Osiedle Zamkowe w Będzinie powstało w latach 80. Składa się z kilkudziesięciu bloków ustawionych w ogromny wielokąt. Pośrodku znalazło się miejsce na wielki trawnik z drzewami i place zabaw. W parterach niektórych bloków umieszczono punkty handlowe i usługowe. Obok jest fikuśny pawilon z przedszkolem.
Tym, co to osiedle wyróżnia, jest architektura niektórych bloków. Nie są to typowe prostopadłościany mieszkalne, a bardziej finezyjne obiekty. Ich skierowane na zewnątrz całego założenia elewacje uformowano jako kaskady balkonów. Białe balustrady ładnie kontrastują z połaciami czerwonych, mansardowych dachów. Tarasowa struktura tworzy niepowtarzalną, rzeźbiarską formę, otwierając mieszkania na otaczającą zieleń.
Jak kiedyś budowano osiedla mieszkaniowe
Przyjechałem do Będzina, ponieważ od jakiegoś czasu wałęsam się na rowerze po Śląsku i Zagłębiu, szukając tam osiedli idealnych. Zamkowe podpowiedziała mi badaczka i popularyzatorka architektury Anna Cymer, gdy zapytałem o realizacje z późnego PRL i czasu transformacji. Ania napisała książkę o architekturze polskiego postmodernizmu i znana jest z tego, że widziała chyba wszystko, co warto zobaczyć w Polsce.
Zamkowe jest bez wątpienia jednym z takich miejsc, choć do idealnego osiedla mu daleko. Nieco więcej opracowania wymagałyby tu elewacje skierowane do wnętrza osiedla. Na tym wspólnym, zielonym terenie pośrodku przydałoby się więcej drzew. Całe założenie wymaga też pewnie pilnego remontu i mądrej termomodernizacji. Ale i tak robi wrażenie.
Prawdę mówiąc, chodziło w tej podróży o coś więcej niż to konkretne osiedle. Szukając o nim informacji w sieci, trafiłem na ogłoszenie dewelopera, który nieopodal buduje Nowe Zamkowe. I już z dostępnych w sieci wizualizacji i zdjęć wiedziałem, że muszę to zobaczyć na własne oczy.

W ciepły czerwcowy dzień podrywam więc małego drona z łączki dzielącej oba Zamkowe, by przyjrzeć im się z góry. To nowe osiedle wygląda przy tym starym jak obsługujące je garażowisko. Małe, białe szeregowce upchano na ciasnej działce. Przestrzenie między budynkami są mikroskopijne, o częściach wspólnych, poza drogami, nie ma co marzyć. Oprócz domów widać dużo miejsc parkingowych. I to właściwie tyle.
Stare Osiedle Zamkowe w Będzinie nie jest najlepszym osiedlem z tamtych czasów, jakie widziałem w życiu. Nowe Zamkowe nie jest najgorszym wybudowanym współcześnie w Polsce. A jednak przepaść między jednym a drugim jest ogromna.

Zwłaszcza jeśli sobie uświadomić, że to pierwsze powstało w czasach schyłku niewydolnego pod każdym względem systemu, kiedy w Polsce brakowało już wszystkiego. A to drugie wybudowano w czasach, które pod względem poziomu i jakości życia nie znajdują w historii tego kraju analogii.
Czy ekonomia zastąpi architekturę
„Co poszło nie tak?” – od tych słów prof. Jacek Dominiczak rozpoczął swój wieczorny wykład performatywny podczas Kongresu Architektury Polskiej, który odbywał się w połowie maja w Warszawie. Widownia nie pękała w szwach. Wypełniła się częściowo po brzegach. Wiadomo: gdy się siedzi z brzegu, łatwiej wyjść. Ale nikt nie wyszedł.
Wykład poświęcony był architekturze dialogicznej i miastu dialogicznemu. To autorska koncepcja Dominiczaka, stworzona w trakcie lektury dzieł filozofa Emmanuela Levinasa. Profesor od lat powtarza, że wraz z końcem modernizmu współczesna architektura i urbanistyka straciły swoją teorię. W tę pustkę wkroczył neoliberalny kapitalizm. I to ekonomia jest dziś de facto teorią projektowania architektonicznego i planowania miast. Co dla nas wszystkich jest bardzo niedobre. Łatwo to zrozumieć, patrząc z góry na będzińskie osiedla.
Wykład Dominiczaka nagrodzono owacją na stojąco. Potem profesor spotkał się z nieco węższym gronem słuchaczy i słuchaczek. „To pytanie, którym rozpoczął pan wykład – usłyszał od jednej z osób – jest najważniejszym zdaniem, jakie padło podczas całego tego kongresu”.
Smutna recenzja, bo nie jest to ani zdanie specjalnie nowe, ani też specjalnie odkrywcze. Wszyscy sobie zadajemy to pytanie dość regularnie, zwłaszcza wracając z miejsc, w których przestrzeń i architektura wyglądają nieco inaczej niż w Polsce. Inaczej, czyli lepiej. Architekci i architektki też sobie to pytanie zadają. I trudno nie odnieść wrażenia, że od lat nie ustają w wysiłkach, by za wszelką cenę nie znaleźć na nie odpowiedzi.
Architektura nie interesuje polityków
Kongres Architektury Polskiej nie jest wydarzeniem organizowanym ani często, ani cyklicznie. Poprzednie spotkanie tej rangi odbyło się w 2008 r. w Poznaniu. Od tamtego czasu architekci i architektki nie czuli jakoś potrzeby, żeby spotkać się pod auspicjami swoich najważniejszych organizacji zawodowych, czyli Izby Architektów RP i Stowarzyszenia Architektów RP. W końcu jednak im się udało i Kongres został zwołany.
Oficjalnie jego celem miało być stworzenie ram i założeń Polskiej Polityki Architektonicznej. To dokument, do przyjęcia którego rząd zobowiązał się w 2018 r. w Davos. Od tamtego czasu jednak nic z tym zobowiązaniem się nie dzieje. I trudno zakładać, że się wydarzy.
Nie tylko dlatego, że żaden wysoki rangą polityk mający wpływ na architekturę i urbanistykę nie zaszczycił Kongresu na dłużej. Na widowni i w składzie paneli zabrakło najważniejszych ministrów, nie wspominając o premierze czy prezydencie. Trochę (ale i tak niezbyt długo) posiedział wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak, reszta wyszła tuż po obrzędowych, powitalnych przemówieniach i już więcej się na obradach nie pojawiła.
Ale nie tylko polityczna obojętność sprawiła, że oceny Kongresu są raczej chłodne. Artur Celiński, redaktor naczelny najważniejszego branżowego magazynu, „Architektury-Muratora”, przekornie mówi zresztą, że jemu Kongres się podobał, bo był szczery – dokładnie taki, jakie jest środowisko architektoniczne w Polsce: – Bardzo z siebie zadowolone, zdominowane przez starszych mężczyzn, ignorujące ostentacyjnie głosy młodych i skupione na tematach, które może nie są najbardziej pilne, ale za to można sobie o nich wygodnie i bezpiecznie podyskutować.
Dlaczego państwo nie buduje mieszkań
Przykładem może tu być panel dotyczący mieszkalnictwa. Zaproszono do niego także Grzegorza Piątka, autora książek poświęconych miastom i architekturze, ale odmówił ze względu na całkowicie męski skład.
– Panel bez pań nie tylko źle wygląda – mówi Piątek. – Nie brakuje przecież w Polsce ekspertek od mieszkalnictwa, i to o wiele bardziej kompetentnych ode mnie. Gdyby zaprosić choć jedną, dyskusja byłaby zwyczajnie bogatsza.
Swoją sugestię Piątek przekazał organizatorom, ci jednak nie wzięli jej pod uwagę. W dyskusji na Kongresie wzięło udział pięciu panów, którzy przez ponad godzinę rozprawiali o tym, czy polskie państwo powinno budować mieszkania, czy nie.
Konkluzja była z grubsza taka, że właściwie nie powinno, co zasadniczo jest zgodne ze stanem faktycznym, bo 90 proc. mieszkań w domach wielorodzinnych budują i tak deweloperzy. O tym, że oddanie im w tym obszarze inicjatywy i pozbycie się większości narzędzi kontroli i nacisku powoduje później dysonanse poznawcze – takie jak ten, którego doświadczyłem w Będzinie – było w rozmowie niewiele. Ale przynajmniej nikt nie poczuł się nieprzyjemnie przyparty do muru.
Być może jednak głównym celem Kongresu było to, by podratować nieco upadający prestiż zawodu architekta, ale nie narazić się przy tym zbytnio nikomu – zwłaszcza tym, którzy naprawdę decydują o tym, co i jak się w Polsce buduje, czyli inwestorom. Bo jak pisał boleśnie autokrytycznie holenderski architekt Reinier de Graaf, najpilniej strzeżona tajemnica architektów brzmi tak: „swoją uległość przedstawiać jako sprawczość i ćwiczyć sztukę odkładania na później, najlepiej na zawsze, odpowiedzi na pytanie, kto tu kogo naprawdę potrzebuje”.
Jak architektura odpowie na katastrofę klimatyczną
Wszystko to byłoby może tylko branżową ciekawostką interesującą nielicznych entuzjastów i przedstawicieli zawodu, gdyby nie fakt, że architektura – ta na świecie, i ta w Polsce – znalazła się właśnie w fazie ważnego przełomu. A to, co się w tym obszarze dzieje dzisiaj, będzie decydowało o jakości naszego życia w przyszłości.
Na czym zasadza się przełomowość opisywanego momentu?
Przede wszystkim – rosnąć powinny wymagania środowiskowe wobec architektury. Budynki – ich budowa, użytkowanie i ewentualny demontaż – generują blisko 40 proc. globalnych emisji dwutlenku węgla. Nie poradzimy sobie ze zmianami klimatu, jeśli pilnie i drastycznie nie zajmiemy się tym źródłem emisji. Co do tego, że tak się stanie, można mieć jednak wątpliwości, bo temat jest skomplikowany i uderza w samo sedno myślenia o architekturze.
Dziś podstawowym pytaniem projektowym, jakie powinni sobie zadawać architekci i architektki, jest „czy”, a nie „jak”. Za tym pytaniem idą jednak kolejne – czy program, któremu ma służyć budynek, da się obsłużyć inaczej, czy da się go zrealizować w obiekcie, który już istnieje, czy to inwestycja pierwszej potrzeby i kto będzie czerpał z niej zyski.
Zyski zamiast piękna i użyteczności
I tutaj wracamy do bolesnego braku architektonicznej teorii – zastąpienie jej ekonomią te wszystkie pytania unieważnia, ponieważ współczesna ekonomia nie traktuje jako realnych kosztów inwestycji konsekwencji społecznych i ekologicznych danego przedsięwzięcia.
Reinier de Graaf pisał wprost, że wraz z ekonomizacją i optymalizacją procesu projektowego zanika możliwość objaśniania sobie nawzajem architektury przy pomocy protokołów, do których przywykliśmy. Ich istotą były takie pojęcia jak piękno, użyteczność czy trwałość. Obecnie króluje opłacalność.
Nie da się bowiem inaczej, jak przy pomocy opłacalności, uzasadnić powstawania mikrokawalerek (zwanych mikroapartamentami), które nie spełniają minimalnych wymogów powierzchni mieszkania. Nie da się też uzasadnić budowania tysięcy metrów kwadratowych biur w szklanych (a więc skrajnie nieefektywnych ekologicznie) wieżach, w czasach, kiedy standardem jest praca zdalna, a na horyzoncie rynku pracy majaczy monstrum AI.
Trudno się łudzić, że aspekt środowiskowy będzie odgrywał kluczową rolę w przemianie architektury w Polsce i na świecie. Kapitał lokowany na potęgę w budynkach na to nie pozwoli.
Tyle dobrego, że w ciągu ostatnich dwóch dekad już sobie z grubsza obsłużyliśmy architektonicznymi ikonami wszystkie większe i średnie miasta w Polsce. Każde ma jakąś salę koncertową, muzeum, halę sportową albo centrum kongresowe. Dziś te obiekty przydają się mniej lub bardziej, czasem mają dobrych gospodarzy i służą lokalnej społeczności, czasem nie. Ale wszystkie w niedalekiej przyszłości będą zapewne służyć jako lokalne centra chłodzenia w czasie fal upałów.
Czy w Polsce rzeczywiście brakuje mieszkań
Są jednak inne zjawiska, które zasadniczo przemodelują nasze myślenie o budynkach i miastach. Jednym z kluczowych będzie demografia. Polaków jest coraz mniej, tylko w ubiegłym roku ubyło nas mniej więcej tyle, ile mieszka w Jastrzębiu-Zdroju. A z każdym kolejnym rokiem będzie coraz gorzej. Zarówno niezależni badacze, jak i ekonomiści największych banków i sami inwestorzy (ostatnio Władysław Grochowski z Arche) widzą już na horyzoncie kres mieszkaniowej hossy, która de facto panuje w Polsce od wczesnych lat dwutysięcznych, kiedy uruchomiono pierwsze sensowne kredyty hipoteczne.
Wkrótce zdanie o tym, że w Polsce brakuje mieszkań, przestanie być prawdziwe. Co nie znaczy, że zasypaniu ulegnie luka czynszowa. Wpadają do niej wszyscy ci, którzy są zbyt zamożni, żeby starać się o mieszkanie komunalne, ale zbyt ubodzy, by dostać kredyt. Szacuje się, że w tej grupie jest jedna trzecia dorosłych Polaków.
Pytania o to, dla kogo dziś budowane są mieszkania w największych polskich miastach, nie trzeba zadawać, bo bardzo często na płotach otaczających place budów widnieje oczywista odpowiedź – to inwestycje pod krótkoterminowy najem dla turystów.
I tutaj wracamy do kluczowego pytania: komu służy architektura, która dziś powstaje w Polsce?
Jak ograniczyć chaos przestrzenny w polskich miastach i wsiach
Zmiany i wyzwania widać jednak nie tylko na horyzoncie, ale także wprost przed nami. Ta największa, której doświadczymy już za kilka miesięcy, to wielki przewrót dotyczący planowania przestrzennego w Polsce.
Od 1 września niemożliwe będzie uzyskanie w Polsce pozwolenia na budowę w oparciu o ustalenia planu miejscowego albo warunki zabudowy, jeżeli gmina nie będzie miała uchwalonego planu ogólnego. Plan taki to nowe narzędzie planistyczne, które ma zastąpić studium uwarunkowań przestrzennych gminy.
Jednym z najważniejszych jego zapisów ma być twarde ograniczenie terenów przeznaczonych pod zabudowę i określenie takich, które mają być od niej wolne. Ma to ograniczyć chaos przestrzenny w polskich miastach, ich rozlewanie się i niekontrolowaną zabudowę terenów przyrodniczo cennych.
Do wprowadzenia tej reformy zobowiązała nas Unia Europejska i jest ona jednym z najważniejszych kamieni milowych Krajowego Planu Odbudowy. Pierwotnie plany miały być uchwalone do końca 2025 r., potem termin przekładano na koniec czerwca i koniec sierpnia tego roku. Kłopot w tym, że w momencie, w którym powstaje ten tekst, plany takie przyjęło 112 z 2500 gmin. Jeśli pozostałe tego nie zrobią, grozi im paraliż – od września w sporej części Polski nie da się nic zbudować.
Czy gminom grozi paraliż budowlany
To oczywiście w pokraczny sposób spotyka się z ekologicznym postulatem, by budować mniej budynków, można się jednak spodziewać innego obrotu spraw. Właściwie każdy scenariusz przyszłości wygląda tu ponuro – pośpiech nie sprzyja bowiem sprawom takim jak planowanie przestrzenne. Można więc zakładać, że te gminy, które nie zajęły się problemem odpowiednio wcześniej, uchwalą plany byle jakie – pozbawione głębszego sensu i uzasadnienia.
Tak już się działo w przeszłości, gdy samorządy łase na podatki i w trosce o święty spokój wpisywały na potęgę do dokumentów planistycznych obszary pod zabudowę mieszkaniową, w efekcie czego mamy obecnie takich terenów dla 70, a według niektórych szacunków nawet 300 milionów ludzi.
– Pisałem długie elaboraty, żeby nie robić tego bez namysłu, bez przeanalizowania, jak z takim wyzwaniem poradzą sobie samorządy. Proponowałem, żeby przeprowadzić pilotaż, zrobić plany w malutkiej gminie, gminie miejskiej, metropolitalnej, w gminie bogatej i gminie biednej. Zbadać, wyciągnąć wnioski i wdrożyć w całym kraju – mówił mi Bolesław Stelmach, dyrektor Narodowego Instytutu Architektury i Urbanistyki.
– Plan ogólny to dokument prawa miejscowego, wiążący dla gmin, wywołujący skutki prawne i finansowe. Jeśli zostaną w niego wpisane jakieś bzdury, to już nie będzie od tego ucieczki. A gminy dostały na uchwalenie tych planów dwa lata.
Warto tu zauważyć, że zwykły plan miejscowy dla fragmentu miasta proceduje się dwa razy dłużej. Nie wiemy więc, czy ta zmiana przyniesie korzyści, czy wręcz odwrotnie. Bo nie wiemy dokładnie, co będzie w tych planach.
– Zachowujemy się tak, jakby coś samo w sobie było wartością, skoro zostało wpisane jako „kamień milowy” do KPO – komentował Stelmach. – Skoro od lat apelowano o zmiany w ustawie o planowaniu przestrzennym, no to proszę: są zmiany. A co przyniosą, to dopiero się okaże.
Co się kryje w tajnej Karcie Warszawskiej
Efektem Kongresu Architektury Polskiej miało być uchwalenie Karty Warszawskiej – dokumentu, który stać się ma podstawą wspomnianej Polskiej Polityki Architektonicznej.
Polska jest jednym z ostatnich krajów w europejskiej wspólnocie, które takiego dokumentu nie uchwaliły. W programie dwudniowego wydarzenia nie znalazło się jednak miejsce na pracę nad tezami tego dokumentu.
Nie było to konieczne, bo powstał już przed Kongresem i został przedłożony wybranym ekspertom o poranku pierwszego dnia imprezy, z zastrzeżeniem, że ewentualne uwagi można zgłaszać zaledwie w ciągu doby. Potem, podczas prezentacji wieńczącej Kongres, Karta Warszawska została przedstawiona ogółowi i przyjęta właściwie przez aklamację.
Uczestników Kongresu poinformowano, że będą mogli jeszcze zgłaszać swoje uwagi do dokumentu drogą mailową. Na stronie Kongresu rzeczywiście opublikowano zakładkę „Karta Warszawska – konsultacje społeczne”. Po kliknięciu w nią wyświetla się prosty formularz, przy pomocy którego można zgłosić uwagi do któregoś z paneli Kongresu. Próżno tam jednak szukać treści samej Karty Warszawskiej.
Dokumentu nie opublikował na stronie żaden z organizatorów Kongresu – ani Izba Architektów RP, ani Stowarzyszenie Architektów RP, ani Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki.
Redakcje proszące o wgląd do jego roboczej wersji są zaś odsyłane z kwitkiem. „Architektura-Murator”, aby opublikować jego treść, posiłkowała się zapisem online konferencji i zdjęciami robionymi przez dziennikarzy podczas prezentacji. Materiał opublikowała, ale z zastrzeżeniem, że może się różnić od tej wersji, którą ostatecznie zdecydują się opublikować organizatorzy.
Na razie więc na stronie Izby Architektów RP są podsumowania Kongresu pisane przez jego uczestników i uczestniczki. W jednym z nich architektka Agnieszka Sajur napisała: „Każde działanie – nawet najmniejsze – skierowane ku budowaniu relacji, pogłębianiu świadomości i rozmowie o Architekturze ma sens. Bo jest ruchem przeciwko rozpadowi. Przeciwko ciemności i obojętności. (…) Najgroźniejsza bowiem nie jest porażka, lecz bezczynność”.
Swoimi pokongresowymi refleksjami podzielił się też Tomasz Konior: „Jeśli kolejny Kongres Architektury Polskiej A.D. 2030 ma być lepszy od poprzedniego – napisał – to przed nami poważne wyzwanie”. Dodał przy tym uczciwie, że „Karta Warszawska jest póki co listą życzeń, nad którą trzeba pracować, szukać syntezy i zwiększać jej zasięg”.
Być może dobrym krokiem w zwiększaniu tego zasięgu będzie pokazanie jej komukolwiek. Bo na razie, miesiąc po najważniejszym od lat wydarzeniu w polskiej architekturze, właściwie nikt nie wie, co w niej zapisano. I jak brzmi ten wspólny głos polskich architektek i architektów.
Chyba że znów chodzi o to, żeby nie wybrzmiał on zbyt głośno.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











