Oczywiście mało komu jest dziś do śmiechu, ale gdy usłyszeliśmy, jak wiceprezydent USA publicznie domaga się szacunku od prezydenta Ukrainy, zrozumieliśmy, że jesteśmy w domu. Każdy, kto ma w swym kraju prawicowych populistów z gigantycznym deficytem własnej wartości, pomieszanym z poczuciem wyższości, wie, że wobec tych ludzi trzeba koniecznie, bez ustanku, demonstrować bezbrzeżny szacunek. Że należy ich przepraszać za wszystko, najlepiej na kolanach albo na leżąco. To może wystarczyć, ale gwarancji nie ma żadnej, bo mogą uznać, że i szacunek, i przeprosiny były nieszczere. Mogą zakwalifikować szacunek jako szacuneczek.
Nie będziemy dziś analizować sytuacji geopolitycznej na planecie, bowiem taka analiza wydaje się nam, w naszym wykonaniu, zbędna. Każdy widzi, jak jest, i nikt nie wie, ani o co chodzi, ani co z tego wyniknie. W ciągu ostatnich dni przeczytaliśmy bardzo dużo streszczeń owego sławnego spotkania w Białym Domu, które, w co nie wątpimy, znajdzie się niebawem w każdym podręczniku historii. Spotkanie to – co wie każdy – skończyło się karczemną awanturą i wyrzuceniem gościa na ulicę. Dziesiątki znawców, amatorów i zawodowców, psychologów, psychiatrów i behawiorystów, minuta po minucie, zarówno w zwolnionym, jak i przyśpieszonym tempie, oglądało to wydarzenie po wielokroć.
Powstało już wiele teorii, wskazano na wiele przyczyn takiego finału, ale jedna przyczyna rzuca się nam w oczy bardziej. Wypada jednak zacząć z dumą od tego, że była to na pewno w naszym życiu jedyna oglądnięta tego typu scena. W tym miejscu, w tym budynku, z udziałem postaci formatu prezydenckiego. O niczym podobnym nigdy nie słyszeliśmy, przynajmniej w czasach ogólnie rzecz biorąc nowożytnych. Oto burdę nakręciło stwierdzenie wiceprezydenta Vance’a, że gość nie okazuje Wielkiemu Gospodarzowi należytego szacunku. Wszyscy byli trochę zaskoczeni, bowiem spotkanie miało mieć – jak nam zapowiadano – charakter biznesowy. Szybko jednak uznano, że tzw. brak szacunku jest to fajny i nietrudny motyw do ostrej naparzanki, których nigdy za mało. Zwłaszcza w sferach kibicowskich. Ale – popatrzmy – ostre naparzanie stało się z czasem nieodzownym elementem polityki, też jak się okazuje polityki międzynarodowej, dyplomacji oraz – co nowe – biznesu. Z tym biznesem to może trochę przesada – bo rzekomo rozległe ukraińskie złoża bezcennych minerałów, które USA miały wziąć w zastaw, na pewno nie są tak proste w eksploatacji, jak owe na Grenlandii, w Kanadzie czy w Panamie, czyli w miejscach, które czekają na nowych kolonizatorów. Wróćmy jednak do owego szacunku, a w zasadzie jego braku.
Jak już na samym wstępie napisaliśmy, specyficznie, kibolsko pojęty szacunek to podstawa i klasyka prawicowego kombinowania świata. Szanuje się w nim tylko silniejszych. Słabszymi się pomiata. Wszyscy widzieli wielki szacunek, jaki okazywał p. A. Duda ze współpracownikami, oczekując na audiencję u amerykańskiego prezydenta w szatni amerykańskiej sali widowiskowej. Z tej okazji D. Trump nazwał prezydenta RP fajnym facetem. Strach pomyśleć, co by było, gdyby koledzy p. Trumpa uznali jednak, że p. A. Duda nie okazał szacunku w wystarczającym stopniu. Bo na przykład, niebacznie, poprosił o przestrzeganie jakichś traktatów, podpisanych dawno temu przez jakiegoś prezydenta USA, którego obecny prezydent USA uważa za głupka. Czy to jest nie do wyobrażenia? Oczywiście, że jest. I oczywiście, że dobrze, iż p. Duda wykazuje dokładnie taki rodzaj szacunku, jaki oczekują ci niesłychani panowie za oceanem. Szacuneczek.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















