Pan Sekta – tak go przezwałyśmy. Pamiętam jego kremową koszulę z krótkim rękawem, okulary, oraz że było to w okolicach Bożego Ciała. Właściwie nie zauważał dziewczyn, jakbyśmy były przezroczyste. Krążył wokół kilku nastoletnich chłopaków: harcerzy, poważnych, ideowych, jakoś pobożnych, a na pewno wierzących. Zwłaszcza Wojtka wciągał w poważne rozmowy.
Była końcówka lat 90., Opus Dei działało w Polsce prawie od dekady i, jak wszędzie na świecie, także tu rekrutowało członków – zwłaszcza dobrze zapowiadających się, poważnych i religijnych chłopaków. Podobno, gdy studenci przestali się łapać na konserwatyzm i rygorystyczne akademiki, zaczęli szukać przyszłych numerariuszy wśród nastolatków, choć nie pozwala na to prawo kanoniczne. Na całym świecie rozwijali wtedy sieci szkół, elitarnych, kuszących, a im dających dostęp do młodzieży. U nas jeszcze takich nie było, więc Pan Sekta krążył wokół naszych kolegów z harcerstwa.
Wspomnienie kremowej koszuli i tego dziwnego polowania na Wojtka wróciło do mnie przy lekturze książki śledczej o Opus Dei, napisanej przez Garetha Gore’a („Opus Dei. Brudne pieniądze, handel ludźmi i skrajnie prawicowa organizacja kościelna”). Nie specjalizuje się on w czarnych kartach współczesnej historii Kościoła, tylko w upadkach banków. Na temat Dzieła trafił, zajmując się historią hiszpańskiego Banco Popular, gdy ten upadł nagle w 2017 r. Dość nietypowo jak na książkę o potężnym ruchu religijnym, ta zaczęła się więc od serii artykułów w „International Financing Review”.
„Opus Dei” Garetha Gore’a pokazuje dziwaczną teologię sukcesu
Na początku książka wydaje się ciut przygodowa, potem już głównie mroczna. Mania wielkości założyciela, ambitna wizja nieznosząca sprzeciwu i synergia finansowa z reżimem Franco to tylko kilka niepokojących rysów początku tej organizacji. Choć różne ciemne jej strony były ujawniane przez kolejne książki i dziennikarzy oraz byłych członków, to Gore imponująco rekonstruuje biznesowo-finansowy aspekt ich sukcesu. Oparty również na nadużyciach, korupcji i manipulacji oraz rozbudowanej sieci spółek i organizacji, które rozsiane są po całym świecie, a od których przy jakimkolwiek kryzysie Opus Dei może się odciąć.
Charakterystyczną i umożliwiającą taki sposób działania cechą tej organizacji jest obecna w niej od zawsze obsesyjna kontrola członków – tworzenie kart osobowych, podsłuchy, używanie informacji wrażliwych do wymuszania dotacji. Rozwijanie ruchu cenione ponad osobistą wolność i dobrostan jego członków. Pragmatyzm relacji z władzą i biznesem. Wszystko po to, by mieć możliwości i pieniądze na rozwój Dzieła.
Daleko mi do Opus Dei od zawsze, więc choć mroczna, nie jest to lektura, która sprawiałaby ten rodzaj przykrości, co śledztwa w sprawach środowisk i osób bardziej bliskich. Jednak przy okazji pokazuje ona jakiś rodzaj dziwacznej teologii sukcesu, która panowała i może wciąż panuje w Watykanie oraz w głowach wielu biskupów. Imponuje im szybki wzrost i wielkie dzieła, tworzone za wielkie pieniądze.
Czemu tak łatwo uwierzyć, że dzieło jest Boże, gdy rośnie, gromadzi tłumy i przekonuje darczyńców? Aż tak trudno krytycznie spytać, czy członkowie nie są manipulowani, a środki zdobywane bez skrupułów?
Może powinniśmy mieć kościelną listę pytań, które należy zadawać, nawet gdy sukces jakiegoś rozwijającego się ruchu czy środowiska uwodzi wielu.
Wśród licznych wątków, groźnych, choć fascynujących, moją uwagę zwrócił ten dotyczący służby w domach Opus Dei. W 1945 r. Josemaría Escrivá zaprzysiągł pierwsze numerarie pomocnicze, które pochodziły z biednych rodzin i były zatrudniane do obsługi w eleganckich domach ruchu i prowadzonych przez niego akademikach. Był świadomy, że niższa klasa członkiń zbuduje w numerariuszach poczucie wyjątkowości.
Warto się rozglądać, gdzie w Kościele kobiety obierają ziemniaki za darmo
Jak zauważa Gore, był to też sprytny chwyt biznesowy, bo podobnie jak inni członkowie ruchu, również one oddawały organizacji swoje wynagrodzenie. W efekcie pracowały za darmo, obsługując mężczyzn i kobiety z wyższej kasty. Escrivá kwitował, że numerarie pomocnicze to „największy cud, który Pan uczynił dla Dzieła”. I wyjaśniał: „One wcześniej po prostu obierały ziemniaki. Teraz poprzez to obieranie ziemniaków osiągają świętość”.
Obracam w myślach to zdanie. Wzdragam się, bo ten pomysł na osiąganie świętości jest niebezpiecznie bliski niewolnictwu. Zresztą, dalsza historia organizacji pokazuje, że z czasem zamienił się on w praktyki handlu ludźmi, stosowane przez spółki związane z Opus Dei. Jak nierzadko bywa, cały ten żerujący na kobietach model, stopniowo coraz bardziej osadzony w biednych krajach globalnego Południa, oblany jest grubą warstwą duchowości, która go sprzedaje. Teologii, która wciśnie kobiecie jej cierpienie i upodlenie opakowane tak, by czuła, że służy ono wyższym celom.
Pod tym względem Escrivá nie był w sumie oryginalny. Warto się rozglądać, gdzie w Kościele kobiety obierają ziemniaki za darmo, dla osiągnięcia świętości. A tak naprawdę – dla wygody mężczyzn i grubych oszczędności.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















