Reklama

Proces Iwana Demjanjuka

Proces Iwana Demjanjuka

01.12.2009
Czyta się kilka minut
Obserwowany z uwagą na całym świecie, proces przeciw 89-letniemu Johnowi (Iwanowi) Demjanjukowi rozpoczął się niemal od skandalu.
Z

Zanim Demjanjuk, domniemany strażnik w obozie zagłady w Sobiborze, stanął w poniedziałkowy poranek przed 1. Izbą Karną Sądu Krajowego w Monachium, przed budynkiem sądu, a potem na sali sądowej doszło do chaotycznych przepychanek pomiędzy dziennikarzami. Ponieważ proces Demjanjuka to jeden z ostatnich w ogóle procesów przeciw nazistowskim zbrodniarzom, zainteresowanie światowych mediów okazało się ogromne i nie starczyło miejsca dla kilkuset dziennikarzy - sala sądowa może pomieścić tylko 150 osób, wliczając w to liczne reprezentowanych oskarżycieli posiłkowych oraz biegłych.

"Demjanjuk to także ofiara"

Gdy w końcu sąd rozpoczął obrady, z godzinnym opóźnieniem, od razu doszło do kolejnego spięcia: adwokat Ulrich Busch, broniący Demjanjuka z urzędu, zarzucił sądowi oraz prokuraturze samowolę i stronniczość. A potem dolał jeszcze oliwy do ognia - i choć obrona oskarżonego ma swoje prawa, kolejny prawniczy zabieg adwokata trudno było odebrać inaczej, niż kpiny z ofiar obozu w Sobiborze: Ulrich Busch oświadczył mianowicie, że skoro jego klient został zwerbowany przez esesmanów w obozie dla sowieckich jeńców - i skoro można więc założyć, że zaciągając się na służbę SS ratował własne życie - zatem jako strażnik w Sobiborze znajdował się w podobnej sytuacji co żydowscy więźniowie. Demjanjuk nie miał wyboru, działał na rozkaz, dlatego jest ofiarą - argumentował mecenas Busch.

Prawnik Cornelius Nestler, który przed sądem reprezentuje dziesięciu spośród łącznie czterdziestu oskarżycieli posiłkowych odrzucił argumentację obrony, nazywając ją prowokacją. Członkowie formacji pomocniczych, którzy - jak Demjanjuk - pełnili służbę w obozach zagłady, byli gorliwymi pomocnikami SS i ramię w ramię z esesmanami pędzili tydzień w tydzień tysiące Żydów do komór gazowych - mówił Nestler. Byli dobrze odżywieni, dostawali alkohol i przepustki. To oni mordowali Żydów, a nie odwrotnie.

Ostatni taki proces

John (Iwan) Demjanjuk - z pochodzenia Ukrainie, były obywatel ZSRR, a potem USA - jest oskarżony o współudział w morderstwie prawie 28 tys. ludzi. Ta liczba, to szacunki prokuratury: mniej więcej tylu Żydów zginęło w Sobiborze latem 1943 roku, gdy Demjanjuk miał znajdować się w gronie esesmanów i strażników z formacji pomocniczych, którzy odpowiadali za sprawne zagazowanie całych transportów z więźniami - pędzono ich prosto z wagonów z komór gazowych. Akt oskarżenia, liczący 86 stron, to wstrząsająca lektura.

Za najważniejszy dowód winy Demjanjuka uważa się jego legitymację służbową wydaną przez SS, z numerem 1393. Z dokumentu tego wynika, że od 28 marca do połowy września 1943 roku Demjanjuk był strażnikiem w Sobiborze: pomocnikiem zbrodniarzy, najniższym rangą wachmannem. Ale był - tak twierdzi prokuratura. On sam zaprzecza.

Teraz zapowiada się, że monachijski proces będzie jednym z najbardziej spektakularnych postępowań sądowych ostatnich lat. Nie ma już świadków, którzy mogliby zeznawać; ci, którzy przetrwali wojnę, już nie żyją. Grupa 40 oskarżycieli posiłkowych - to członkowie rodzin tych, którzy zginęli w Sobiborze.

Nie jest to pierwsze postępowanie przeciw Demjanjukowi: wydany najpierw Izraelowi, już w 1988 r. został on skazany przez sąd w Jerozolimie na śmierć. W 1993 r. kolejna izraelska instancja sądownicza uniewinniła go jednak, gdyż nie udało się rozwiać wątpliwości co do jego tożsamości; wtedy uznano go za strażnika o przezwisku "Iwan Groźny", który odsługiwał komory gazowe z obozie w Treblince.

Biografia pomocnika w zbrodni

Dziś tożsamość Demjanjuka nie budzi wątpliwości.

Jego biografia, zrekonstruowana przez prokuraturę, nie jest oryginalna: to jeden z tysięcy życiorysów "gorliwych katów Hitlera", ich udziału w machinie zbrodni, a potem ucieczki przed odpowiedzialnością. Jego życie zaczyna się w ZSRR: tu w 1920 r., na ukraińskiej wsi, przychodzi na świat Iwan Nikołajewicz Demjanjuk. Powołany do Armii Czerwonej, w 1942 r. trafia do niewoli, a wkrótce potem do Trawników. W tej miejscowości pod Lublinem esesmani - potrzebujący personelu pomocniczego przy realizacji "Operacji Reinhard" (akcji wymordowania Żydów na terenie tzw. Generalnego Gubernatorstwa) założyli obóz szkoleniowy dla kilku tysięcy byłych żołnierzy sowieckich, których zwerbowali po obozach jenieckich. Warunki w tych obozach były straszliwe - ogromna większość jeńców zmarła z głodu - i ochotnicy często mieli przed sobą wybór: służba dla SS albo śmierć głodowa. Co nie zmienia faktu, że stawali się pomocnikami w zbrodni.

Także Demjanjuk dał się zwerbować i trafił najpierw do Sobiboru. W tym czasie w obozie zginęło co najmniej 29 tys. Żydów - tak wyliczyli pracownicy głównego w Niemczech urzędu dokumentującego zbrodnie nazistowskiego w Ludwigsburgu. Jesienią 1943 r. Demjanjuk został przeniesiony do obozu koncentracyjnego Flossenbürg w Bawarii, gdzie służył co najmniej do grudnia 1944 r. Tuż przed końcem wojny jego ślad ginie. Latem 1945 r. pojawia się - w obozie dla tzw. dipisów w bawarskim Feldafing. Dipisami (to polski skrót od displaced persons) alianci określali po wojnie miliony ludzi, przemieszczających się po kontynencie: byłych jeńców, więźniów czy robotników przymusowych, którzy jeszcze nie zdecydowali się - wracać do domów czy zostać na Zachodzie.

W powojennym chaosie wielu nazistów i ich pomocników wmieszało się w ten tłum, udając ofiary. Także Demjanjuk, który podając się za ofiarę wojny, wyjechał w 1952 r. do USA, zmienił imię na John i w 1958 r. uzyskał amerykańskie obywatelstwo. Przez kolejne lata żył jako zwykły obywatel z żoną Wierą i trójką dzieci na przedmieściu Cleveland, pracując jako mechanik u Forda. Spokojna egzystencja trwała aż do lat 70.: wtedy pojawiły się pierwsze podejrzenia - byli więźniowie z obozu w Treblince mieli rozpoznać w nim dawnego strażnika. Śledztwo doprowadziło najpierw do odebrania mu w 1981 r. obywatelstwa USA, a potem do wspomnianej już ekstradycji do Izraela, w roku 1986.

Sądzony przez specjalny trybunał w Jerozolimie, Demjanjuk został skazany na "śmierć przez powieszenie": sąd uznał za dowiedzione, iż to on był "Iwanem Groźnym". Wszelako już w czasie procesu pojawiły się poszlaki, że pochodzące z sowieckich archiwów dokumenty - wskazujące na Demjanjuka jako na "Iwana Groźnego" - mogą być sfałszowane. Po rozpadzie ZSRR poszlaki zamieniły się w pewność i musiano unieważnić wyrok. Dla Izraela fiasko tego procesu stało się doświadczeniem niemal traumatycznym - a Demjanjuk wrócił wolny do USA. Jako "ofiara błędu sądowego" otrzymał z powrotem obywatelstwo USA.

Jednak wkrótce pojawiły się nowe podejrzenia. Kolejne śledztwa, prowadzone przez amerykański wymiar sprawiedliwości, doprowadziły w 2004 r. do ponownego odebrania mu obywatelstwa USA. Stany były gotowe wydalić go, jako bezpaństwowca, ale domniemanego zbrodniarza nie chciał przyjąć nikt, także niepodległa Ukraina. Dopiero nakaz aresztowania, wydany przez monachijską prokuraturę rozpoczął procedurę ekstradycyjną. Adwokaci Demjanjuka usiłowali ją zablokować przy pomocy rożnych trików prawnych, twierdząc np. że ekstradycja i proces schorowanego ponoć 89-latka byłyby równoznaczne z torturami.

Wyrok w 2010 roku

Monachijski proces jest dla wymiaru sprawiedliwości w Niemczech precedensem. Po raz pierwszy skazanym za udział w zbrodniach wojennych może być nie-Niemiec, lecz członek cudzoziemskich formacji pomocniczych, tworzonych wówczas przez SS.

Jednak to, czy Demjanjuk zostanie skazany (grozi mu od 3 do 15 lat więzienia), jest kwestią otwartą. Dziś pewne jest tylko, że proces potrwa długo, a spodziewany termin jego zakończenia - maj 2010 - nie zostanie dotrzymany. Przyczyną tego może być przede wszystkim zły stan zdrowia 89-letniego oskarżonego. Pierwszego dnia na salę sądową przywieziono go na wózku inwalidzkim. Blady, z niebieską czapką na głowie, flesze fotografów znosił w milczeniu, z zamkniętymi oczami. Biegli lekarze i psychiatrzy uważają jednak, że Demjanjuk może uczestniczyć w procesie, z tym tylko, że posiedzenia nie mogą trwać dłużej niż trzy godziny dziennie.

Liczba oskarżycieli posiłkowych, dopuszczonych do udziału w tym postępowaniu, przewyższa nawet ich liczbę podczas tzw. procesu oświęcimskiego z lat 1963-1965, który był jak dotąd największym z procesów przeciwko strażnikom z obozów zagłady. Dziewiętnaścioro z nich wystąpi także w roli świadków; pozostali będą obserwować proces z oddali - z Holandii, Stanów Zjednoczonych, Szwajcarii czy Izraela.

Wszyscy oni stracili w Sobiborze bliskich: rodziców, rodzeństwo, współmałżonków. Czasem całą rodzinę. Dziś mówią, że nie chodzi im o zemstę, ale o sprawiedliwość. Poza tym, jak powiedziała Aleida Keesing z Holandii, która w Sobiborze straciła rodziców i małego braciszka, "ludzie nie powinni zapomnieć o tym, co tam się wydarzyło".

Przełożył WP

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, korespondent „Tygodnika Powszechnego” z Niemiec. Wieloletni publicysta mediów niemieckich, amerykańskich i polskich. W 1959 r. zbiegł do Berlina Zachodniego. W latach 60....

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]