Burza o Luxtorpedę. Czy religijny miłośnik kotletów może być niebezpieczny?

Niepowstrzymane pragnienie oburzenia zmiata na swojej drodze wszystko. Byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie prawdziwa emocja, która za tym stoi.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Artyści rockowi i fani uwielbiają głosić, że rock umarł, albo prześcigać się w przepowiedniach, kiedy pora złożyć ten gatunek do grobu. Jest to chyba już część tradycji, podobnie jak trzymanie zapalniczek (dziś telefonów) w dłoni przy najsłynniejszych hymnach albo rzucanie pałeczek w tłum przez perkusistę. Muszę popsuć im szyki, ponieważ zupełnie przypadkiem stałam się świadkiem powrotu niemal do pionierskich czasów Elvisa.

Stało się to w jednej z pięknych polskich miejscowości, podczas tradycyjnych dni miasta, które umilają mieszkańcom i gościom letnie wieczory. Organizatorzy postanowili zaprosić zespół Luxtorpeda. Na nagraniu widać, że publiczność bawiła się znakomicie, ruszając w grzeczny i zgodny z zasadami BHP młyn pod sceną. Niezgorzej bawili się również inni mieszkańcy miejscowości, ci aktywni raczej w internecie. Ich frajda miała jednak inny charakter, płynący z rugania i rozstawiania innych po kątach. Koncertową publiczność – bardzo zresztą kulturalną i niegroźną – nazywali „ofiarami bezstresowego wychowania” i „naćpaną dziczą”, a co wyjątkowo zabawne i przewrotne, sam zespół – od lat czempioni rocka chrześcijańskiego, symbolizujący bezpieczne, wręcz familijne oblicze tej muzyki – spotkał się z cokolwiek zdumiewającymi zarzutami o sprzyjanie siłom piekielnym. No bo jak tak można: skakać do jakiegoś hałasu! „Normalny człowiek” tak nie robi!

Poza oczywistym walorem komediowym obserwowanie tych zajść (dziękuję łaskawemu algorytmowi, który mi te treści zaserwował) dostarczyło mi zachęty do namysłu nad przyjemnością. W besztaniu pogowiczów krytycy znajdowali widoczną satysfakcję, rodzaj lubości. Osobiście widzę w tym rodzaj satysfakcji z kategorii milicyjnej, takie „już ja im dam, porządek musi być”.

W Kabarecie Olgi Lipińskiej ten rodzaj przewrotnej przyjemności uosabiał dyrektor Misiek grany przez Janusza Rewińskiego, który chciał „rozgonić towarzystwo na mordę”. Z produkcji komediowych znana jest też figura skłonnego do oburzeń nauczyciela czy woźnego. Albo nadgorliwego milicjanta-służbisty, którego do szewskiej pasji doprowadzają dłuższe włosy młodzieży hipisowskiej. Strażnika moralności pomstującego na taniec Elvisa, Władysława Gomułkę ciskającego kapciem w telewizor, w którym miała czelność pojawić się Kalina Jędrusik. Wszelkie przejawy spontaniczności działają wówczas na nerwy; jak ktoś śmie się bawić, cieszyć albo ubierać po swojemu! Gdyby nie czające się gdzieś w tle pragnienie pognębienia nieprawomyślnych, wizja radości z cudzego poniżenia, byłyby to to sceny niemal kreskówkowe.


Co czyta w wakacje Olga Drenda? Sprawdź!

W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.

Zmień ustawienia plików cookies


Rysownik komiksowy i eseista Tim Kreider, którego styl wypowiedzi przywodzi mi na myśl nieco pogodniejszego Kłapouchego, pisał kiedyś o ostentacyjnym oburzaniu się, że to doskonałe alibi. Pozwala bowiem zapewnić – na potrzeby świata zewnętrznego, ale i nas samych – przekonanie, że działamy w słusznej sprawie. To nie żadne pieniactwo, tylko poważny, uzasadniony Gniew (sprytne: żeby uładnić swoją nerwowość, najlepiej użyć słowa brzmiącego wręcz biblijnie). Tyle że – cichutko podpowiada Kreider – usuwa to z pola widzenia upojenie, jakie ogarnia oburzonego. To ono w rzeczywistości go motywuje. Oburzanie się jest przyjemne, ale trochę głupio się do tego przyznać.

Najciekawsze jest jednak to, że zgorszenie wśród samozwańczych obrońców porządku publicznego wywołało zdarzenie tak grzeczne, wręcz konserwatywne. Luxtorpeda bardziej niż z buntem kojarzy się z galami okolicznościowymi pod patronatem państwowym, a za liderem grupy ciągnie się niefortunna wypowiedź o kotlecie (a czy człowiek, który kojarzy się z kotletem, może być realnie niebezpieczny?). Sam rock od lat uchodzi już za muzykę nobliwą, dla bardzo dorosłej publiki, ewentualnie nostalgicznie nastawionej młodzieży. Wielu weteranów tańca pogo chowa już wnuczęta. Na największym festiwalu w tym stylu, Pol’and’Rocku, gra zespół Ich Troje, co – mogłoby się wydawać – przypieczętowało na dobre koniec buntu. Teraz już tylko biesiada.

Tymczasem wszystko niespodziewanie stanęło na głowie i, zupełnie jak pół wieku temu, poczciwa ta muzyka potrafi wywołać salwy oburzenia godne czasów niesławnej cenzorki Tipper Gore. Ale to zapewne po prostu niepowstrzymane pragnienie oburzenia, które zmiata wszystko na swojej drodze, i jego przypadkową ofiarą może stać się również religijny miłośnik kotletów oraz jego sympatyczni fani.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2024

W druku ukazał się pod tytułem: O kurczę, rock żyje