Człowiek sterany nudą codzienności lubi patrzyć na zmagania bliźnich. Weźmy dla przykładu polski futbol. Jest on na tle futbolu zagranicznego bardzo męczący w odbiorze. Nie lubimy takich ocen: nam polski futbol, a ściślej rzecz biorąc oglądanie reprezentacji krajowej, sprawia przyjemność. Widać, że każdy mecz, czy to z drużyną mocną, czy słabą, jest dla naszych kolosalnym wydarzeniem. Patrzenie na mękę, nieudawany mozół, z jakim nasi grają, jest zajęciem miłym. Oglądanie z perspektywy fotela szarpaniny z materią ożywioną to po prostu rozrywka. Łatwo sobie wyobrażamy, że gdyby gra sprawiała naszym piłkarzom przyjemność, gdybyśmy widzieli jakąś podejrzaną w ich zachowaniu lekkość, to moglibyśmy pomyśleć, że pracują od niechcenia. Może nas lekceważą, nie traktują serio? Nie, dobrze jest, jak jest, bo widać, jak się starają, ale im nie wychodzi – trudno, tak bywa.
Ci ludzie ciężko trenują pod kierunkiem uznanych autorytetów myśli szkoleniowej. Wierzymy, że – z drobnymi wyjątkami – prowadzą zdrowy tryb życia, nie piją, nie palą, kładą się wcześnie spać. Do tego – jak słyszymy – znaczna część z tych ludzi ma talent i mentalność zwycięzców. A jednak przegrywają i sukcesów nie odnoszą. Są krytykowani, słyszą co rusz przykre słowa, muszą się zmagać z okrucieństwem złych ocen i z wulgaryzmami. Ciekawi nas takoż odbiór pracy reprezentacji piłkarskiej. Fundamentem kibicowania jest przecież nadzieja. To kolejna ciekawostka. W świecie sportu, w którym liczy się tylko zwycięstwo, nie ma wiele miejsca na niuansowanie, na subtelne rozważania i na delikatne słowa. Tymczasem nadzieja należy do tego pięknego zestawu. „Miejmy nadzieję” – powiadają często komentatorzy polskiej piłki i to też bardzo lubimy. Życie nadzieją jest takie piękne. Jest w tym przecież mnóstwo dobrych i kojących emocji, choć na pierwszy rzut oka w futbolu zawodowym nie ma na nie miejsca.
Opisane tu emocje są podobne do tych w polskiej polityce. Słyszymy – owszem – rytmiczny łomot, a może naparzankę w jakimś baraku z blachy falistej działającej jak rezonator. Słychać krzyki. Słychać wrzaski. Widać buzie, jakby pod wpływem, a czasem w istocie mocno pod wpływem. Emocji. Można rzec, że polska polityka jest tak ładna jak nasi polityczni reprezentanci. I nie byłoby w tym nic ani nowego, ani godnego odnotowania, gdyby nie owa nadzieja. I to jest w polskiej polityce prawdziwie piękne i jakby nowe. Wiara, nadzieja i miłość do Ameryki.
Gdy trzeba coś powiedzieć o Ameryce, wszyscy jakby cichną, przestają ryczeć. Sytuacja jest bowiem poważna. Pozostaje – każdy to widzi – nadzieja, nasz sen z przeszłości, że Ameryka i jej prezydent to wciąż coś na kształt tamtej Ameryki i tamtych prezydentów, tamtych ministrów, z czasów naszego dzieciństwa, młodości i wczesnej dorosłości, naszej i waszej, też licznych prezesów i doktorów naszej polityki. Język naszych ciał jest w tej sprawie jakoś podobny, że jakoś to będzie, że się ułoży, byleby się nie wychylać. A nuż ktoś tam, spośród owych nowych Amerykanów zauważy, że się wychyliliśmy i wybuchnie chryja, będzie pasztet. Kicha – mówiąc wprost. Że nam zabiorą albo nie dadzą. Że każą – dajmy na to – oddać minerały.
Gdy już tu sobie ulżyliśmy, wyżyliśmy się i na piłkarzach, i na tutejszych politykach, rozejrzeliśmy się. Zauważyliśmy z niejakim zdumieniem, że lęk przed wychyleniem, owa wiara i nadzieja, panuje wszędzie, jak okiem sięgnąć. W Rosji i w Chinach też. Nikt tam nic nie wie, nikt niczego nie rozumie, wszyscy mają jakieś minerały w zanadrzu, i nadzieję, że się ułoży. Nikt nie fika.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















