Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Pomocnicy Szefa

Pomocnicy Szefa

26.02.2018
Czyta się kilka minut
„Więź” jest potrzebna, bo to, co jeszcze niedawno stanowiło zasadniczy ton w polskim Kościele, czyli posoborowa otwartość, zostało w XXI wieku zastąpione przez groteskową recydywę nacjonal-katolicyzmu z lat 30.
Redakcja „Więzi”, Warszawa, 19 lutego 2018 r. AGNIESZKA PAŃTAK DLA „WIĘZI”
T

To pismo, zdaje mi się, istniało dla mnie od zawsze – w istocie jest starsze ode mnie – i pojawiło się w moim życiu miękko, nie na zasadzie osobistego odkrycia, ale przyjęcia do wiadomości, że wśród innych spraw oczywistych dla moich rodziców (reprezentantów Dorosłości) jest też i ta. Do tego trzeba dodać, że „Więź” zwyczajnie myliła mi się wówczas z krakowskim „Znakiem” (format obu tych miesięczników i ich charakter był przez lata bardzo podobny) i funkcjonowała w moich oczach licealisty, a potem studenta raczej jako środowisko niż czasopismo. Było to środowisko (jako się rzekło, długo nieodróżnialne od środowiska „Znaku”) w oczywisty sposób budzące zaufanie, ale też długo niekontrowersyjne. Albo inaczej, bo chyba źle to ująłem: stanowiące alternatywę dla środowisk akceptujących komunizm, które za sprawą mojego śp. nauczyciela, prof. Ireneusza Gugulskiego, odbierałem z roku na rok coraz bardziej krytycznie, natomiast niestanowiące alternatywy dla tego, co się działo w moim Kościele.

Widziałem go bowiem jako Kościół „otwarty”, życzliwy dla rozmaitych idei niekoniecznie katolickiej proweniencji – a jeśli trafiałem na księży, którzy poza katolicyzmem nie widzieli dobra (zaś w katolicyzmie – żadnego zła), to uznawałem ich za ubolewania godne pojedyncze przypadki, nie za reprezentantów jakiegoś innego niż „Więź” nurtu. Tę dziwaczną, z dzisiejszej perspektywy, wizję zawdzięczam niewątpliwie dacie urodzenia i mogę chyba powiedzieć w liczbie mnogiej: my, katolicy zaczynający się rozglądać po świecie w drugiej połowie lat 70., wychowywaliśmy się w Kościele o szerokich horyzontach, trzymającym się zasady wyłożonej expressis verbis przez papieża Polaka: że „człowiek jest drogą Kościoła”, a nie odwrotnie.

Odległe wyspy

Tę sielankę zakłócił stan wojenny, który mam za źródło zła ciągnącego się aż do dzisiaj nie tyle nawet dlatego, że złamał „ruch odnowy” – przez ostatnie miesiące 1981 r. czuło się, że karnawał i tak dobiega końca, pytanie brzmiało nie „czy”, tylko „kiedy” – ile dlatego, że pozbawił nasze społeczeństwo poczucia jakiejkolwiek sprawczości, a ponadto sprowokował do podziałów, zaostrzających się w kolejnych dekadach aż do dzisiejszego absurdu. Wkrótce zresztą ze względu na osobiste przejścia wpadłem w wieloletni kryzys światopoglądowy i na „Więź”, jak też na „Znak” i „Tygodnik Powszechny”, patrzyłem jak na kołyszące się na powierzchni morza butelki z listami pochodzącymi z odległych wysp. Kościół zaś jako taki jawił mi się (mówię już o końcówce lat 80.) jako miejsce skażone tym, co w moich oczach cechowało niestety także większość znanych mi środowisk opozycyjnych: domaganiem się, żeby maszerować w nogę. W dodatku do coraz bardziej wątpliwej melodii.

Spotkanie

Wszystko to się zmieniło za sprawą poznania abp. Józefa Życińskiego, który natknąwszy się w 2000 r. u Krzysztofa Zanussiego na zbliżającego się do czterdziestki dość wyszczekanego agnostyka wprawdzie, ale niepozbawionego jakiejś inklinacji religijnej (to znaczy na mnie), zamiast uznać, że z wysokości arcybiskupiego tronu z gówniarzerią się nie dyskutuje, zaprosił go do Lublina na I Kongres Kultury Chrześcijańskiej. Jechałem na KUL z poczuciem, że jadę co najmniej do jaskini lwa – moja ministrancka przeszłość nie zmieniała faktu, że, jak niebezpodstawnie sądziłem, o znacznej części spraw mam zdanie inne niż wszyscy tam spotkani – ale tam właśnie zagadał do mnie ksiądz Andrzej Luter, z którym odtąd (mam nadzieję, że mogę tak powiedzieć) połączyła nas przyjaźń. Nota bene wziąłem go zrazu – nie wiem, czemu – za jezuitę, co akurat w moich ustach było komplementem, bo jezuitów, mimo antyjezuickich legend sprzed stuleci, cenię i lubię niejako a priori (może od razu dodam, że dominikanów też). A przez Lutra trafiłem do lokalu przy ul. Kopernika (przeprowadzka nastąpiła później), gdzie z kolei poznałem się ze Zbyszkiem Nosowskim, Kasią Jabłońską i innymi członkami redakcji.

Zbyszek zaproponował mi napisanie tekstu o „Traktacie teologicznym” Miłosza, którym to poematem się wtedy zafascynowałem, potem Luter wyszarpał ode mnie do druku (pisany pierwotnie dla samego siebie) esej „Mały Lebiediew 2001”, aż w końcu otrzymałem propozycję wejścia z felietonem na miejsce Julii Hartwig. Ho, ho, takich propozycji się nie odrzuca. Zwłaszcza że tymczasem z wielu powodów moje oddalenie się od katolicyzmu zmalało do rozmiarów łatwych do pominięcia. Kiedy po drugiej stronie widzi się same wady, trudno się pogodzić. Kiedy uświadomić sobie, że w porównaniu z własnymi wadami tamte wady są doprawdy drobne, rodzą się warunki do zakończenia sporu. I tak się właśnie stało.

Otwarta ortodoksja

Z tym, że mój powrót do Kościoła chyba właśnie nie byłby możliwy, gdyby nie twarze nowych przyjaciół z „Więzi”. Zjawiska, które krytycznie oceniałem na przełomie lat 80. i 90., przecież nie znikły, raczej przeciwnie; i poza chęcią dogadania się z Szefem niezależnie od jakości personelu, poza potrzebą odzyskania w życiu rytmu, który podsuwa liturgia, działało poczucie, że póki mieszczą się w tym Kościele ks. Luter, Zbyszek, Kasia i inni – i póki nie uważają mnie za grzeszne monstrum, które od ich szlachetnego kręgu powinno się trzymać możliwie daleko – póty moja obecność kilka kroków za nimi jest wyborem właściwym. Zaczęliśmy razem pracować, po pewnym czasie doproszono mnie do składu redakcji; publicznie głosiłem (i głoszę dalej), że spotkanie z nimi to zawodowo bodaj najlepsza rzecz, jaka mnie w życiu spotkała.

Sześćdziesięcioletnia jubilatka – „Więź”, której pierwszy numer wydano w lutym 1958 r., a która od 2013 r. ukazuje się jako kwartalnik – ma dziś niełatwą sytuację. Stroniąc od takich form finansowania, które mogłyby rzucić choć cień podejrzenia na jej niezależność, utrzymuje się na granicy bezpieczeństwa ekonomicznego. Co gorsza, to, co stanowiło zasadniczy ton w polskim Kościele (tak się przynajmniej zdawało przed laty), a mianowicie posoborowa otwartość i nawet pewnego rodzaju centro­lewicowe (niekomunistyczne) odchylenie, zostało w XXI wieku zastąpione przez groteskową recydywę nacjonal-katolicyzmu z lat 30. „Otwarta ortodoksja” „Więzi”, „Znaku” czy „Tygodnika Powszechnego” znalazła się w defensywie wcześniej, ale analogicznie do defensywy, w której pozostają od dwóch lat krytycy tzw. „dobrej zmiany”. Przeobrażenia mentalne polskiego katolicyzmu z czasów po Vaticanum II okazały się, niestety, powierzchowne. W redakcji zdarza nam się spierać, co z tym fantem zrobić. Jedno jest pewne: sześćdziesięciolatka musi zakasać rękawy i poczuć w sobie młodzieńczą energię, żeby znów przekonywać innych. Ludzie, którzy uważają, że musi istnieć trzecia droga pomiędzy wolnościowym ateizmem (w stylu „Aborcja jest OK”) a (pseudo)religijnym zamordyzmem (w duchu „Polak to katolik”), powinni trzymać za nas kciuki... a właściwie to się pomodlić. ©

JERZY SOSNOWSKI (ur. 1962) jest historykiem literatury, pisarzem, publicystą oraz dziennikarzem telewizyjnym i radiowym. Członek redakcji kwartalnika „Więź” oraz Zespołu Laboratorium „Więzi”. Jest autorem kilkunastu książek. Za esej „Co Bóg zrobił szympansom?” nominowany do Nagrody Literackiej Nike 2016.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Uwaga! Przypominamy o ciszy wyborczej. Trwa ona od północy z 19 na 20 października do momentu zakończenia głosowania w wyborach samorządowych 21 października. W tym czasie nie wolno prowadzić agitacji wyborczej - czyli publicznie nakłaniać lub zachęcać do głosowania w określony sposób, również w internecie. Za złamanie zakazu agitacji grozi kara grzywny od 500 tys. do miliona zł.  

 

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]