Polski wstyd. Brak publicznych toalet zatrzymuje w domach miliony z nas

Kobiety w ciąży i matki, seniorzy, osoby z niepełnosprawnościami: mieszkańcy Polski potrzebują łatwego dostępu do wygodnej i czystej toalety. Wystarczyłyby proste decyzje.
Czyta się kilka minut
// il. Nikodem Pręgowski dla „TP"
// il. Nikodem Pręgowski dla „TP"

Co czuje krzepki czterdziestolatek krążący po ulicach w poszukiwaniu miejsca, w którym mógłby dyskretnie zmienić sobie pieluchę?

Kobieta w ciąży, planująca spacer wzdłuż linii metra po tonącym w spalinach śródmieściu stolicy, byle tylko nie oddalać się od toalety?

Młoda matka postawiona w parku przed wyborem: skorzystać z toi-toia i zostawić przed nim wózek z dzieckiem bez opieki, czy zacisnąć mięśnie i próbować wytrzymać?

Opiekun osoby niesamodzielnej, którą na przystanku pokonał czas oczekiwania na autobus i pilnie potrzebuje zabiegu higienicznego?

83-letnia samotna emerytka, która na dzień przed planowaną wizytą u lekarza przestaje pić, bo wie, że nie zdoła inaczej dotrzeć sucha do domu?

Wstyd. Właśnie to uczucie niemal każdego dnia towarzyszy milionom Polaków, którzy przed każdym wyjściem z domu muszą zadać sobie proste pytanie: czy zdążę wrócić, nim wezwie natura? 

Jak szacowała dwa lata temu fundacja „Na miejscu”, liczba dorosłych mieszkańców kraju (w wieku od 18. do 65. r.ż.) regularnie odczuwających dolegliwości związane z potrzebą częstszego odwiedzania WC, sięga obecnie 10 mln osób. W tej grupie aż 27 proc. przyznaje, że regularnie zdarza im się załatwiać potrzeby fizjologiczne pokątnie w parku, na klatce schodowej lub w piwnicy. 

Polska Anno Domini 2026, pukająca do grona dwudziestu najbogatszych gospodarek globu, jest zarazem domem przeszło 5,5 mln osób, które – jak wynika ze wspomnianego raportu – nie mają w okolicy ani jednej toalety publicznej.

Bez dostatecznej liczby WC aktywizacja seniorów pozostanie pustym hasłem

Jeżeli coś w tej sprawie może jeszcze zaskakiwać, to raczej powszechna świadomość istnienia problemu połączona z jego równie powszechnym bagatelizowaniem. Łukasz Salwarowski, prezes Stowarzyszenia Manko, które przyznaje certyfikaty gminy przyjaznej seniorom, od lat zachęca samorządowców do podjęcia sanitarnego wyzwania, tłumacząc, że bez dostatecznej liczby WC aktywizacja starszego pokolenia pozostanie pustym hasłem.

Odpowiedzi zwykle są takie same. Miasto zdaje sobie sprawę z rangi problemu, ale niestety ma pilniejsze potrzeby. Albo – jak ironizuje Salwarowski – burmistrzów i wójtów odrzuca wizja przecinania wstęgi w nowo oddanej lub wyremontowanej toalecie.

Uruchamianie odtwarzacza...

Na szczeblu centralnym władza również nie może udawać nieświadomej, bo i ją natura wzywa czasem w niesprzyjających okolicznościach. Robert Winnicki z Konfederacji relacjonował niedawno w sieci nierówny bój z nieczynną toaletą dworcową w Koszalinie. Jarosław Kaczyński dał się nieostrożnie sfilmować, jak gdzieś przy drodze, w asyście oficerów SOP, śpieszy tam, dokąd król zwykł chodzić piechotą.

Gdyby zaś politykom nie starczały w tej sprawie dowody anegdotyczne, do dyspozycji mają też dane Głównego Inspektoratu Sanitarnego za rok 2019, z których wynika, że w Polsce czekało wówczas na przechodniów 2720 całorocznych toalet publicznych – czyli średnio jedna na blisko 14 tys. osób.

Sanitarny portret Polski: jedna toaleta na 29 tysięcy osób

Ile publicznych toalet mamy dziś? Nie wiadomo. Jak tłumaczy rzecznik GIS Marek Waszczewski, po pandemii w kolejnych edycjach raportu o stanie sanitarnym kraju postanowiono nie wracać do tematu. W redakcji „Tygodnika Powszechnego” postanowiliśmy jednak odnaleźć termometr, który próbowano stłuc, i do 30 największych polskich miast, w których mieszka łącznie blisko 10 mln osób, wysłaliśmy pytanie o liczbę sanitariatów zapewnianych przez samorząd. Przez blisko miesiąc doczekaliśmy się 18 odpowiedzi.

Gdyby średnią z zebranych danych uznać za miarodajną dla całego kraju (w miastach, które nie zlekceważyły naszego pytania, mieszka łącznie blisko 4,7 mln osób), oznaczałoby to, że czynna cały rok toaleta przypada przeciętnie na 29,4 tys. osób. A to by oznaczało, że na przestrzeni zaledwie siedmiu lat od raportu GIS z 2019 r. dostępność toalet publicznych zmniejszyła się przeszło dwukrotnie!

Skala może być mniejsza, ale sam trend wydaje się prawdopodobny. Samorządy mają coraz większe problemy budżetowe, bo władza centralna w ostatnich latach zwalała im na głowy kolejne zadania bez zapewnienia odpowiedniego finansowania. Pokusa zamknięcia lub ograniczenia dostępu do „nierentownych” toalet mogła być tym silniejsza, że w międzyczasie przyszła pandemia i lockdown zepchnął mieszkańców miast do domów.

Życie do dzisiaj nie wskoczyło w stare koryta. Część firm nadal praktykuje pracę w modelu hybrydowym. Wiele spraw urzędowych, wcześniej wymagających osobistego stawiennictwa, da się załatwić bez wychodzenia z domu. Lekarze pogodzili się z instytucją teleporady. W takim świecie łatwo znaleźć argumenty za likwidacją darmowego sanitariatu.

Którędy do toalety? Dlaczego pozytywne inicjatywy nie zyskują rozgłosu

Rzecz jasna, w wielu miejscach stan faktyczny jest lepszy od obrazu statystycznego. Miasta często wspomagają się umowami z lokalami gastronomicznymi i punktami usługowymi, które w zamian za ulgi w czynszu muszą oferować bezpłatny dostęp do własnej bazy sanitarnej. Inna sprawa, że w wielu przypadkach kończy się na zapisie, bo właściciel lokalu nie wywiesza stosownej informacji.

// il. Nikodem Pręgowski dla „TP"

Sama liczba toalet w przeliczeniu na mieszkańców również nie mówi wszystkiego o realnym zapotrzebowaniu. Tam, gdzie ludzi jest najwięcej, musi być też więcej sanitariatów. Przykładowo Zielona Góra, która całorocznie zapewnia mieszkańcom tylko jedną toaletę, ma w zapasie trzy kolejne, czynne od wiosny do jesieni w miejscach, w których gromadzi się najwięcej przechodniów. Jeszcze jedną, przy Placu Teatralnym, miasto otwiera z okazji organizowanych tam imprez masowych. 

Często jednak mieszkańcy nie zdają sobie sprawy, że w okolicy pojawił się taki przybytek.

Z danych NIK wynika, że trzy z czterech toalet publicznych w Polsce nie ma oznakowania umożliwiającego łatwe namierzenie.

Agnieszka Sprycha ze wspótworzącej koalicję Przewijamy Polskę fundacji Integracja, która walczy w Polsce z wykluczeniem sanitarnym osób z niepełnosprawnościami, mówi tak: – Niektóre samorządy prowadzą sensowną politykę w tym zakresie. Lublin uruchomił np. świetnie wyposażoną toaletę, do której można zjechać windą. Samorządowcy często wolą się jednak nie obnosić z takimi inicjatywami, jakby obawiali się, że zostaną wyśmiani.

W Pałacu Prezydenckim za drugiej kadencji Andrzeja Dudy powstała tzw. komfortka, pomieszczenie przystosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnościami, które nie mogą korzystać ze zwykłych toalet. Inicjatywie patronowała Agata Kornhauser-Duda, ale inne urzędy jej nie podchwyciły.

W całym kraju – jak szacuje koalicja Przewijamy Polskę, która rozpoczęła kampanię na rzecz tworzenia miejsc, w których opiekunowie osób sanitarnie niesamodzielnych mogliby pomóc swoim podopiecznym w komfortowy sposób – działa obecnie blisko 80 komfortek.

– To obiekty, które nasze stowarzyszenie skontrolowało na zaproszenie podmiotów, które je stworzyły – mówi Agnieszka Sprycha. – Ale wiemy, że może nawet drugie tyle powstało bez rozgłosu w hotelach, ośrodkach gastronomicznych i innych punktach usługowych. Ich właściciele popierają ideę, ale z sobie tylko znanych powodów nie chcą o tym mówić.

Sprawa Geerte Piening. Jak na potrzeby mieszkańców odpowiedział Amsterdam

Polsce przydałaby się Geerte Piening, czyli ktoś, kto wprowadzi temat do głównego nurtu debaty publicznej, przy okazji uświadamiając decydentom, że nie każdy wyborca jest mężczyzną. Jesienią 2015 r. 23-letnia wówczas mieszkanka Amsterdamu wracała późnym wieczorem z klubu. Natura wezwała ją, gdy miała przeszło dwa kilometry do domu. „Wszystko dokoła było już zamknięte. Nie miałam wyboru” – relacjonowała w 2025 roku w podkaście „As It Happens”.

Przyłapana na gorącym uczynku Geerte odmówiła przyjęcia mandatu za sikanie w miejscu publicznym. Sprawa trafiła do sądu, który jedynie zmniejszył jej karę ze 140 do 90 euro. Zdaniem przewodniczącego składu kobieta powinna była skorzystać z któregoś z pee curls – jak zwykło nazywać się w Holandii stawiane tam od 1870 r. żeliwne budki w kształcie beczki z pisuarem w środku. „To może mało przyjemne, ale tak się powinno robić” – orzekł sędzia. Nie pomogły tłumaczenia, że w całym Amsterdamie na 35 takich przybytków w momencie zdarzenia przypadały jedynie trzy publiczne toalety stworzone z myślą o paniach.

Sprawa Geerte Piening wzburzyła wiele środowisk, nie tylko feministycznych. W pięciu miastach Holandii odbyły się marsze i manifestacje poparcia. W sieci wzywano do oddawania moczu w przypadkowych miejscach w akcie obywatelskiego nieposłuszeństwa.

Problem najpierw dostrzegły władze dzielnicowe i dzięki temu w 2020 r. milionowy Amsterdam miał już 112 publicznych toalet, z których połowa umożliwiała komfortową ulgę w pozycji siedzącej. W końcu głos zabrali politycy. W 2024 r. rząd zobowiązał się doinwestować samorząd stolicy kwotą 4 mln euro na budowę nowych toalet publicznych.  

Analiza przypadku, zamówiona po wszystkim przez radę miasta, może stanowić inspirację i ostrzeżenie dla polskich samorządów. Amsterdam miał przepisy, które nakazywały lokowanie sanitariatów co 500 metrów. Wyzwaniem nie było nawet finansowanie, bo utrzymanie toalet pochłaniało ok. 300 tys. euro rocznie. W pewnym momencie ich sieć przestała po prostu nadążać za rozbudowującym się miastem. 

Do czasu Piening nie budziło to większych protestów. Potrzeby mieszkańców, którym toalety pozwoliłby normalnie funkcjonować w miejskiej przestrzeni, były dla urzędników niewidoczne, bo tacy obywatele dla własnego komfortu woleli nie oddalać się od domu.

„Matka Polka sika w krzakach”. Potrzeby kobiet w ciąży i po porodzie

Monika Pastuszko, antropolożka: – Gdy po raz pierwszy zaszłam w ciążę, szybko zrozumiałam, że przestrzenią, w której będę odtąd funkcjonować, nie jest już całe miasto, lecz najbliższa okolica. Nie wsiądę do autobusu i po prostu nie pojadę, dokąd chcę. Przy planowaniu trasy muszę uwzględnić, czy znajdę tam nadającą się do użytku toaletę.

Sumę doświadczeń ze specyficznej gry ulicznej, którą ciąża i wczesne macierzyństwo staje się w mieście wysokich krawężników, chodników zastawionych przez auta i nieczynnych WC, Pastuszko zebrała w książce „Matka Polka sika w krzakach”.

– W ciąży powinno się dużo pić i dużo spacerować. Ale gdy w głowie odtworzysz sobie mapę dostępnych toalet w okolicy, dochodzisz do wniosku, że najbezpieczniej będzie spacerować po swoim osiedlu, żeby na siku zdążyć do domu. Gdy już urodzisz, wcale nie jest łatwiej. Pediatrzy sugerują, by dużo czasu spędzać z dzieckiem na świeżym powietrzu. Trzeba je gdzieś przewinąć, latem można na ławce w parku, ale zimą odpada. Matce w czasie spaceru też może się zachcieć, zwłaszcza gdy karmi piersią, bo wtedy też trzeba dużo pić. Po porodzie wiele kobiet cierpi na nietrzymanie moczu. W wielu parkach i na placach zabaw nie ma tymczasem nawet toi-toia – wylicza Pastuszko.

Urinary leash, czyli „moczowa smycz” – nawet jeśli popularnego w anglosaskich naukach społecznych terminu nie traktować tak radykalnie jak badaczki, które widzą w nim stworzone z premedytacją narzędzie kontroli nad kobietami, nie sposób odmówić mu trafności opisu rozbieżności w dostępie do infrastruktury sanitarnej między płciami.

W tzw. tradycyjnym modelu rodziny, który przez stulecia dominował w kulturze europejskiej, miejsce matki było przy dzieciach. To dom, nie miasto, był też sceną dla aktu macierzyństwa. Młoda matka nie pracuje, praktycznie nie ma też czasu dla siebie, wystarczy jej więc domowa toaleta. Mężczyźni zaś poradzą sobie jakoś w mieście i bez WC.

Mniej więcej do 60. roku życia.

Toaleta zastępcza: rozwiązanie, które rodzi problemy

Rafał nie poda swojego nazwiska. Tak, zdaje sobie sprawę, że przypadłość, na którą cierpiał, w jego grupie wiekowej, czyli wśród facetów dobiegających pięćdziesiątki, nie jest rzadkością. Ale wstydzi się i tak. – Nawet dorobiłem się przez to głupiego nawyku, bo nieświadomie dotykam się w kroczu, żeby sprawdzić, czy wszystko gra. Żona próbowała obrócić problem w żart i nazywała to „kroplą z morza potrzeb”, ale mnie to nie bawiło – zaznacza.

Cztery lata temu covid zaostrzył mu cukrzycę, która z kolei doprowadziła do poliurii, czyli zwiększonego pragnienia połączonego z koniecznością bardzo częstego sikania. – Bywały dni, kiedy do toalety musiałem w zasadzie co kwadrans, ale zwykle goniło mnie z częstotliwością mniej więcej raz na godzinę-półtorej. Najgorsze, że silne parcie pojawiało się nagle. Raz na stacji benzynowej prawie wypchnąłem chłopa z kabiny. Zdarzało mi się nie donieść. Dlatego z domu nie wychodziłem już bez pieluchomajtek.

Rafała najbardziej wkurzają toi-toie, czyli – jak mówi dosadnie – toaleta na odp*rdol, żeby tylko odnotować w statystykach, że jest się gdzie załatwić.

– Spróbuj się w tym przebrać, zmienić pieluchę czy umyć po większej awarii – wylicza. – Kiedyś musiałem pojechać do starostwa powiatowego. Dzwonię wcześniej, jak zwykle, żeby się upewnić, czy mają sprawne WC. Pani na centrali mówi, że tak. Zajeżdżam i już na parkingu widzę rząd plastikowych budek. Łazienki dla petentów w remoncie, a do tej dla personelu nie wpuszczają. Do domu wróciłem z mokrym tyłkiem.

W odpowiedziach, które otrzymaliśmy z 18 miast, przenośne toalety były wymieniane często jako pełnoprawna alternatywa dla obiektów stacjonarnych. W niektórych ośrodkach, zwłaszcza turystycznych, przeszło połowę bazy sanitarnej stanowiły właśnie przenośne WC.

Tymczasem dla ok. 5 mln Polaków, którzy – jak Rafał – cierpią na choroby związane z zaburzeniami oddawania moczu, i dla blisko 3,5 mln kolejnych, którzy zmagają się z zespołem jelita drażliwego, toi-toi to żadna alternatywa: nie pozwala na nic poza zrealizowaniem potrzeb fizjologicznych.

Na niewiele zda się także ponad 200 tys. kobiet, które co roku zachodzą w Polsce w ciążę i prędzej zrezygnują z wyjścia z domu, niż skorzystają z tak niehigienicznego miejsca. Dodajmy jeszcze ok. 4 mln seniorów po 75. roku życia, którym w plastikowym kontenerze może być trudno się rozebrać. I wreszcie – jakieś 150 tys. osób wymagających asystencji przy czynnościach fizjologicznych.

Rzecz jasna każda z tych grup może mieć wspólny podzbiór z innymi, ale i tak mówimy o milionach mieszkańców Polski, którzy do godnego życia potrzebują łatwego dostępu do wygodnej i czystej toalety.

A przede wszystkim – otwartej.

Petycja o otwarcie wszystkich dworcowych toalet w kraju

Kraków. Przychodnia z kontraktem NFZ nieopodal Wawelu. Godziny wczesnowieczorne, placówka działa już w trybie pomocy nocnej i świątecznej. Na drzwiach toalety z dala widać kartkę z lakoniczną informacją, że „klucz w rejestracji”. Pielęgniarka podaje go bez słowa. 

– Tylko potem od razu zamknąć i odnieść z powrotem – odzywa się w końcu tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Właściwie dlaczego w publicznej przychodni toaleta jest zamknięta na klucz?

– Bo żule wchodzą z ulicy – wyjaśnia.

Zawsze jest jakieś „bo”. Osoby w kryzysie bezdomności – jakby wraz z dachem nad głową traciły też prawo do resztek intymności i były odtąd skazane na załatwianie się pod krzakiem. Przepisy – bo w zakładzie pracy trzeba np. wygospodarować kącik socjalny, a do tego najlepiej nadaje się przecież publiczna toaleta, z którą tylko utrapienie i koszty. W raporcie „Załatw to na Mieście” fundacji „Na miejscu” aż 46 proc. ankietowanych zadeklarowało, że odmówiono im dostępu do sanitariatu w lokalu gastronomicznym lub w urzędzie.

Wreszcie – bo trzeba dochować „należytych standardów”. W trosce o takowe publiczna spółka PKP rozpisała przetargi na obsługę przydworcowych toalet, które dzięki temu będą świecić czystością. Rzecz jasna, nie za darmo. Średnia stawka za wizytę w dworcowym sanitariacie oscyluje obecnie w przedziale 4-5 zł. Na niektórych bezpłatny wstęp daje ważny bilet na pociąg, ale wszystko zależy od warunków kontraktu.

PKP – jak informuje rzecznik spółki – zastrzegło w przetargu maksymalną cenę za skorzystanie z dworcowego sanitariatu i zakreśliło warunki, które najemca musi zapewnić w zakresie czystości i bezpieczeństwa przybytku. Dokumentacja przetargowa najwyraźniej milczy jednak o konieczności zabezpieczenia wstępu osobom z niepełnosprawnościami, bo wejścia do niektórych dworcowych toalet strzegą automaty na bilon zawieszone na wysokości zaporowej dla kogoś, kto porusza się na wózku.

W 2024 r. fundacja Dobre Państwo skierowała do Sejmu petycję o otwarcie wszystkich dworcowych toalet w kraju. Autorzy pisali, że pobieranie opłat za wstęp jest żerowaniem na ludzkiej fizjologii, a związek między odpłatnością a czystością można włożyć między bajki. Jako przykład dla PKP wymieniono m.in. warszawskie metro, które na niemal każdej stacji zapewnia pasażerom darmowe i czyste sanitariaty. 

Sejmowa komisja zleciła „analizy przedmiotowe w kontekście funkcjonowania infrastruktury dworcowej” i na tym się na razie skończyło. Państwo polskie – to nie ironia, lecz stwierdzenie – ma na głowie ważniejsze sprawy. Zaskoczeniem może być tylko to, że tak prozaicznego problemu nie da się rozwiązać na niższym szczeblu.

Toalety publiczne to inwestycja, nie koszt

Nie da się wykluczyć, że będzie on tylko narastać. Myśleniem o przestrzeni publicznej w Polsce zbyt często rządzi bowiem prymitywny rachunek ekonomiczny. Cokolwiek w niej funkcjonuje, powinno w pierwszej kolejności „zarabiać na siebie”. W ostateczności – wychodzić na zero. Szpitale zdążyły więc obrosnąć płatnymi parkingami za szlabanem. To samo dzieje się pod urzędami, zwłaszcza w miastach, gdzie znalezienie miejsca do zaparkowania graniczy z cudem, nawet jeśli w okolicy działa strefa płatnego postoju.

Stąd już w zasadzie kroczek do pomysłu, ażeby wewnątrz budynku pobierać opłaty także za korzystanie z toalet. O tym, że to scenariusz bynajmniej nie teoretyczny, świadczy komunikat Rzecznika Praw Pacjenta, który w 2022 r. musiał przypomnieć kontraktorom NFZ, że nie wolno im nakładać na pacjentów dodatkowych opłat np. za zużytą energię elektryczną albo za dostęp do szpitalnej infrastruktury, takiej jak kąciki kuchenne i łazienki.

W rachunku ekonomicznym liczy się zysk. Dla państwa, które swoją politykę społeczną opiera na trzech filarach, czyli wspieraniu dzietności, usamodzielnianiu osób z niepełnosprawnościami i aktywizacji seniorów, utrzymywanie dostatecznie gęstej sieci publicznych toalet powinno być inwestycją, nie kosztem.

Prof. Paweł Kubicki, socjolog badający miejskie polityki społeczne, uważa, że najwięcej będzie tu zależeć od elastyczności i innowacyjności samorządów. Nie trzeba przecież budować nowych sanitariatów. Można lepiej pozarządzać tymi, które istnieją.

– Coraz mniej liczne roczniki dzieci w wieku szkolnym sprawiają, że w wielu podstawówkach już koło czternastej zamiera życie. Udostępnienie toalet w szkole osobom postronnym w godzinach lekcyjnych jest oczywiście niewykonalne, ale co stoi na przeszkodzie, żeby po południu, aż do godzin zamknięcia instytucji publicznych, służyły one nie tylko uczniom? To samo dotyczy miejskich bibliotek, świetlic środowiskowych, które często kończą pracę o 15. Dlaczego w muzeach i galeriach wstęp do toalet znajduje się zwykle w strefie dostępnej jedynie z biletami? – wylicza Kubicki.

Te ograniczenia można znieść prostymi decyzjami administracyjnymi. Trudniejsza będzie sama zmiana nastawienia do problemu, który wciąż zbyt często uchodzi za niszowy, wstydliwy bądź po prostu śmieszny –  ale i to musi nastąpić. Oczekiwanie, że dwudziesta gospodarka świata zbuduje zaplecze sanitarne odpowiadające założeniom jej własnej polityki społecznej, nie jest chyba na wyrost.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Pilna potrzeba i polski wstyd