Powrót Oasis to powrót do czasów, kiedy muzyka się liczyła

Trudno powiedzieć, kiedy mieliśmy ostatni przebój lata. Są gwiazdy, które przyciągają tłumy – ale brakuje melodii, które rozpoznają wszyscy. Może stąd ten entuzjazm z powodu reaktywacji grupy z Manchesteru.
Czyta się kilka minut
Mural przedstawiający członków zespołu Oasis: Liama ​​i Noela Gallagherów, wykonany przez artystę z Manchesteru Pic.One.Art. Na zdjęciu fanka zespołu Emily McShane. Burnage, przedmieścia Manchesteru, 27 sierpnia 2024 r. // Fot. Paul Ellis / East News
Mural przedstawiający członków zespołu Oasis: Liama ​​i Noela Gallagherów, wykonany przez artystę z Manchesteru Pic.One.Art. Na zdjęciu fanka zespołu Emily McShane. Burnage, przedmieścia Manchesteru, 27 sierpnia 2024 r. // Fot. Paul Ellis / East News

Ku mojemu przyjemnemu zaskoczeniu, prawdziwą sensacją przewijającą się w rozmowach ze znajomymi w ostatnich dniach stała się sprawa jakby z innej, może bardziej niewinnej rzeczywistości. Nie był to żaden przełom technologiczny, doniesienie z politycznego frontu, skandal, plotka, ani nawet mem. Tym, co sprawiło, że tak wielu ludziom zaświeciły się z radości oczy, okazała się zupełnie nieprawdopodobna informacja o reaktywacji zespołu Oasis. 

To wiadomość z gatunku „piekło zamarzło”, gdyż tworzący rdzeń zespołu bracia słyną z wyjątkowo łatwego przechodzenia od rozejmu do wrogości. I choć nie jest to grupa, która wywoływałaby u mnie podobne emocje, to cieszyłam się szczerze radością moich znajomych, bo na chwilę muzyka znowu stała się istotna.

Mowa o zespole, który nigdy nie zdobył w Polsce zbytniej sławy (wszak lata 90. pozostały u nas epoką miłości do kraciastych koszul i cięższego rocka), za to doczekał się licznych hołdów ze strony rodzimych muzyków ulicznych, śpiewających umownym angielskim przebój „Wonderwall” w przejściach podziemnych. W Wielkiej Brytanii za to zyskał sobie popularność, jaka staje się udziałem chyba tylko drużyn piłkarskich – artyści nie są bowiem traktowani jak idole, lecz jak ktoś ze znajomego świata, tylko że genialny, i geniuszem zasługujący na uznanie.

Wyprzedzający Oasis o kilka lat zespół The Stone Roses, zresztą również z Manchesteru, to podobny precedens; ich koncert z 1991 r. na Spike Island jest na Wyspach otoczony mitologią zbliżoną do festiwalu Woodstock. W Polsce trudno o podobne zjawisko: ani legendarne trasy Kultu, ani sława największych raperów nie wytworzyły tego rodzaju bliskości i więzi. Może niektóre klasyki ze śpiewnika klasycznych rockerów lat 80. mogą posłużyć za analogię. Ale przede wszystkim – to symboliczny powrót do czasów, kiedy muzyka naprawdę się liczyła.

W latach 90., dawno temu, gdy płyty dobrze się sprzedawały, artyści samoucy, kontraktowani przez mniejsze wytwórnie, cieszyli się tak ogromną popularnością, że pod względem artystycznym i wizerunkowym mieli dużą swobodę, a za swoje niedoskonałości byli wręcz celebrowani jako autentyczni. Medialne sensacje i skandale zaś stanowiły tak naprawdę tylko dochodową obudowę dla sedna – po prostu dobrych piosenek, które trafiały w ludzką potrzebę szczerego rock and rolla. 

Paweł Dunin-Wąsowicz, który starał się z mieszanym powodzeniem krzewić wówczas zamiłowanie do brytyjskiej muzyki wśród polskich słuchaczy na łamach „Machiny”, nieraz sam się dziwił, iż łatwo powiedzieć, że to proste „tralala”, ale mało komu podobna sztuka się udaje.

Kasetowe dni // Fot. Olga Drenda

Muzyka potrafi w przedziwny sposób zabarwić wspomnienia tak, że złe doświadczenia czy najbardziej ponury, błotnisty czas schodzą na dalszy plan. Pamiętam wiele rozmów ze znajomymi bliższymi i dalszymi: w tych relacjach mizerię dorastania na biednym osiedlu w latach 90. przesłaniała ekscytacja zdobytymi kasetami, a zagęszczająca się atmosfera w kryzysowej Polsce m wydawała się niczym wobec euforii towarzyszącej powrotom z seansu „Hair” w studenckim klubie filmowym.

Dzisiaj żyjemy w czasach, w których muzyka ma jednocześnie znaczenie ogromne i żadne. Są gwiazdy, które przyciągają wierne tłumy, znające na pamięć wszystkie piosenki – tak jest choćby w przypadku goszczącej niedawno w Polsce Taylor Swift – ale brakuje melodii, które rozpoznają wszyscy. Bilety na koncerty osiągają rekordy sprzedaży, jednak często wśród podzielonej na segmenty publiki, poza którą idole pozostają nierozpoznawalni. Mikropubliczności mają swoje hity i hymny, lecz nie wiedzą, co gra u sąsiada. Trudno powiedzieć nawet tak naprawdę, kiedy ostatnio mieliśmy prawdziwy przebój lata.

Może to właśnie jest przyczyną, dla której taki entuzjazm, choćby na chwilkę, wywołał w Polsce zespół, któremu dwie dekady udało się wyprzedać tylko ćwierć Torwaru. Po prostu przypomniał czasy, gdy ktoś dobrze, może nawet na pamięć, znał piosenki, których nawet nie musiał bardzo lubić, mogły być mu obojętne – ale mógł je razem z kimś zanucić. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 36/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Jaka to melodia