Jest ich pięcioro. Pięcioro znanych niemieckich działaczy społecznych i byłych polityków chciało postawić pomnik polskich ofiar II wojny światowej w stolicy Niemiec. Mieli już nawet datę jego odsłonięcia: 8 listopada, na dzień przed rocznicą upadku muru berlińskiego.
Do piątki tej należą: była przewodnicząca Bundestagu Rita Süssmuth (z chadeckiej CDU), były przewodniczący Bundestagu Wolfgang Thierse (w komunistycznej NRD opozycjonista, potem polityk SPD), architekt Florian Mausbach, były dyrektor Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich w Darmstadt Dieter Bingen oraz były dyrektor berlińskiego Muzeum Topografia Terroru Andreas Nachama.
Z jednej strony – „grube ryby”, reprezentujące sobą kawałek niemieckiej historii. Z drugiej – ludzie na politycznej emeryturze, sprawujący już raczej honorową rolę komentatorów życia publicznego (i dla wielu będący tu autorytetami).
To ci sami ludzie, którzy w 2017 r. rozpoczęli dyskusję – trwającą do dziś – o potrzebie upamiętnienia polskich ofiar II wojny światowej. Z czasem ich pomysł został podchwycony przez niemieckie władze, ale przez minione siedem lat nie udało się zbliżyć do jego realizacji.
Grupa pięciorga postanowiła zadziałać więc na własną rękę.
Na czym polegał pomysł „alternatywnego” pomnika?
Jako pierwsze medium w Polsce i w Niemczech, „Tygodnik” zaznajomił się z planami ich oddolnej społecznej inicjatywy i otrzymał wgląd do pisma, które 25 września br. wysłali do Claudii Roth, federalnej pełnomocniczki ds. kultury i mediów (odpowiedniczki naszej minister kultury). To Claudia Roth sprawuje pieczę nad pracami rządu Niemiec, mającymi doprowadzić do powstania pomnika i kompleksu o roboczej nazwie Dom Polsko-Niemiecki.
„Chcielibyśmy, aby jesienią tego roku, w związku z 85. rocznicą napaści Niemiec na Polskę, w miejscu dawnej Opery Krolla stanął kamień pamiątkowy” – czytamy w liście do Roth. I dalej: „Na polski pomnik w ramach koncepcji Domu Polsko-Niemieckiego trzeba będzie jeszcze długo czekać. A czas odgrywa jednak ważną rolę. Odchodzą ostatni świadkowie okropności tamtych czasów. Dlatego godny symboliczny znak empatii i pamięci to minimum tego, czego można oczekiwać od nas, Niemców”.
Inicjatorzy poprosili o odpowiedź do 2 października i zarekomendowali 8 listopada 2024 r. jako datę odsłonięcia ich monumentu.
Prowizorium w centrum Berlina
W piątek 8 listopada – w dniu, w którym planowano tę inaugurację – jeden z inicjatorów, Florian Mausbach, spotyka się z „Tygodnikiem”. Na monitorze komputera wyświetla wizualizację i projekt pomnika, które pro bono zrealizował zaprzyjaźniony architekt.
To prostokątna kolumna wysoka na 1,8 metra. Widnieje na niej prosty napis w języku polskim i niemieckim: „Ofiarom niemieckiej okupacji w Polsce w latach 1939-1945”. Z tym projektem udali się do najstarszego zakładu kamieniarskiego w Berlinie. Tam sprawnie wyceniono pracę nad 7 tys. euro (ok. 30 tys. zł). Na materiał wybrano dolnośląski marmur.
Grupa nie musiała długo szukać pieniędzy. Sfinansowanie pomnika zadeklarował Komitet Wschodni Gospodarki Niemieckiej, duża organizacja lobbingowa (przed inwazją Rosji na Ukrainę mocno wspierali gazociąg Nord Stream 2 – być może teraz szukają okazji na poprawienie swojej reputacji w oczach partnerów Niemiec z Europy Środkowej i Wschodniej).
Pomnik miał stanąć w parku w centrum Berlina: tam, gdzie kiedyś znajdowała się Opera Krolla. To w niej Adolf Hitler poinformował 1 września o trwającym od kilku już godzin ataku na Polskę.
– Zaplanowaliśmy to jako coś prowizorycznego, aż do czasu rozpisania konkursu architektonicznego na prawdziwy pomnik – zapewnia Florian Mausbach w rozmowie.
Chcieli zadziałać rebeliancko, ale „po niemiecku”
Że takie miejsce w Berlinie jest potrzebne, to było widać choćby ostatniego 1 września. Tego dnia, w 85. rocznicę inwazji Niemiec na II RP, polska ambasada zorganizowała obchody na cmentarzu żołnierzy brytyjskich. Miejsca dedykowanego polskim ofiarom II wojny światowej po prostu w Berlinie nie ma. Dlatego utworzenia go domagał się już w 2013 r. Władysław Bartoszewski, ówczesny pełnomocnik rządu ds. relacji z Niemcami.
Inicjatorzy przekonują teraz w rozmowach z „Tygodnikiem”, że jeszcze we wrześniu udało im się uzyskać wstępne poparcie władz miasta-landu Berlin co do niezbędnych pozwoleń. Jednak także w landowym rządzie Berlina musiano zdawać sobie sprawę z rebelianckiego charakteru pomysłu piątki seniorów. Dlatego poproszono ich o wysondowanie zgody w urzędach federalnych.
Inicjatorzy dziś uśmiechają się, że chcieli zadziałać rebeliancko, ale tak jednak „po niemiecku”, w sumie – zgodnie z przepisami. Dlatego szybko wysłali pismo do Claudii Roth.
Na wiele tygodni zapadła cisza. Odpowiedź nadeszła dopiero 7 listopada, czyli dzień przed planowanym odsłonięciem pomnika. Oraz na dzień po upadku rządu Olafa Scholza.
W swoim piśmie Claudia Roth nie udziela klarownej odpowiedzi. Zwraca jedynie uwagę, że to Bundestag podejmuje decyzje w sprawie upamiętniania ofiar zbrodni narodowego socjalizmu i ma zdecydować także o przyjęciu uchwały na temat powstania Domu Polsko-Niemieckiego.
Czy upadek rządu Scholza to koniec koncepcji Domu Polsko-Niemieckiego?
Mniej więcej w tym samym czasie, gdy inicjatorzy otrzymali wymijającą odpowiedź, polski chargé d’affaires Jan Tombiński (tj. w zasadzie ambasador; nominacji dla niego i wielu innych dyplomatów nie chce podpisać prezydent Andrzej Duda) odebrał telefon od „strony niemieckiej”.
Tombiński został poinformowany, że w Bundestagu nie będzie debaty ani decyzji w sprawie Domu Polsko-Niemieckiego. Po rozpadzie koalicji rządowej Olafa Scholza w parlamencie federalnym nie znajdzie się już większości na przepychanie żadnych rządowych projektów.
Niemiecka strona (jeszcze) rządowa zablokowała zatem spontaniczny i oddolny plan postawienia (prowizorycznego) pomnika, argumentując, że zajmuje się tym Bundestag. Jednocześnie urząd Claudii Roth musiał już wiedzieć, że Bundestag i tak się już tym nie zajmie. I że wszelkie oficjalne plany zostaną włożone do parlamentarnej „zamrażarki”.
Kiedy i czy z niej wyjdą? Nie wiadomo. Przedterminowe wybory odbędą się 23 lutego, po nich nastąpi formowanie nowej koalicji, zapewne niełatwe. Później zaś, gdy powstanie już nowy rząd – zapewne z kanclerzem-chadekiem Friedrichem Merzem – będzie mieć długą listę priorytetów: kondycja gospodarki, wojna Putina itd.
Nowy Bundestag, nowe gremia, nowe decyzje?
O komentarz do tego rozwoju wypadków pytamy obecnego dyrektora Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich (DPI) Petera Olivera Loewa. To on był w ostatnich latach jedną z głównych postaci rozwijających oficjalny projekt niemieckiego rządu, czyli koncepcję Domu.
– Taką decyzję podjął parlament. I można się jej było spodziewać. Będziemy mieli nowych posłów, nowy rząd, nowe komisje. Nie było sensu tego kontynuować – mówi Loew spokojnie i bez emocji, tak jakby informował o tym, że spóźnił się na autobus, a nie że projekt, któremu poświęcił lata pracy, trafił właśnie do proceduralnej matni.
– Na pewno będziemy współpracować z Fundacją Pomnika Pomordowanych Żydów Europy [to druga główna organizacja zajmująca się rozwojem polskiego projektu – red.], aby spróbować wznowić ten proces po wyborach – dodaje Loew. – Jednak wszystko zależeć będzie od tego, jakie będą możliwości finansowe w nadchodzących latach i co ostatecznie postanowi Bundestag.
Ten styl prowadzenia sprawy pomnika – mogący czasem sprawiać wrażenie, jakby pozbawiony był większych emocji – od dłuższego czasu krytykują pierwotni inicjatorzy, do których przecież należy także Dieter Bingen.
Był on poprzednikiem Loewa w funkcji dyrektora DPI. Co pokazuje, ile złych emocji, ambicji i personalnych zgrzytów wywołuje pomysł postawienia pomnika po stronie niemieckiej. A przecież jest on dodatkowo poddawany nieustannej ocenie, często równie krytycznej, po stronie polskiej.
Siedem długich lat: jak zmieniała się koncepcja upamiętnienia
Główny zarzut przeciwników oficjalnego projektu niemieckiego rządu, w jego obecnej formie, sprowadza się do pytania, czy da się go w ogóle zrealizować.
Od kiedy pierwotni inicjatorzy w 2017 r. zaczęli przekonywać do postawienia pomnika, kolejne i coraz bardziej zinstytucjonalizowane gremia zaczęły dodawać nowe elementy. W końcu wykrystalizowała się forma Domu Polsko-Niemieckiego: instytucji i budynku, którego główną częścią będzie wystawa dotycząca głównie czasu okupacji Polski przez Niemcy w okresie 1939-45.
Na pewnym etapie prac niemal zupełnie zamazała się pierwotna idea samego pomnika. To wówczas doszło do rozłamu i niemal otwartego konfliktu między piątką inicjatorów a organizacjami przygotowującymi projekt na zlecenie rządu Niemiec.
Dopiero zdecydowane naciski polskiej dyplomacji – jeszcze za czasów rządu Prawa i Sprawiedliwości, ale i po zeszłorocznej zmianie rządu w Warszawie – doprowadziły do tego, że po stronie niemieckiej na powrót zaczęto podkreślać znaczenie wzniesienia monumentu.
W czerwcu strona niemiecka przygotowała projekt realizacji całego zadania. To nad tym dokumentem miał w grudniu debatować Bundestag, a głosowanie było wstępnie zaplanowane na marzec 2025 r.
Przedstawiono w nim trzy filary przyszłej instytucji: pomnik, wystawę i elementy edukacyjne jako wspierające całość. W planach uwzględnia się budowę budynku za ok. 72 mln euro i roczne koszty działalności instytucji na poziomie 5,8 mln euro.
Gdzie dokładnie w Berlinie taki budynek mógłby powstać? Tego jak dotąd nie udało się ustalić. Nieoficjalnie od dłuższego czasu wskazuje się na teren, gdzie wcześniej stała wspomniana już Opera Krolla. To niedaleko od Urzędu Kanclerskiego.
W Berlinie są już trzy polskie instytucje, które organizują panele, wystawy i koncerty
W międzyczasie wśród polskich ekspertów zaczęto sobie zadawać pytanie, na ile cała ta instytucjonalna otoczka pomnika jest nam potrzebna? W projekcie realizacji czytamy, że Dom Polsko-Niemiecki będzie też miejscem koncertów, spotkań naukowców czy prezentacji książek polskich autorów. Tymczasem w Berlinie już teraz działają polskie instytucje, które się tym od dawna zajmują.
I tak, polską perspektywę historyczną od kilku lat z dużymi sukcesami promuje berliński oddział Instytutu Pileckiego. Z kolei od strony kulturalnej temat stosunków polsko-niemieckich, także tych historycznych, porusza Instytut Polski, który po zmianach personalnych obudził się z programowego snu, w jaki zapadł za rządów PiS. Działa też Centrum Badań Historycznych PAN w dzielnicy Pankow. To wszystko finansowane jest z polskiego budżetu.
Z drugiej strony: trudno zlekceważyć możliwość powstania dużej instytucji i wystawy poświęconej Polsce w centrum niemieckiej stolicy, miasta odwiedzanego przez miliony turystów.
Co na to pełnomocnik polskiego rządu?
O polskie stanowisko pytamy Krzysztofa Ruchniewicza, rządowego pełnomocnika ds. polsko-niemieckich, który niedawno został też powołany na dyrektora Instytutu Pileckiego.
Ruchniewicz przyznaje, że w ostatnich miesiącach miało miejsce wiele spotkań strony polskiej z politykami niemieckimi z różnych opcji politycznych. Celem było przekonanie Niemców do pomnika poświęconego ofiarom III Rzeszy w centrum Berlina.
– Strona polska uznaje, że jest on priorytetowy – mówi Ruchniewicz. – Teraz rzeczą ważną będzie o tym projekcie przypominać i w chwili, kiedy dojdzie do stworzenia nowego rządu, wrócić do tej sprawy.
Jednocześnie Ruchniewicz wyraża poparcie dla spontanicznego pomysłu wzniesienia prowizorycznego pomnika: – To dobrze, że mamy takie przykłady, że ta problematyka polsko-niemiecka, zwłaszcza kwestia upamiętnienia polskich ofiar III Rzeszy, nie jest niemieckiemu społeczeństwu obojętna.
– Traktuję też ten pomysł jako niemiecki symboliczny wyrzut sumienia. Osoby, które będą przechodzić obok, będą mogły się zastanowić: czy tylko na tyle nas stać, żeby w taki sposób upamiętnić ten ogrom zbrodni i zniszczeń, których dokonano w imię Niemiec podczas II wojny światowej? Być może stanie się to bardzo dobrym punktem wyjścia do dalszych dyskusji i przypominania o konieczności ufundowania właściwego pomnika – zauważa pełnomocnik polskiego rządu.
Niewątpliwie wszyscy mają wiele dobrych chęci
Inaczej Peter Oliver Loew: on do pomysłu „alternatywnego” pomnika odnosi się sceptycznie. Uważa, że taka inicjatywa prawdopodobnie odniosłaby sukces w roku 2017 lub 2018, gdy inicjatorzy po raz pierwszy upublicznili swój pomysł.
– Ale teraz oczekiwania zarówno w Polsce, jak i w Niemczech są znacznie większe. Chodzi o to, aby Niemcy jako państwo stworzyły miejsce pamięci o godnym i reprezentatywnym charakterze. W obliczu tych oczekiwań obawiam się, że prywatna inicjatywa o bardzo okrojonej formie artystycznej nie przyniesie takiego efektu, jaki mógłby przynieść prawdziwy pomnik – uważa Loew.
– Oczywiście, trzeba mieć w szufladzie plan B i plan C. Wtedy zawsze można sprawdzić, czy inicjatywa społeczeństwa obywatelskiego, wspierana przez sponsorów z sektora publicznego, państwowego, ale też prywatnego, może być alternatywnym scenariuszem. Ale jeszcze nie dotarliśmy do tego punktu – uważa dyrektor DPI.
– Ten Dom Polsko-Niemiecki to niezwykle trudny, ale i ekscytujący projekt. I jeśli uda nam się go zrealizować, stworzymy coś wspaniałego i nowego, co może naprawdę doprowadzić do poprawy naszych relacji. Nadal uważam, że jego utworzenie powinno pozostać kluczowym projektem niemieckiego rządu – dodaje Loew i gdy o tym mówi, czuć jednak emocje. Widać, że mu na tym zależy.
I to jest najtrudniejsze w osądzie całego zamieszania wokół pomnika i instytucji Domu Polsko-Niemieckiego: że z pewnością wszyscy mają wiele dobrych chęci.
Dalsze decyzje w rękach chadeków
Lutowe wybory do Bundestagu wygra bez wątpienia chadecja (CDU/CSU). Niezależnie, jaką koalicję utworzy, to przede wszystkim chadecy będą decydować, co zrobić z planami upamiętnienia polskich ofiar.
– Jestem zdecydowanym zwolennikiem oddzielenia pomnika od całości projektu, zgodnie z oczekiwaniami w Polsce – mówi nam Knut Abraham. Polityk CDU, zanim w 2021 r. został posłem do Bundestagu, pracował jako dyplomata w ambasadzie Niemiec w Warszawie.
– Znam oczekiwania moich polskich partnerów i przyjaciół. Są one bardziej skoncentrowane na kwestiach pamięci o ofiarach. A muzeum i aspekt edukacyjny są dobre i słuszne, nie stoją w opozycji do pomnika, ale też nie powinny go blokować – uważa Abraham.
Również wobec idei „prowizorycznego” pomnika Abraham wyraża się pozytywnie. – Trzeba to tylko starannie zaplanować – zastrzega. – Żadna prywatna inicjatywa nie zastąpi państwowej woli budowy pomnika. Nawet w przypadku tymczasowego projektu państwo musi się zaangażować. To musi być poprzedzone decyzją Bundestagu.
Jakiś ciąg dalszy na pewno nastąpi…
Niemcy to nie jest dobry kraj dla rebeliantów. Wszystko tu musi być wielokrotnie omówione, opisane i przyklepane przez wszelkie niezbędne gremia. Może być więc i tak, że w nowym Bundestagu cały proces zacznie się od nowa.
Jednak byłoby lepiej, aby po lutowych wyborach niemiecki aparat państwowy w końcu stanął na wysokości zadania w sprawie pomnika polskich ofiar.
Inaczej, kto wie, może pewnej nocy ktoś dostrzeże sylwetki pięciu zamaskowanych seniorów, stawiających wysoką na prawie dwa metry kolumnę, wykonaną z dolnośląskiego marmuru na terenie byłej Opery Krolla. I ratujących w ten sposób honor własnego kraju.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















