, którzy nie odnajdują się w podziale lewica–prawica, dołączymy jednak do lewicy, a ich solidarnych odpowiedników – do prawicy. Poszerzony o centrowych liberałów obóz lewicy nazywać będę górnolewicowym, natomiast obóz prawicy poszerzony o centrowych solidarnych – dolnoprawicowym.

Na wyróżnienie zasługują jeszcze ci, którzy nie mieszczą się ani w jednym, ani w drugim podziale. Jednak ich udział w gronie głosujących stale się kurczy: z ponad jednej piątej w 2011 r., przez 15 proc. w 2015, do 7 proc. w 2019 r.

Obrażając nie przekonasz

Nawet uwzględniając te niuanse nie da się uciec od faktu, że podział społeczeństwa nie jest symetryczny. Polacy w 2019 r., tak jak i we wszystkich wcześniejszych wyborach, byli wyraźnie przechyleni na stronę dolnoprawicową. ­Liczebność tej grupy wyborców jest dwukrotnie większa niż części górnolewicowej, z czym druga strona (i duża część mediów) ma stale potężny kłopot. Na bazie przekonania o własnej intelektualnej i moralnej wyższości dokonuje ona mentalnej delegitymizacji oponentów. ­Problem w tym, że traktując kogoś z góry, trudno go przekonać do zmiany preferencji politycznych.

Partia rządząca ma wielką przewagę w strategicznym usytuowaniu, dlatego że ponad trzy czwarte jej wyborców stoi właśnie po dolnoprawicowej stronie podziału ideowego. W efekcie dzięki większej jedności nie ma części problemów opozycji, lecz za to ma inne. Spójność ideowa daje poczucie pełnej jednomyślności, ale utrudnia ukłony w stronę wahających się – wszak dwie trzecie jej elektoratu ma poglądy nie tylko podobne, lecz i wyraziste.

Po stronie bloku senackiego podziały ideowe wśród elektoratu nie były wcale w 2019 r. lustrzanym odbiciem sytuacji PiS. Osoby o górnolewicowych poglądach to bowiem tylko trochę więcej niż połowa ogółu wyborców tej formacji. Natomiast osoby o poglądach dolnoprawicowych nie stanowią marginesu, ale 36 proc. Więcej: co piąty wyborca bloku senackiego to osoba o wyrazistych poglądach dolnoprawicowych. W tym tkwi przyczyna nieuchronnych napięć ideowych wewnątrz opozycji (np. różny stosunek do aborcji), z którymi musi ona sobie radzić. Problem dotyka jednak poszczególnych partii w różnym stopniu.

Sytuacja Lewicy jest najbliższa sytuacji PiS-u. Trzy czwarte jej wyborców ma poglądy górnolewicowe, tyle że jej łowisko jest dwukrotnie mniejsze niż PiS-u. To zarazem powód, dlaczego (mimo mocnej pozycji w mediach) nie oscyluje ona pomiędzy wynikiem 30 a 40 proc., lecz między progiem wyborczym a poparciem kilkunastoprocentowym, w ostatnich sondażach nieosiągalnym.

Na przeciwległym skrzydle bloku senackiego znaleźli się z kolei wyborcy PSL, na których listy trafiło niemało umiarkowanych konserwatystów. Nie przypadkiem, bo ponad połowa głosujących na PSL to wyborcy dolnoprawicowi. Co prawda jedna trzecia wyborców PSL wyznaje idee lewicowe, co może tworzyć napięcia, ale nie będą one wielkie, gdyż w elektoracie ludowców najwięcej jest osób unikających jednoznacznych deklaracji. Jeśli zaś chodzi o Koalicję Obywatelską, to jej elektorat najbardziej przypomina ogólny obraz opozycji. Nie dlatego, że KO jest jej największą częścią, ale dlatego, że uśrednienie przechyłu elektoratów SLD i PSL daje z grubsza takie proporcje sił jak w samej Platformie. Nie wydaje się, żeby ten stan uległ zmianie przez minione dwa i pół roku.

Sytuację komplikuje Szymon Hołownia, o którym wiemy, że przyciąga wyborców wszystkich tych ugrupowań, ale dla każdego stanowi inne zagrożenie. Jak jednak mówi porzekadło: zanim gruby schudnie, chudy umrze z głodu. Dlatego, choć w pewnym momencie wyglądało na to, że Polska 2050 jest dla PO zagrożeniem egzystencjalnym, to po powrocie Tuska zostało ono zażegnane. Jednak dla PSL-u czy Lewicy Hołownia jest już konkurentem, który może sprowadzić ich pod próg wyborczy.

Opozycja nie musi być zwarta

Generalnie nie ma niczego dziwnego w tym, że opozycja nie jest w stanie wygenerować jednego prostego programu, który byłby porównywalny w swej jednoznaczności z programem PiS. Próba jego narzucenia, w szczególności z pozycji lewicowych czy liberalnych, prowadzić może do kolejnej klęski – odpływu tych wyborców, którzy z ideowych powodów powinni raczej głosować na PiS, ale są zrażeni do tej partii przez jej nieudolność, toporność, nadużycia władzy i agresję. Tym bardziej że dla części z nich alternatywą – wbrew utartym schematom – jest Konfederacja, jako miejsce ucieczki tych, których do bloku senackiego zniechęca przechył w stronę obyczajowej rewolucji czy ekonomicznego interwencjonizmu państwa.

Powstaje pytanie: dlaczego ludzie o odmiennych poglądach łączą się w jedno ugrupowanie? Odpowiedź jest stosunkowo prosta: przesądzają o tym różne inne identyfikacje, które czasami upraszczają, a czasami komplikują układanki związane z powstawaniem partii politycznych. Część z nich bierze się ze wspólnych doświadczeń, część ze wspólnych wrogów, wreszcie z diagnoz konkretnych problemów. W tym momencie mamy widoczne w sondażach cztery takie „identyfikacje”. Są nimi trzy partie bloku senackiego plus Polska 2050 Hołowni. Wszystkie są na tyle znaczące, że stanowią istotny element kalkulacji mimo zróżnicowanej siły.

Ale jeśli chce się jedności, to jaka powinna być ta wspólna, łącząca identyfikacja? Jest nią na pewno niechęć do PiS, ale widać, że nie jest to spoiwo szczególnie mocne. Sprawdza się na jednym końcu, pośród tych, którzy są szczególnie odlegli ideowo od partii Jarosława Kaczyńskiego i zbulwersowani obecnymi metodami rządzenia. Stosunek do PiS jest istotny dla mobilizacji, bo wiemy, że nie wszyscy ci, których działania władzy oburzają, pójdą do wyborów. Jeśli zaś pójdą, to niekoniecznie pociągną za sobą mniej zainteresowanych polityką znajomych czy rodzinę.

Silne motywacje nie muszą być jednak przekonujące dla wyborców umiarkowanych i wahających się, a właśnie połączenie tych dwóch grup jest kluczowe dla politycznego zwycięstwa. Błąd popełniają zwłaszcza ci, którzy wzywają do wspólnej identyfikacji, kierując się motywacjami, za którymi stoi uproszczona wizja typu: „wszyscy racjonalni ludzie powinni myśleć tak jak ja”. Oraz nadzieja, że ten wspólny program będzie najbliższy właśnie ich poglądowi. W końcu każdy uznaje swoje poglądy za najbardziej racjonalne. Pozostaje pytanie: ile osób podziela akurat taki pogląd jak mój?

Radykałowie i umiarkowani

Sklejenie jednej wspólnej identyfikacji z tych czterech, które są widoczne w elektoracie opozycji, może być trudne. Dziś najczęściej mówi się o dwóch obozach. Problem w tym, że podzielenie bloku senackiego wraz z Hołownią na dwie listy w kolejnych wyborach można zrobić na różne sposoby i za każdym z nich przemawiają argumenty za i przeciw.

Pierwszym podziałem, który ujawnił się już przy okazji prac nad projektem o przywracaniu praworządności, jest podział na partie bezkompromisowe i umiarkowane. Bezkompromisowy obóz to Koalicja Obywatelska i Lewica, natomiast umiarkowane to PSL i Hołownia. Dwa ostatnie ugrupowania łączy to, że do pewnego stopnia proponują zrozumienie dla wrażliwości zwolenników obecnego obozu rządzącego. I starają się nie opisywać polityki jako ostatecznej walki dobra ze złem.

Jeszcze inny podział można zaproponować, wyróżniając partie, które mogą liczyć na jednoznaczną sympatię patrycjatu, czyli części społeczeństwa lepiej urządzonej i w oparciu o to budującej swoje poczucie wyższości. Wtedy Platforma i Hołownia tworzą jeden obóz, w drugim zaś lądują Lewica i PSL. Na podejściu patrycjatu do Lewicy ciąży stare doświadczenie komunizmu, wzmacniane wspomnieniami zakończonych katastrofą rządów SLD, a także antyestablishmentowym radykalizmem Razem. PSL z punktu widzenia patrycjuszowskiego establishmentu obciążony jest brzemieniem „zaściankowości”. Ludowcy podpadają pod negatywne stereotypy stale obecne w inteligenckim opisie świata – obecne w słowach „wieśniactwo” czy „buractwo”.

Poza schematem dwa plus dwa podział może mieć również postać współpracy trzech ugrupowań przy jednym, które startuje samodzielnie. Pojawiły się już takie postulaty, żeby Platforma próbowała swoich sił sama, natomiast porozumieć miałyby się pozostałe trzy partie. Taki sojusz mniejszych mógłby stać się przeciwwagą dla dominacji PO. Można sobie również wyobrazić, że powtarza się stary skład bloku senackiego i tylko Hołownia startuje sam. Ale można też podążać tropem sugestii Donalda Tuska, gdzie samodzielnie startuje Lewica, jako ugrupowanie najbardziej odległe od wyborcy środka. Staje się ono wyrazem wielkich, postępowych nadziei, porozumienie zawierają zaś te partie, które są nie dość „oświecone” jak na lewicowe standardy. Można sobie wreszcie wyobrazić, że powstaje sojusz lewicowo-liberalny obejmujący PO, Lewicę i Hołownię. Wszak jedyna przedstawicielka tego ostatniego w PE dołączyła do liberalnego sojuszu, na czele z Macronem. Wówczas PSL zostaje samotną partią środka.

Główny problem układów dwójkowych polega na tym, że przy każdym z tych podziałów elektorat co najmniej jednej partii zacznie pękać, a jego część ucieknie do drugiego bloku. Można oczywiście spodziewać się takich przepływów w dwie strony, ale nie wiadomo, czy ich bilans wyjdzie na zero. A w przypadku podziałów trzy do jednego pojawia się niebezpieczeństwo, że ten pozostawiony samotnie może zostać oskubany z elektoratu i nie przekroczy progu wyborczego.

Obniżając jeszcze bardziej poziom aspiracji, można by zejść do poziomu trzech list, czyli tak jak było w 2007 i 2019 r. Lecz i tutaj dwa ugrupowania muszą się połączyć albo przynajmniej jedno musi zniknąć, ponieważ dla kogoś, jak w weselnej zabawie, zabraknie krzesła.

Sprzeczne interesy

Pozostaje jeszcze uporządkowanie sytuacji w planie interesów poszczególnych partii. On zaś każe się zastanowić, dlaczego nie pozostać przy czterech listach. To oczywiście jest możliwe, ale problemem może okazać się sposób przeliczania liczby głosów na mandaty w systemie D’Hondta i tworzona przez niego tzw. nagroda integracyjna, promująca wspólne działania. To ona sprawia, że takie cztery listy musiałyby wypracować około siedmiu punktów procentowych dodatkowego poparcia, żeby wyrównać straty wynikające z oddzielnego startu. W dodatku samodzielność każdej z partii wiąże się z niebezpieczeństwem, że któraś wyląduje pod progiem wyborczym, psując całą kalkulację. I dając nagrodę obecnemu obozowi rządzącemu, któremu zejście pod próg nie grozi.

Na jeszcze szerszym planie pojawia się pytanie o ryzyko związane z tym, że któryś z opozycyjnych podmiotów może mieć charakter obrotowy, niepewny. ­Widać to na przykładzie prac dotyczących przywracania sprawiedliwości, podjętych w obozie opozycji. W ramach tych inicjatyw zwolennicy kompromisowego rozwiązania z PSL i Polski 2050, którzy nie chcą usuwać z zawodu wszystkich sędziów powołanych przez PiS, znaleźli się w mniejszości. O wiele silniejsza jest radykalna narracja PO i Lewicy. Ich kalkulacja opiera się jednak na założeniu, że ci, którzy zostaną mniejszościowymi udziałowcami nowej większości rządzącej, podporządkują się decydentom w obozie, do którego zgłosili akces. To w sumie paradoks, gdyż właśnie ci mniejsi mają możliwość zablokowania takiego projektu i nie muszą w imię lojalności podnosić ręki za czymś, co narzucą im większościowi koalicjanci.

Sytuacja ta rodzić może obawę dominującego udziałowca przyszłej większości, że – mimo poczucia zwycięstwa – zostanie ubezwłasnowolniony przez weto swego „języczka u wagi”. Stąd kalkulacja układów sił wewnątrz większych porozumień jest elementem, który wymaga szczególnej ostrożności. Nawet gdyby udało się znaleźć rozwiązanie problemów wspólnoty ideowej czy tożsamościowej, pozostaje rafa tworzona przez tak samo skomplikowany splot interesów.

Opozycja zwie się sama – dość górnolotnie – „obozem demokratycznym”. Najbliższy rok będzie poważną próbą, czy to określenie nie jest tylko pobożnym życzeniem, którego nie udaje się wypełnić żywą treścią: wzajemnym szacunkiem, umiejętnością współdziałania, kompromisowym skalkulowaniem oczekiwań i możliwości. Gordyjski węzeł idei, identyfikacji i interesów da się rozsupłać za pomocą instytucjonalnych narzędzi, których właśnie demokracja się dorobiła. Na przykładzie wewnętrznych relacji w PiS widać, że przecięcie go mieczem autorytaryzmu nie jest drogą na skróty, tylko na manowce. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Socjolog, publicysta, komentator polityczny, bloger („Zygzaki władzy”). Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Pracuje na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Specjalizuje się w zakresie socjologii polityki,… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 9/2022

W druku ukazał się pod tytułem: Świat się dzieli przez dwa