Na początku października wydawca ogłosił, po niemal 30 latach od ukazania się pierwszego numeru „Frondy”, „koniec naszego czasopisma, przynajmniej w formie, w której ukazywało się ono dotychczas”. Historia „Frondy” w jej wszystkich odsłonach – kwartalnika, wydawnictwa i portalu – jest częścią mojego życia. Nasze drogi się rozeszły. Ale gdy myślę o latach tam spędzonych, nieustannie wraca do mnie jeden obraz, który – i to łączy wielu ludzi z pierwszej, drugiej i kolejnych „Frond” – ukazuje wierność fundamentalnej idei tego pisma. I wcale nie chodzi o konserwatywny katolicyzm ani o prawicowość (choć taki wizerunek, także za sprawą moich wyborów redakcyjnych, „Fronda” miała), ale o pewną formacyjną opowieść, którą sobie przekazywano.
Fronda, jeśli szukać jej źródłosłowu, to starofrancuskie określenie procy, a proca – co w wielu rozmowach powtarzano – to broń Dawida, którą pokonał Goliata. I „Fronda” miała być właśnie taką procą, którą strona słabsza w debacie, pozbawiona wielkich mediów, wpływów, spychana na margines, miała się bronić przed dominującymi dyskursami politycznymi czy religijnymi. Tam, gdzie brakowało wielkich nakładów czy korporacyjnych struktur, tam bronią miały się stać prowokacja, a czasem skrajne przerysowanie wątków, które po drugiej stronie debaty budziło niekiedy grozę. Jej budzenie stało się pozą twórców kolejnych Frondowych środowisk.
Kto założył „Frondę”
Mitem założycielskim „Frondy” było wesele Grzegorza Górnego, podczas którego miał powstać koncept pisma, które z jednej strony będzie owszem, konserwatywne, chrześcijańskie, ale z drugiej absolutnie kontrkulturowe i awangardowe.
To był początek lat 90. Dominującą pozycję na rynku miała „Gazeta Wyborcza”, która prowadziła wojnę nie tyle nawet z Kościołem, ile o duszę Kościoła. Katolicyzm otwarty w duchu Hansa Künga miał zastąpić ortodoksyjny katolicyzm, którego założyciele „Frondy”, Grzegorz Górny i Rafał Smoczyński, uczyli się w Drodze Neokatechumenalnej i Opus Dei. Zamiast jednak tworzyć pisemko katolickie (obciachowe, szarobure i bogoojczyźniane), chciano zbudować coś, co będzie obrazoburcze, działające na liberalny mainstream jak płachta na byka. To dlatego już w pierwszym numerze pojawiła się ankieta dotycząca szatana, w której wzięli udział m.in. Tomasz Jastrun, Marek Jurek, Krzysztof Piesiewicz, Jerzy Prokopiuk, Zbigniew Romaszewski czy Jadwiga Staniszkis.
Przedmiotem ataku miała być również nieszczególnie mądra popkultura, której synonimem był wówczas magazyn „Bravo”. To on był nieustannym źródłem inspiracji, które miały pokazać, że pewne modele przeżywania seksualności prowadzą na manowce. Z niektórych najbardziej radykalnych pomysłów (choćby sugestii, by zrobić wzorowaną na opowieściach o „moim pierwszym razie” ankietę o tym, jak poczęło się moje pierwsze dziecko), rezygnowano, ale inne pojawiały się i często naprawdę wywoływały skandal, ale i pełną zainteresowania dyskusję (także na łamach „Wyborczej”). A wszystko dlatego, że te pierwsze numery z lat 1993-1996 były z jednej strony apologetyczne, neoficko chrześcijańskie, ale z drugiej awangardowe, jadące po bandzie, czasem na granicy (a może i poza) dobrego smaku. Takie teksty jak wywiad z nekrofilem, dzisiaj by nigdzie nie przeszły. Wtedy przyciągały czytelników spragnionych ognia, wyrazistości, ale i kontrkulturowego obrazowania.
To był ten prawdziwie złoty czas „Frondy”. Pierwsze numery zmieniły coś po prawej stronie, uświadomiły znaczenie tego środowiska i pozostały w pamięci jako coś nowego. Doceniono to zresztą, bo Wiesław Walendziak, ówczesny prezes TVP, zaproponował stworzenie w 1994 r. wersji telewizyjnej kwartalnika, czyli Programu Poświęconego. On także dawał do myślenia, a czasem zwyczajnie prowokował.
Pierwszy koniec „Frondy”
Kiedy to się skończyło? Gdy z redakcji odszedł Rafał Smoczyński. Był rok 2001, po latach sukcesów pisma Smoczyński miał przeżyć kryzys światopoglądowy i zająć się nauką. Dynamizm pozostał, pozostali świetni graficy oraz środowisko, które później przez lata ciągnęło pismo. Został też Grzegorz Górny, który stał się głównym znakiem rozpoznawczym. Jednocześnie w otoczeniu „Frondy” pojawili się ludzie, którzy pozwolili jej przetrwać finansowo (to oni obecnie odpowiadają za Wydawnictwo Fronda i portal Fronda.pl, które organizacyjnie nie mają ze sobą nic wspólnego), ale też zaczęli „uprofesjonalniać”, a niekiedy określać wewnętrzne stosunki. To była wówczas nowość w tym anarcho-konserwatywnym środowisku.
Ja sam ten pierwszy okres znam jedynie z opowieści. W tamtym czasie studiowałem filozofię, a swoje pierwsze teksty publikowałem na łamach „Więzi” czy „Myśli Protestanckiej”. Raz czy dwa razy Radio Plus, w którym wtedy pracowałem, a którego część pracowników powiązana była z „Frondą”, wysłało mnie do ówczesnej siedziby redakcji, ale wtedy raczej w sprawach programu telewizyjnego, który ekipa otrzymała za czasów Walendziaka. Gdy do opublikowania pierwszych tekstów we „Frondzie” namówił mnie Grzegorz Górny, to była to już mniej awangardowa, a bardziej jednolicie konserwatywna „Fronda”, prezentująca myśl z obrzeży także prawicowego mainstreamu.
I może dlatego właśnie tam się wtedy odnalazłem. Dwa pierwsze moje teksty z numeru 27/28 w 2002 r. dotyczyły teologicznego usprawiedliwienia samobójstwa u Ignacego Sołowieckiego i teologii czarnego islamu. Kolejne opowiadały o świętości cara Mikołaja II. A później – wraz z powolną ewolucją pisma w kierunku akcentowania „wojny kultur”, pisałem już o aborcji, powtórnie narodzonym prezydencie Georgu W. Bushu czy o chińskich konwertytach.
Nowy początek, czyli jak mnie wyrzucono
Skręt Grzegorza Górnego w kierunku coraz większego zaangażowania w tę „wojnę kulturową”, a później objęcie przez niego funkcji redaktora naczelnego tygodnika „Ozon” (w lipcu 2005 r.), którego właścicielem był wówczas Janusz Palikot, doprowadziło do kolejnej zmiany w kwartalniku „Fronda”. „Ozon” miał się wówczas stać tygodnikiem pokolenia JP2, bo wydawało się, że tamto wielkie zjednoczenie po śmierci Jana Pawła II jest dowodem na to, że nie tylko to pokolenie istnieje, ale i ma szansę spełnić rolę budziciela katolickiego odrodzenia w Polsce i na świecie.
Proca, jaką była „Fronda”, została skierowana na front walki z laicyzacją. To niekoniecznie podobało się starej ekipie, która miała poczucie, że niepotrzebnie dokonała się rezygnacja z kontrkulturowego elementu pisma. I to oni przekonali Grześka, by złożył funkcję naczelnego, a jego miejsce zajęła pierwsza ekipa pod wodzą Marka Horodniczego, która chciała przywrócić bardziej pierwotny model pisma, i zerwać z „ksero-konserwatyzmem”, jak określała bliską amerykańskiego neo- i teokonserwatyzmu linię Górnego. To z jej czasów pochodzą słynne okładki z aniołkiem pokazującym gest Kozakiewicza i podpisem „poza Kościołem nie ma zbawienia” (do tego numeru napisałem tekst ekumeniczny o tym, że zasada ta obecna jest w różnych wyznaniach chrześcijańskich).
Właśnie wtedy po raz pierwszy wyleciałem z redakcji i stopki redakcyjnej. Dlaczego? Bo jako jeden ze współtwórców portalu ekumenizm.pl podpisałem list w obronie osób homoseksualnych. Z powodu „lewicowego odchylenia” moje nazwisko znikło ze stopki w numerze 38 (choć był tam jeszcze mój tekst). Wróciłem do stopki i do pisania, gdy na fotelu naczelnego zasiadł po przerwie związanej z „Ozonem” Grzegorz Górny, a odeszła ekipa wcześniejsza.
Prekursorzy symetryzmu
„Seks po katolicku” – czyli numer 44/45 – oznaczał nie tylko nowy skład redakcji, ale też śmierć kolejnej wersji „Frondy”. Górny zdecydował o silniejszym katolickim zaangażowaniu pisma. Mieliśmy być elementem „archipelagu ortodoksji”, czyli grupy różnorodnych katolickich liderów opinii, dziennikarzy, intelektualistów, którzy – niezależnie od różnic – wspólnie bronili cywilizacji życia i kolejnych papieży przed zakusami liberalnie nastawionych katolików i laicyzującego się świata. Polska miała być zapleczem dla odrodzenia wiary.
Nie, „Fronda” nie była wówczas polityczna. Ostro krytykowaliśmy – ciekawe, że moim tekstem – pozorną religijność Jarosława Kaczyńskiego, a w numerze o czasach saskich już wtedy prezentowaliśmy podejście, które później określano mianem „symetrystycznego”. „Jeśli Platforma Obywatelska jest za reformą edukacji, to PiS (choć w poprzedniej kadencji wysuwał dokładnie takie same postulaty) będzie przeciwko” – pisałem w 2009 r. w tekście „Recydywa saska”.
Symetryzm był wówczas o tyle prostszy, że wielu pamiętało jeszcze POPiS, który miał być właśnie odpowiedzią liberalno-konserwatywną na procesy laicyzacyjne. Niewielu pewnie pamięta, że kard. Stanisław Dziwisz organizował wówczas rekolekcje dla Platformy Obywatelskiej. „Fronda” stała wtedy po innej stronie debaty katolickiej, ale to wcale nie oznacza, że nie było w niej sympatii dla liberalnych pomysłów gospodarczych.

Archipelag ortodoksji
Niewątpliwie w latach 2009-2011 „Fronda” stała się jednym z bardziej wyrazistych przedstawicieli tzw. archipelagu ortodoksji i ostro, niekiedy prowokacyjnie broniła pozycji konserwatywnych w dziedzinie moralnej i religijnej. Uczciwie muszę przyznać, że robiła to także moim piórem, bo i ja byłem wówczas absolutnie przekonany, że jest to najlepsza z możliwych dróg.
To był również czas, gdy z Grzegorzem Górnym prowadziliśmy telewizyjny program „Wojna cywilizacji” i wydawaliśmy wspólnie książki (choćby „Bitwa o Madryt” o zapateryzmie czy wywiad rzekę z abp. Józefem Michalikiem). Byliśmy wówczas przekonani, że wizja Jana Pawła II i Benedykta XVI, a także ostrożna droga polskiego Kościoła jest przyszłością, i nie mieściło nam się w głowie, że i do Polski przyjdzie kiedyś błyskawiczna laicyzacja. Zapateryzm był wówczas silnym straszakiem.
Koniec kolejnego etapu papierowej „Frondy” związany był ze mną, bo Grzegorz Górny zrezygnował z bycia naczelnym po tym, jak wydawnictwo Fronda w 2012 r. opublikowało wywiad rzekę (mój) z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim, w którym duchowny ten mówił o tym, że w polskim Kościele istnieje lawendowa mafia. To, zdaniem wielu duchownych i świeckich publicystów, był atak na Kościół, bezlitosna krytyka, której nie wolno było wybaczyć. I dlatego, na znak protestu przeciwko wydaniu tej książki, Górny odszedł z „Frondy”.
I tak właśnie – to jednak jest pewien paradoks – zostałem redaktorem naczelnym kwartalnika (od roku 2012 i numeru 64). To była – dzisiaj mam tego świadomość – kolejna „śmierć” Frondy, bo odszedł z niej ten, który ją założył. I nawet jeśli starałem się wówczas (z głębokiego przekonania o konieczności walki o cywilizację życia) zachować dotychczasowy kierunek, to nie było to już możliwe. Wtedy byłem skoncentrowany na kwestiach bioetycznych, byłem przekonany, że to w tej dziedzinie rozgrywa się kluczowy spór współczesności i już choćby dlatego „Fronda” (i kwartalnik, i portal) pod moim kierunkiem wyraźnie skręciła w tę stronę.
Nie udało mi się, i to też jest moja wina, nigdy zbudować nowego środowiska – choć przez portal i kwartalnik przewinęło się wielu świetnych autorów (do tej pory obecnych w przestrzeni publicznej, by wymienić choćby Stefana Sękowskiego, Łukasza Adamskiego, Tomasza Rowińskiego czy Piotra Goćka).
Może dlatego jesienią 2013 r. właściciel wydawnictwa Michał Jeżewski podjął decyzję o zmianie szefostwa w kwartalniku (pozostałem naczelnym portalu, ale to zupełnie inna historia). I wtedy na arenę dziejów wszedł Mateusz Matyszkowicz i jego ekipa „Frondy LUX”. On, to trzeba jasno powiedzieć, stworzył nowe środowisko, potrafił je wypromować jako „hipster-prawicę”, i zdecydował się zmienić – po raz kolejny – linię pisma. To już nie było pismo starcia cywilizacji, tylko próba powrotu do przekonania, że katolicyzm jest kontrkulturą zdolną do dialogu z kulturą współczesną. Gry obrazami, wpisanie się w kody popkulturowe były tym, co niewątpliwie tej ekipie wychodziło znakomicie. Do „Frondy” weszli wtedy ludzie, którzy później (za PiS-u) mieli się przenieść do mediów publicznych. To miał być wówczas świeży powiew prawicy, i za taki uważała go nawet „Gazeta Wyborcza”.
Wtedy rozeszły się moje drogi z kwartalnikiem, choć nie z „Frondą” w ogóle. Ostatnią książkę – poświęconą kryzysowi w Kościele – opublikowałem w wydawnictwie w 2020 r., a ostatecznie współpracę z portalem fronda.pl zakończyłem w roku 2016.
Ale i to nie był ostatni koniec „Frondy”, bo po ekipie Mateusza Matyszkowicza przyszła jeszcze następna... I ta doczekała do końca papierowej wersji kwartalnika. Wciąż istnieją jednak przecież wydawnictwo (które ma się całkiem nieźle) oraz portal.
Rachunek sumienia
I na koniec trudno jest mi nie zadać pytania: czego mnie nauczyła „Fronda” i jaka jest lekcja z historii tego pisma i środowisk, które go tworzyły? Pierwsza odpowiedź – w mniejszym stopniu dotycząca mnie samego i pierwszych tworzących je ekip, a w większym hipster-prawicy – brzmi: bieżąca polityka zabija niezależność myślenia i pisania, a wejście w nią wyznacza koniec niezależności. Tę drogę wybrali – z żalem to przyznaję – zarówno znajdujący się już na marginesie Mateusz Matyszkowicz (w ostatniej fazie rządów PiS prezes TVP), jak i Dawid Wildstein (od 2022 r. w strukturach decyzyjnych radiowej Trójki) czy Samuel Pereira (kierownik TVP Info).
Druga – i to już bardziej uwaga do linii pisma, którą sam tworzyłem – uświadamia, że zaangażowanie w starcie cywilizacji czy wojnę kultur staje się istotną blokadą w skutecznym głoszeniu Dobrej Nowiny. Szukanie winnych, analizowanie błędów, szukanie najlepszych modeli pokazania zła strony przeciwnej, uniemożliwia dostrzeżenie w innych ludziach kogoś takiego samego jak my, tak samo zagubionego, szukającego i pragnącego dobra. A jeśli nie widzi się w drugim bliźniego, tylko przeciwnika, to trudno w spotkaniu z nim zaprezentować Ewangelię. Tego musiałem się nauczyć po odejściu z „Frondy”.
Ale jest i trzecia refleksja. Może najsmutniejsza. Otóż w związku ze zmianami kulturowymi i politycznymi, w związku z procesem stopniowego przejmowania prawicy przez populizm, takie pismo jak pierwsza „Fronda” jest już zwyczajnie niemożliwe. Wywiad z nekrofilem czy analizowanie religijności Jarosława Kaczyńskiego zostałoby dzisiaj potępione nie tylko przez stronę politycznie poprawną, ale i przez strażników kontrrewolucyjnej moralności. Niewiele też jest w naszej rzeczywistości miejsca na próby pojednania kontrkultury i religii, konserwatyzmu i awangardy. Ten element świata pierwszej „Frondy” już umarł.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















