Protest osób z niepełnosprawnościami: Zaniedbani w stopniu znacznym

Głodowa renta, o której podwyższenie walczą przy Wiejskiej, to ledwie jeden z punktów na długiej liście win III RP wobec osób z niepełnosprawnościami i ich opiekunów. Oto jak Polska systemowo wpędza tę grupę w toksyczną zależność od innych.

13.03.2023

Czyta się kilka minut

Drugi dzień protestu osób z niepełnosprawnościami i ich opiekunów w Sejmie. Warszawa, 7 marca 2023 r. / JACEK SZYDŁOWSKI / FORUM
Drugi dzień protestu osób z niepełnosprawnościami i ich opiekunów w Sejmie. Warszawa, 7 marca 2023 r. / JACEK SZYDŁOWSKI / FORUM

Dzwonię tuż przed południem, w trzecim dniu protestu. Odpowiada mi gwar sejmowego korytarza, a dopiero po chwili głos Alicji Jochymek, która co jakiś czas będzie robiła pauzę. – Tak, jest przy mnie Kinga, innej opcji nie ma – uśmiecha się Jochymek, jedna z kilkanaściorga osób okupujących sejmowy korytarz.

Kinga to jej dorosła córka, której od dwudziestu pięciu lat, a więc od narodzin, Alicja nie może odstąpić na krok – wtargnie nawet z zawadiackim uśmiechem w zasięg kamery TVN24 filmującej na żywo wypowiedź matki, naśladując jej gestykulację.

– Śpimy na materacach, pod kocami, blisko siebie – opowiada Alicja Jochymek, gdy łączymy się ponownie w ostatnią niedzielę (gdy oddawaliśmy ten tekst do druku, protest nadal trwał). – Niedaleko są stanowiska dziennikarskie, ale dziennikarzy nie ma, bo jest weekend, a straż marszałkowska utrudnia dostęp do nas. Nas też próbowali wykurzyć. Np. niedawno proponowali nam przejście do domu poselskiego. Wiemy, że jak tam pójdziemy, to już nie wrócimy. A my chcemy tu być, aż ktoś decyzyjny obieca nam podwyższenie renty socjalnej do poziomu minimalnej krajowej płacy.

Jochymek z córką protestują po raz trzeci. Ich historia, a także historia ich wspólnych wypraw na Wiejską wiele mówi o problemach tej grupy społecznej w Polsce. I o biciu głową w mur – głównie ten stawiany przez polityków.

Zła zmiana

„Córka będzie »roślinką«, sama pani rozumie, jak dużo się pani przy niej napracuje” – słyszy od lekarki ćwierć wieku temu. Lekarka się myli: Kinga będzie miała uszkodzenie mózgu i niepełnosprawność intelektualną, ale będzie też w pełni uczestniczyć w codziennym życiu. – Jest pogodna, uśmiecha się, rozpoznaje bliskich. A tu, na Wiejskiej ma koleżankę, cierpiącą na porażenie mózgowe córkę znajomych, którzy też przyjechali protestować – opowiada Jochymek.


CZYTAJ TAKŻE

PROTEST OSÓB Z NIEPEŁNOSPRAWNOŚCIAMI: RZĄD OBIECUJE, WALKA TRWA >>>


Ich pierwszy protest to rok 2014, jeszcze za rządów Platformy Obywatelskiej. Przy Wiejskiej Kinga i Alicja spędzają dwie noce i trzy dni. Dzięki oddźwiękowi społecznemu protestów – z dobrym skutkiem. „O tym, że Donald Tusk, mimo początkowej niechęci do ustępstw, zgodził się na stopniową podwyżkę świadczenia dla opiekunów do poziomu 1477 złotych, dowiedziałam się już z telewizji. Miałam poczucie, że zwyciężyłyśmy. Wtedy nie było też takiej frustracji jak w 2018 roku: nikt nas w Sejmie nie upokarzał, nikt nie mówił, że robimy z dzieci »żywe tarcze« albo że na sejmowym korytarzu śmierdzi” – wspominała Jochymek, gdy rozmawialiśmy pięć lat temu.

Ten drugi protest był już za rządów PiS. I znowu odniósł częściowy sukces, w postaci podwyżki renty socjalnej, a także precedensowego rozgłosu, który część komentatorów skłonił wówczas do śmiałego wniosku, że w mentalności Polaków, a co za tym idzie w podejściu polityków do tematu niepełnosprawności dokonała się trwała zmiana.

Chyba nie do końca, skoro Jochymek ponad tydzień temu spakowała walizkę dla siebie i córki, a następnie przyjechała spod Krakowa do Warszawy, by spędzić kolejne noce na materacu. – Jeśli cokolwiek, to na gorsze – mówi, gdy pytam, co w ich życiu zmieniło się przez te pięć lat od ostatniego protestu. – Po pierwsze, Kinga skończyła już edukację szkolną. Teraz ma zajęcia w środowiskowym domu samopomocy. A że jest tam wielu chętnych, to jesteśmy na liście rezerwowej i Kinga może spędzać w tym miejscu tylko dwa lub trzy dni w tygodniu. Po drugie, wszystko jest dziś droższe, a świadczenia niskie.

Minister nie chce na materacu

Sprawa, o którą walczą w Sejmie, na pozór nie należy do najpilniejszych. Choćby dlatego, że rentę socjalną pobiera niecałe 300 tys. osób, zaś wszystkich z niepełnosprawnościami jest co najmniej dziesięciokrotnie więcej. Gdyby do grupy tej zakwalifikować wyłącznie osoby z prawnie stwierdzonymi ograniczeniami, doliczylibyśmy się ponad trzech milionów. Gdyby zaś dodać tych, którzy nie widnieją w żadnych państwowych rejestrach, za to w różnych badaniach deklarują niepełnosprawność, liczba mogłaby urosnąć nawet do ponad siedmiu milionów.

Dlaczego zatem akurat renta socjalna znalazła się na sztandarze? Najprostsza odpowiedź brzmi: bo właśnie rodzice (głównie matki) zwykle dorosłych już teraz osób, które to świadczenie pobierają, znalazły w sobie determinację, by w roku 2014, 2018 i teraz przypuścić szturm na Sejm. Renta socjalna (nie mylić z rentą z tytułu niezdolności do pracy, pobieraną przez dorosłych, którzy już w trakcie pracy utracili zdolność do zarobkowania) przysługuje tym, którzy stali się niepełnosprawni przed 18. rokiem życia, ewentualnie później, ale nadal w trakcie nauki szkolnej lub akademickiej.

– W Polsce nie da się inaczej skutecznie protestować – mówi dr hab. Paweł Kubicki, ekonomista SGH, badacz m.in. polityki publicznej wobec niepełnosprawności. – W tej sprawie tylko protest sejmowy ściąga uwagę mediów, a tylko media ściągają uwagę polityków. Polska polityka społeczna ma charakter interwencyjny i reaktywny: politycy przyjeżdżają, gaszą, a potem odjeżdżają. Żeby przyciągnąć uwagę, nie sposób formułować może nawet pilniejszych, ale bardziej skomplikowanych postulatów – nie zmieszczą się ani na sztandarze, ani w prasowym leadzie, ani w telewizyjnej „setce”. Zresztą do władzy, a w szczególności do obecnej władzy właśnie tego rodzaju postulat najlepiej trafia: potrzebujemy żywej gotówki. W tym sensie ten rząd staje się ofiarą własnego sposobu rozwiązywania problemów: dosypujemy gotówkę bądź stwarzamy nowe świadczenie. Z tego punktu widzenia obecny protest jest racjonalny.

Nie dla przedstawicieli rządu. „Nie będę prowadzić rozmów w warunkach szantażu politycznego, czyli na korytarzu sejmowym, na materacu” – mówił w zeszłym tygodniu w studiu PAP Paweł Wdówik, wiceminister rodziny i polityki społecznej. I dodawał, że rozmawiać trzeba z osobami niepełnosprawnymi, „a nie z politykami”. Strategia PiS jest więc czytelna: podkreślając partyjny background sejmowego protestu (liderka pikiety Iwona Hartwich jest dziś posłanką KO), podzielić wewnętrznie środowisko. – Powiem najkrócej tak, jak mówi siostra Małgorzata Chmielewska o swoim adoptowanym synu Arturze: nasze dzieci nie są polityczne – komentuje słowa Wdówika Alicja Jochymek.

Szanse na spełnienie postulatu protestujących nie są duże. Raz, że podwyżka renty socjalnej z obecnych ponad 1500 zł brutto do poziomu minimalnej płacy, a więc niemal 3,5 tys. brutto kosztowałaby państwo kilka miliardów złotych. Dwa, że taka zmiana – podniesienie jednej renty, a pozostawienie na niezmienionym poziomie innych świadczeń – mogłoby zostać uznane za niekonstytucyjne. – Nawet jednak, gdyby konstytucjonaliści nie podnieśli dyskusyjności takiego rozwiązania, nadal mielibyśmy problem, tym razem społeczny – dodaje prof. Kubicki. – Na tym samym poziomie co renty socjalne mamy minimalne renty z tytułu niezdolności do pracy oraz emerytury. Obie te grupy mogłyby całkiem słusznie zapytać, dlaczego rząd nie może także im podwyższyć świadczeń.

Oto być może jedyny wspólny mianownik dla osób z tej wielomilionowej, zróżnicowanej grupy Polaków (dzieci i seniorów; niepełnosprawnych ciężko i lżej; fizycznie i intelektualnie; przykutych do łóżek i pracujących): w naszym kraju niepełnosprawność równa się ubóstwo bądź co najmniej statystycznie większe ryzyko popadnięcia w ten stan. Wśród osób w wieku produkcyjnym ze stwierdzonymi prawnie ograniczeniami zarabia na siebie ledwie ok. 29 proc. (patrz: ramka). Pozostali utrzymują się z różnych świadczeń: jedni pobierają zasiłek dla bezrobotnych, inni wspomniane, bardzo niskie renty, jeszcze inni emerytury. Są też i skazani na łaskę lub niełaskę pomocy społecznej.

GUS podaje, że skrajne ubóstwo, oznaczające wręcz zagrożenie zdrowia i życia, dotyczyło w 2021 roku 7 proc. polskich gospodarstw z co najmniej jedną osobą posiadającą orzeczenie o niepełnosprawności, podczas gdy w gospodarstwach bez takich osób ten sam wskaźnik wynosi 4 proc. Na ten problem zwraca też uwagę cykliczny raport o biedzie Szlachetnej Paczki. „Co piąta włączona do SP rodzina – piszą autorzy edycji wydanej w zeszłym roku – w której występuje choroba lub niepełnosprawność, nie jest w stanie pokryć wszystkich niezbędnych wydatków na leki”.

Bo niepełnosprawność to też wyższe koszty życia. Rodzina protestujących w Sejmie państwa Jochymków może mówić o relatywnym szczęściu – pracę ma mąż Alicji. Ale już ona, by dostać świadczenie dla opiekuna, i by zająć się córką, musiała zrezygnować z zarobkowania. – Koszty są gigantyczne – mówi kobieta. – Jeden turnus rehabilitacyjny to co najmniej kilka tysięcy złotych, godzina rehabilitacji w naszym rejonie nawet 300 zł. Do tego utrzymanie drugiego dziecka, no i rosnące stale koszty życia.

Nieistniejące fundamenty

Co nie zmienia faktu, że na liście zaniedbanych w III RP spraw dotyczących tej grupy wysokość samej renty może się jawić jako drobiazg. Prof. Kubicki, gdy pytam go o te inne kwestie, mówi o nieistniejących bądź nieukończonych przez te ponad trzy dekady fundamentach.

Pierwszy, mentalny: edukacja. – Chodzi o przyzwyczajanie ludzi młodych do życia obok osób z niepełnosprawnościami, co nie może w Polsce nastąpić bez dobrej edukacji włączającej – mówi prof. Kubicki, mając na myśli udział osób m.in. z niepełnosprawnościami w szkołach ogólnodostępnych i oddziałach integracyjnych. – Najmocniejszy komunikat obecnej władzy, a w zasadzie najbardziej prominentnych jej przedstawicieli, jak małopolska kuratorka Barbara Nowak czy urzędnicy ministerstwa edukacji brzmi: umacniajmy szkolnictwo specjalne. I ten komunikat sam w sobie nie jest jeszcze taki zły, bo szkolnictwo specjalne jest niekiedy potrzebne, tylko po przecinku idzie przekaz drugi: że edukacja włączająca jest dobra dla nielicznej części niepełnosprawnych dzieci. To zła wiadomość, bo jeśli większość młodych ludzi pozna osoby z niepełnosprawnościami tylko w podręcznikach, to w dorosłym życiu nie będą się z nimi dobrze czuli, nie będą ich zatrudniać lub z nimi pracować.

Fundament drugi, systemowy: klarowne orzecznictwo. – To obecne generuje chaos skutkujący tym, że choć możemy policzyć osoby z danym orzeczeniem, to nie wiemy, jakie mają potrzeby – mówi ekonomista SGH.

Dziś ten skomplikowany system podzielony jest na podsystemy. Dwa najważniejsze, nie licząc tego na potrzeby szkolnictwa, to rentowy i pozarentowy. Pierwszy, prowadzony głównie przez lekarzy orzeczników i komisje ZUS, decyduje o niezdolności do pracy – a więc o przyznawaniu rent. W 2021 r. wśród nieco ponad 700 tys. osób ubezpieczonych w ZUS i posiadających orzeczenie co dziesiąty miał znaczny stopień niepełnosprawności, 60 proc. umiarkowany, a ok. 30 proc. – lekki.

Z kolei dokument z drugiego systemu, prowadzonego przez powiatowe i wojewódzkie zespoły ds. orzekania o niepełnosprawności, może dać możliwość otrzymania dodatkowych form pomocy – np. przywilejów pracowniczych, rehabilitacji społecznej, ulg podatkowych czy zniżek w opłatach. I dostęp do usług socjalnych, opiekuńczych, a także uprawnienia do świadczeń rodzinnych czy zasiłku stałego z pomocy społecznej.

– Problem w tym, że te dwa systemy nie są, mówiąc delikatnie, elastyczne – komentuje prof. Kubicki. – Np. trzy stopnie niepełnosprawności, które ustala się dla osób powyżej 16. roku życia, są tak pojemne, iż mieszczą w sobie trudne do porównania życiowe sytuacje. To oznaczać może np. osobę potrzebującą wsparcia innych 24 godziny na dobę, jak i kogoś aktywnego zawodowo i relatywnie dobrze radzącego sobie z codziennymi czynnościami. Bez zmiany systemu na taki, który będzie precyzyjniej diagnozował potrzeby, nie będziemy w stanie efektywnie pomagać.

Wreszcie fundament trzeci, najważniejszy, a dający się sprowadzić do najprostszego hasła: niezależnego życia. W polskich warunkach niezależnego głównie od własnej rodziny lub całodobowej placówki – dziś ci z najcięższymi niepełnosprawnościami, wymagający codziennej pomocy, stają często przed dramatycznym wyborem: opieka krewnego bądź DPS. By się to zmieniło, potrzebnych jest wiele elementów – prof. Kubicki wymienia np. mieszkalnictwo wspomagane (dzięki wsparciu i wyposażeniu mieszkań można pozostać w swoim środowisku lokalnym) i budżet osobisty (suma środków, jakie państwo przekazuje z przeznaczeniem np. na usługi wspierające), o ile oczywiście niemożliwa jest praca zarobkowa.

Jest też i inna zmiana, zapowiadana przez władze od dawna – wprowadzenie do polskiego systemu asystencji osobistej. Gdyby w końcu stała się faktem, w życiu wielu Polaków można by mówić o rewolucji.

Jan Kowalski chce żyć

Proszę Adama Zawisnego, wiceprezesa Stowarzyszenia Instytut Niezależnego Życia, od lat propagatora tej zmiany, by wyjaśnił, czym jest asystencja osobista, na przykładzie konkretnej historii.

Jan (imię zmienione), 35 lat, mieszka w małej miejscowości z rodzicami. Niepełnosprawność ruchowa, korzysta z wózka, nie mówi: komunikuje się za pomocą specjalnego systemu AAC wspierającego niewerbalny przekaz. Dzięki wsparciu i technologiom nauczył się dobrze radzić z komputerem. Teoretycznie mógłby wychodzić do świata, ale nie bardzo ma jak. Byłby w stanie pracować (tworzy grafiki, obsługuje media społecznościowe), a jednak zasila grono bezrobotnych. Jego ojciec nadal pracuje, matka pobiera świadczenie pielęgnacyjne. Rodzice to dlań jedyne wsparcie, ale ograniczone – po 30 latach dźwigania Jana ich siły i zdrowie zdążyły się nadwyrężyć. Jan jest więc jak przyspawany do mieszkania. I do rodziców – a oni do niego.

– Asystent osobisty to taki „cień, który pomaga wyjść z cienia”, wspierający we wszystkich czynnościach i niwelujący bariery – tłumaczy Zawisny. – To osoba zatrudniona na umowę, której pracą kieruje osoba z niepełnosprawnością w ustalonym wcześniej, miesięcznym wymiarze czasu, przy pomocy której mógłby jeździć do pracy i z pracy, wyjść do kina, pojechać na rehabilitację, spotkać się ze znajomymi. I zamieszkać sam, znaleźć „drugą połówkę”, bo przecież jest dorosłym mężczyzną. Dzięki temu byłby bardziej spełniony, szczęśliwszy, a przy okazji odprowadzałby podatki. Nie robi tego, bo polskie państwo od lat wpędza osoby z niepełnosprawnościami i ich bliskich w toksyczny uścisk, uzależniając ich od siebie nawzajem.

Asystencja osobista to norma w wielu krajach Europy. I to nie tylko tej zachodniej – jak mówi wiceprezes INŻ – w Słowenii osoby z niepełnosprawnościami mają średnio 300 godzin miesięcznie wsparcia. W Polsce ta instytucja też już działa – ale na razie tylko na zasadzie trwających przez niecały rok projektów, dostępnych nie wszędzie, nie dla wszystkich, według różnych zasad w różnych samorządach i zwykle w wymiarze godzinowym znacznie niższym, niż jest potrzebny.

– Moja Kinga nie ma asystenta – słyszę od Alicji Jochymek – więc to ja jestem z nią 24 godziny na dobę. Nie umie czytać, pisać, może coś ewentualnie oglądać, ale i tak trzeba jej niemal ciągle organizować czas. Dlatego nie odstępujemy się nawet na krok.

Co dał asystent tym, którzy już z jego lub jej usług korzystali? Adam Zawisny udostępnia mi, zmieniając imiona, ankietowe wypowiedzi uczestników programu „Asystent osobisty osoby niepełnosprawnej”.

Małgorzata, adwokat, osoba niewidząca: „Bez niego nie byłabym w stanie prowadzić kancelarii. Asystent jest moimi oczami, przewodnikiem. Wykonuje moje polecenia, ale też, znając już moje potrzeby, udziela mi informacji, np. na temat elementów otoczenia, których nie widzę”.

Stanisław, ojciec Jakuba z niepełnosprawnością intelektualną: „Mój dorosły syn przez 32 lata był tylko w towarzystwie moim i żony. Ale my już nie mamy tyle siły, aby chodzić z nim na spacery i wycieczki (...) Ma asystenta osobistego, który z nim spędza dużo czasu i organizuje mu atrakcje (...) Jeżdżą na wycieczki, chodzą do kina i na imprezy sportowe. Syn bardzo lubi być z asystentem, jest szczęśliwy, jak on przychodzi. Teraz dopiero może żyć chociaż trochę samodzielnie i bez rodziców”.

Violetta, mama 14-letniej Poli: „Córka ma niepełnosprawność słuchu, asystentka posługuje się polskim językiem migowym (PJM) i dzięki temu córka może chodzić z nią do miasta i realizować swoje pasje”.

O rewolucji w swoim życiu pisała też w liście do redakcji portalu niepelnosprawni.pl Agnieszka, chorująca na postępujący zanik mięśni, od lat piętnastu oddychająca za pomocą respiratora: „Moja asystentka odwróciła moje życie o 180 stopni. Po 10 latach wyszłam na zewnątrz, chociaż zarzekałam się, że świat nie jest na mnie gotowy. Niektóre moje marzenia się spełniły. A nawet nie przypuszczałam, że może mi się jeszcze w życiu przydarzyć takie coś... Świat, trawa, woda, las, zachód słońca, zamki, pałace, jezioro. Cieszyłam się jak mała dziewczynka”.

Jaki jest problem z polską asystencją? Choć od dawna zapowiadana na poziomie systemowym, czyli ustawowym – a nie tylko projektów – do dzisiaj nie zyskała nawet formy projektu. Pracuje nad nim zespół w Kancelarii Prezydenta, tyle że nie wiadomo, kiedy prace się zakończą. Miało to, wedle zapowiedzi, nastąpić w grudniu 2021 r., nie nastąpiło do dziś. – A to już ostatni dzwonek, bo do wyborów pozostało około pół roku – ostrzega Adam Zawisny. – Tymczasem wiemy z wiarygodnych źródeł, że sprawy idą w złym kierunku. Po pierwsze, że prace odbywają się nie tylko z pominięciem samych osób z niepełnosprawnościami, ale też praktyków asystencji osobistej. Po drugie, że szykowane przepisy są wybrakowane: np. asystent nie będzie mógł wspierać w czynnościach pielęgnacyjno-medycznych, jak podawanie leków czy cewnikowanie.

Nie brakuje głosów, że Kancelaria Prezydenta szykuje usługę-wydmuszkę. Dlatego osoby z niepełnosprawnościami i ich rodziny stworzyły, podpisany już przez ponad 80 organizacji, Dekalog: 10 fundamentalnych zasad asystencji, których realizacja jest według nich zagrożona. – Wysłaliśmy je do Kancelarii Prezydenta – mówi Adam Zawisny. – Liczymy na uwzględnienie.

Szwindel

W tle prac nad ustawą i niezależnie od sejmowego protestu toczy się inny protest. Mniej spektakularny, bo rozsiany po całej Polsce – jego kolejne odsłony odbywają się co jakiś czas w różnych miejscach, zwykle pod urzędami. Obrazek z reguły ten sam: garstka osób z niewielkimi transparentami, wodzirej z jednym wysłużonym megafonem. To protest opiekunów osób z niepełnosprawnościami.

Na ulicy pojawiają się w parach – podopieczny i jego cień. To najbardziej dwuznaczny symbol polskiej specyfiki życia tej grupy: nasze państwo przez ponad trzy dekady nie zbudowało fundamentów systemu pomocy także dlatego, że miało silne alibi – zakorzenione w polskiej kulturze „wartości rodzinne”. W tym sensie setki tysięcy rodzinnych opiekunów to ofiary niewyartykułowanego szantażu: albo zostaniecie przy swoich bliskich, albo czeka ich marny los (najczęściej placówka typu DPS).

Protestują przeciw jednej zasadzie: wręczane im przez państwo tzw. świadczenie pielęgnacyjne (obecnie nieco ponad 2400 zł) oznacza, że nie mogą pracować. – W ten sposób system dezaktywuje już nie tylko osobę z niepełnosprawnością, ale też jego lub jej opiekuna – mówi Adam Zawisny. – Ci ludzie chcą być matkami, siostrami, dziećmi swoich krewnych z niepełnosprawnościami, jednak tęsknią też za normalnym życiem. I Polska, ratyfikując w 2012 r. Konwencję ONZ o prawach osób z niepełnosprawnościami, zobowiązała się im takie niezależne, normalne życie, na równi z innymi obywatelami, zapewnić.

Agnieszka Szpila, pisarka, matka dwójki dzieci z niepełnosprawnościami, w głośnym, opublikowanym w zeszłym roku na stronach „Krytyki Politycznej” tekście pisała o zasadach przyznawania świadczenia, że to „szwindel, który mnie odczłowiecza, odbiera mi moją tożsamość i moje prawa”. „Wiecie, jak to jest, kiedy noblistka zaprasza was na swój festiwal, a wy musicie pytać, czy jej fundacja może podpisać umowę nie z wami, tylko z kimś innym, bo stracicie świadczenia?” – pytała. I pisała o niezgodzie „na cały parszywy system, upierdalający w niepełnosprawności nie tylko moje dzieci, ale także i mnie – ich prawną opiekunkę. Polityka społeczna rządu (wcześniejszego również) czyni ze mnie osobę równie niepełnosprawną, jak moje dzieci, skoro nie mogę wykonywać legalnie pracy”.

Alicja Jochymek ze swoją zawodową biernością jest pogodzona. Ale przyznaje, że wieloletnia eksploatacja nadwerężyła jej organizm. – Na urlopie nie byliśmy od lat, a jeśli już, to na wspólnych turnusach rehabilitacyjnych – mówi. – Jest mniej sił, siada kręgosłup, człowiek myśli, co będzie, gdy go zabraknie. Na razie jednak musimy walczyć.

Ale nawet jeśli sprawa, o którą walczy, zostanie kiedyś załatwiona, nie spowoduje rewolucji. Będzie tylko o jeden szwindel mniej. ©℗


TO NIE JEST KRAJ DLA TAKICH LUDZI

Polski rynek pracy nigdy nie był przyjazny dla osób z niepełnosprawnościami. Blokują ich m.in. bariery infrastrukturalne – przestrzeń publiczna i większość budynków jest nieprzystosowana do funkcjonowania tej grupy. Nie pomagają instytucje rynku pracy, z urzędami pracy na czele, które są bierne i zamieniły się w biura rejestracji bezrobotnych.

W zeszłym roku Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła, jak wygląda aktywizacja zawodowa osób z niepełnosprawnościami. „Prowadzona przez powiatowe urzędy pracy aktywizacja zawodowa osób niepełnosprawnych nie była skuteczna i nie umożliwiała im wejścia lub trwałego powrotu na rynek pracy” – czytamy w raporcie pokontrolnym.

W całym kraju zarejestrowanych było 56 tys. bezrobotnych osób z niepełnosprawnościami. Dzieje się tak dlatego, że pracodawcy w Polsce bardzo niechętnie zatrudniają takich ludzi, a państwo nie prowadzi spójnej polityki aktywizacji. Urzędy pracy tak naprawdę nie analizują nawet potrzeb osób z ograniczeniami, które są w nich zarejestrowane. W urzędach objętych kontrolą osoby z niepełnosprawnościami stanowiły tylko 3 proc. uczestniczących w różnych formach aktywizacji.

W Szwecji dla każdej osoby z niepełnosprawnością tworzony jest indywidualny plan pomocy, dzięki któremu będzie mogła uczestniczyć w życiu społecznym. Rozpoczyna się on już w wieku dziecięcym, by uczeń mógł osiągnąć zakładane cele edukacyjne. Pomoc obejmuje także obszary transportu i mieszkalnictwa. Osoby z niepełnosprawnością ruchową oraz rodzice takich dzieci mogą ubiegać się o dotację na zakup samochodu. W razie potrzeby dostosowania mieszkania do swoich potrzeb osoba z niepełnosprawnością może otrzymać na ten cel wsparcie finansowe od gminy.

W 2019 r. zaledwie 29 proc. osób ze stwierdzoną prawnie niepełnosprawnością miało w Polsce pracę. W całej UE ten wskaźnik jest prawie dwukrotnie wyższy. Polacy i Polki z niepełnosprawnościami są więc pozbawieni odpowiedniego wsparcia socjalnego i możliwości zarobkowania. Trudno sobie wyobrazić gorsze położenie. © Piotr Wójcik

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem – nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Trzykrotny laureat… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Zaniedbani w stopniu znacznym