W tej historii gole nigdy nie były najważniejsze. Chodziło o to, że Lukas Podolski pozwolił nam wrócić do dzieciństwa

Miał być mesjaszem, który da Ślązakom piłkarski sukces. Dał coś więcej.

30.01.2024

Czyta się kilka minut

Lukas Podolski przed domem swojej babci w Gliwicach-Sośnicy. Lipiec 2010 r. / fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl
Lukas Podolski przed domem swojej babci w Gliwicach-Sośnicy. Lipiec 2010 r. / fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl

Nowina gruchnęła 6 lipca 2021 r.: Lukas Podolski przechodzi do Górnika Zabrze.

Początkowo nie wierzyłem. To brzmiało jak błąd systemu lub odwracanie biegu rzeki. Podolski był mistrzem świata z 2014 r. i trzecim snajperem w historii niemieckiej reprezentacji. Występował w najlepszych klubach Europy: w Arsenalu, Interze, Bayernie, a Górnik to średniak w lidze, która ekstraklasą jest tylko z nazwy. Wybrał tę drużynę, gdy miał 36 lat, o 3 lata mniej niż dziś Cristiano Ronaldo, a spływały doń oferty z Kataru, Brazylii, Meksyku. Tam zarobiłby krocie, ale nie: on chciał skończyć karierę w klubie, któremu kibicuje od dziecka. Powtarzał, że słowo to słowo.

Fusbalowy fajer

Dwa dni później na stadionie w Zabrzu odbyło się przywitanie, jakiego w historii polskiej piłki nie miał nikt.

– Sceny jak z Ameryki Południowej. Na trybunach amok, ściana szczęśliwych ludzi – wspomina Paweł Czado, katowicki dziennikarz sportowy. – Biznesmeni i robotnicy z tą samą, rozanieloną miną. Mówili: „Teraz to będzie!”. Wierzyli, że zaraz z mistrzem świata polecimy w kosmos.

Przyjazd Poldiego do Górnika był świętem przestępnym.

– Już wiele lat temu mówił, że chciałby skończyć karierę w Górniku, i plotki na jego temat krążyły nieustannie – przypomina Konrad Kołakowski, rzecznik klubu w latach 2021-2023. – W końcu kibice przestali w to wierzyć, na trybunach mówiło się, że najwyżej wpadnie zagrać jeden mecz czy honorowo któryś rozpocznie.

Może dlatego wpadka Górnika rozeszła się po kościach.

– Koszulki, które zamówiliśmy na powitanie, trafiły do sortowni w Gliwicach, magazynierzy okazali się fanatykami Piasta – opowiada Tomasz Masoń, członek zarządu Górnika. – Gdy zobaczyli t-shirty z hasłem „Poldi, witaj w domu”, zrobili zdjęcie i wrzucili do sieci. Było to dzień przed planowanym ogłoszeniem transferu.

– Wszystko zepsuli, bo ludzie w to uwierzyli?

– Nie, kibice tyle lat czekali, że na szczęście potraktowali to jako żart.

„Śpiewają miasta, śpiewają wioski, w Górniku zagra Łukasz Podolski” – ryczą trybuny, szczęśliwy Poldi stoi przed nimi na stadionie przy Roosevelta, a Arkadiusz Mularczyk z PiS twittuje: „Polska po 6 latach rządów Zjednoczonej Prawicy to kraj marzeń dla wielu. Tusk rzuca UE, by tu zamieszkać. Łukasz Podolski przyjeżdża, by grać dla Górnika Zabrze. Tylko czekać, aż Angela Merkel na emeryturę przeprowadzi się na Mazury”.

– Wiesz, ja też dałem się wtedy uwieść. Było poczucie, jakby mesjasz zszedł i miał nas poprowadzić. Uwierzyliśmy w cud – mówi Czado.

– Że Górnik zrobi majstra?

– Tak.

– Choć wiedziałeś, że to niemożliwe?

– Wiedziałem.

Na Zachodzie nowym zawodnikom urządza się huczne prezentacje na stadionach, ale to zwykle piłkarscy gastarbeiterzy, a Poldi jest synkiem stąd, urodził się w położonej nieopodal Zabrza Sośnicy – dzielnicy Gliwic, gdzie jednak kibicuje się Górnikowi.

Poldi mówi na przywitaniu: „Wracam tu, gdzie wszystko się zaczęło. (...) Górnik będzie moim ostatnim klubem w karierze. (...) Obiecałem babci, że zagram w Górniku, i jestem w domu”.

– Zostałem rzecznikiem Górnika kilka dni przed przyjściem Poldiego – mówi Kołakowski. – I nagle rzuciło mnie na głęboką wodę, rozdzwoniły się telefony: BBC, ZDF, Sky Sport. W Polsce ludzie nie zdają sobie sprawy, jak wielką gwiazdą Poldi jest za granicą. Tutaj siedzi kilka godzin na treningu syna i podejdą dwie osoby po autograf, a gdy przyjechaliśmy do Kolonii i Lukas wysiadł z auta, to po paru minutach wokół nas było ze 150 osób.

– Może na Śląsk przeprowadził się również dla prywatności?

– Na pewno podoba mu się to, że jest w stanie zrobić sam zakupy w Lidlu – w Niemczech byłoby to niemożliwe.

Ostatni majster

Pod koniec lat 80. dwuletni Łukasz wyemigrował z rodzicami do Niemiec – w sezonie, w którym Górnik ostatni raz zdobył mistrzostwo. Po wyjeździe Podolskich (matka szczypiornistka, ojciec piłkarz) klub nigdy nie wrócił do dawnych wyników.

Kibice odczuwają bóle fantomowe po tamtych dekadach: Górnik był mistrzem Polski 14 razy (więcej, 15 razy, triumfowała tylko warszawska Legia), jako jedyna polska drużyna grał w finale europejskiego pucharu. Ma wielką historię i mizerną teraźniejszość. Wraz z końcem komuny zwija się zresztą cały tutejszy fusbal.

W ciągu 34 sezonów do 1989 r. śląskie kluby zdobywają mistrzostwo 22 razy.

W ciągu 34 sezonów od 1989 r. śląski klub zdobywa mistrzostwo tylko raz.

Powrót Poldiego mógł być nadzieją na zdjęcie klątwy.

Pod koniec lat 80. Podolscy zamieszkali w Kolonii, ale Łukasz Józef – czy też Lukas Josef – na wakacje wracał do Sośnicy, odwiedzał omę. Babcia mieszkała w jednej z kamienic przy Reja, w górniczej dzielnicy. Tutaj Lukas co lato grał w fusbal na placu.

Gdy Podolscy emigrowali, a Górnik robił ostatniego majstra, mój ojciec był kibicem tej drużyny. Latami lubił opowiadać o swoich przygodach. Np. gdy jesienią 1987 r. pojechali z Bogdanem do Białegostoku na mecz z Jagiellonią jako jedyni kibice Górnika – tak opowiadał mój ojciec, który rozumiał, że wzór na wielkość to opowieść plus czas. Górnik ów mecz wygrał, ojciec z Bogdanem uciekali przed kibicami Jagi, tamci dopadli ich przy samym pociągu. Ponoć przed spuszczeniem łomotu jeszcze spytali, gdzie są pozostali, a słysząc, że przez cały kraj ze swoim klubem przyjechało tylko dwóch Don Kichotów, rozczulili się, zabrali ich na piwo, a wspomnienie tego dnia weszło do kanonu domowych opowieści.

To on wychowywał mnie na kibica Górnika.

Jadymy durś

PZPN przegapia Poldiego, nie ściąga go w porę do reprezentacji. Jego ojciec tłumaczył Wirtualnej Polsce, że Łukasz chciał grać dla Polski, ale „skończyło się na tym, że otrzymaliśmy od związku jeden faks z zapytaniem w stylu: »Jak wygląda sytuacja z Łukaszem?«. Później nastała cisza”. A w 2006 r. Podolski został wybrany najlepszym młodym piłkarzem mundialu, pokonując m.in. Messiego i Ronaldo.

Wielu nie podobało się to, że strzelał gole państwu, w którym się urodził, ale zawsze więcej było tych, których potrafił uwieść. Uchodził za „dobrego Niemca” (w roli „złego” – niesłusznie – obsadzono urodzonego w Opolu Mirosława Klose). Gdy Niemcy wygrały z Polską 2:0 na Euro 2008, a obie bramki strzelił Poldi, Lukas demonstracyjnie nie cieszył się z goli: tylko on potrafił pokonać Polaków i sprawić, że Polacy go pokochali.

Na pytania, kim się czuje, odpowiada różnie: czasem, że przede wszystkim Ślązakiem, kiedy indziej, że i Polakiem, i Niemcem.

O postrzeganiu Poldiego poza Śląskiem mówi Dariusz Chojnacki, aktor Teatru Śląskiego i fan Górnika: – Gdy w Polsce mówią o nim folksdojcz, kebabowiec, sprzedawczyk, a w Warszawie trybuny śpiewają „Lukas Podolski zdrajca Polski”, pokazuje to przede wszystkim, jak Polacy postrzegają nas, Ślązaków.

W pierwszych dniach sezonu 2021 Śląsk się rozplotkował. Mówiło się, gdzie zamieszkał Lukas wraz z pochodzącą z Legnicy żoną Moniką, gdzie najczęściej chodzi na pizzę, do której szkoły pośle syna Louisa. Fantazjowano, że PZPN przygotował terminarz rozgrywek pod Poldiego, który latał do Niemiec, gdzie jurorował w „Das Supertalent”. Poldi stał się śląskim celebrytą, jedynym, jakiego się dorobiliśmy. W pierwszych dniach po transferze spotkałem go na ulicy dwukrotnie, ale nie miałem śmiałości poprosić o autograf.

Nie było wiadomo, w którym meczu zadebiutuje, od przyjaciela dowiedziałem się, że w tym z Lechem, pojechałem. Gdy wszedł na boisko, stadion wybuchł. Zagrał świetnie, ale nie strzelił bramki, a Lech spuścił Górnikowi manto. Niby wiedziałem, że Podolski nie może sprawić cudu, ale jednak czułem się zawiedziony, że nie sprawił.

Ale Poldi nie obiecywał złotych gór. Od początku studził nastroje, podkreślał, że nie ma co liczyć, aby Górnik szybko zbliżył się do czołówki. Że to praca na lata i on jest tu, aby pomóc ją wykonać. I wciąż powtarza: „Jadymy durś”, czyli jedziemy dalej.

Lukas Podolski w swojej restauracji Döner w Kolonii. Niemcy, 8 stycznia 2020 r. / fot. Herbert Bucco / imago sport / Forum

Tysiąc chopa

Ale najbardziej dałem się omamić Poldiemu w przedostatnim meczu tamtego sezonu. Górnik przegrywał ze słabiutkim Górnikiem Łęczna 1:2. Nagle, w 84. minucie Poldi zobaczył żółtą kartkę. Pamiętam wyraz jego twarzy, gdy doszło do niego, że w kolejnym meczu będzie musiał pauzować. Wtedy nie było jeszcze wiadomo, czy przedłuży kontrakt, więc to spotkanie mogło być ostatnim w jego karierze. W tej sekundzie coś w niego wstąpiło. Po chwili huknął potężnie, było 2:2. Po kolejnej chwili pięknie dośrodkował, było 3:2, potem Górnik strzelił jeszcze jednego gola i mecz skończył się 4:2. Miałem wrażenie, jakby dotychczas grał w ekstraklasie tak, jak ojcowie grają z dziećmi: angażując się na tyle dużo, by dzieci uwierzyły, że to prawdziwa gra, a na tyle mało, by mogły wygrać.

Wtedy naprawdę uwierzyłem, że może wszystko – najlepsze miało jednak dopiero nadejść.

Kilka dni później siedziałem w barze Mocca obok dworca w Zabrzu (kilka kroków stamtąd Poldi niebawem otworzy swojego kebaba, już remontują). Starsi panowie w sąsiedztwie dyskutowali o Podolskim. Jeden z nich powiedział, że ponoć na ostatni mecz sezonu – ten, w którym będzie pauzował za kartki – Poldi ma pojechać z kibicami.

– Przyszedł na peron w Zabrzu i po prostu z wami wsiadł? – pytam Chojnackiego, który jechał wówczas z kibicami do Wrocławia.

– Tak. Tam było z tysiąc chopa. Każdy chciał zrobić sobie z nim zdjęcie, porozmawiać, wziąć autograf. Nikomu nie odmówił, był dla wszystkich, a potem szalał z nami na trybunie.

We Wrocławiu Górnik pokonuje Śląsk 4:3. Na koniec sezonu drużyna zajmuje przyzwoite 8. miejsce. Poldi ma niezłe statystyki: z 9 golami jest jej najlepszym strzelcem. Znajduję w sieci zdjęcie Podolskiego jadącego z kibicami pociągiem, a pod nim komentarz, który wtedy napisałem: „Proszę mnie adoptować”.

Być może tamten dzień byłby najlepszą kropką dla tej historii. Ale on kropki nie chciał jeszcze stawiać.

Poldi kontrakt podpisał na rok, musiał postanowić, co dalej. Spytał syna, czy mają zostać w Zabrzu, wrócić do Niemiec, wyjechać do Turcji?

Louis odparł: „Tato, ja chcę zostać. Dobrze się czuję w akademii Górnika, chodzę na mecze. Zostajemy”.

Niedługo potem Poldi ogłosił: „Zostanę w Zabrzu. Jadymy durś”.

Prosty synek

Zaczął się drugi sezon Lukasa w Górniku.

– Efekt Podolskiego jest ogromny – mówi Chojnacki. – Widzę, co się dzieje w domach moich przyjaciół. Wielu wcześniej nie interesowało się fusbalem, a gdy przyjechał Poldi, nagle się zapalili.

– Może poszli na mecz raz czy drugi i im przeszło?

– Nie, mają karnety. I siedzą na stadionie z dziećmi, w koszulkach Poldiego.

– Zabrzanie go polubili?

– To coś głębszego. Zabrze jest miastem robotniczym, z problemami. A tu przyjeżdża mistrz świata, rozmawia ze zwykłymi ludźmi spod klatki, jest dumny z tego, skąd pochodzi. To podnosi morale – mówi Chojnacki.

Wizerunek Poldiego: swój chłop, rogata dusza. Słynie z bezpośredniości. Gdy kamery przyłapały trenera reprezentacji Niemiec Joachima Löwa na grzebaniu sobie w spodniach, stanął w jego obronie: „Myślę, że 80 proc. z was drapie się czasem po jajkach”. Do sieci wrzuca zdjęcia nie z wykwintnych restauracji, ale z grilla z wujkiem. Opowiada, że dzień przed meczem lubi zjeść kiełbasę śląską z bułką i musztardą. Mówi po polsku, ale to jego własna szprecha: z silnym niemieckim akcentem, pomylonymi końcówkami, śląskimi ausdrukami. To też dodaje mu swojskości.

– Mistrz świata pokazuje, że jesteśmy go godni, pokazuje, że jest jednym z nas, jego rodzina też pracowała tu na kopalni – kontynuuje Chojnacki.

– Podolski jest uwielbiany w Londynie, Mediolanie, w Kolonii, bo jest dualistyczny – mówi Kołakowski. – Z jednej strony czujesz, że to światowa gwiazda, że w telefonie ma numery do najważniejszych ludzi ze świata futbolu. Ale z drugiej strony to Lukas z Sośnicy, prosty synek.

– To nie jest kreacja?

– On taki jest. Zachował prostotę. W pozytywnym sensie tego słowa.

Czasem wypuści język na długi spacer, ale kibicom podoba się jego łobuzowanie. Gdy podczas meczu drze się do zawodnika Śląska: „Czemu płaczesz? Jesteś grajkiem za 10 tys. euro! Kupię twoją rodzinę!”. Gdy w pyskówce z kibicami Legii odpowie: „Zaczadziła was Czajka i to gówno, co wam płynie pod nosem”. Pewnie mógłby mnie tym rozdrażnić – gdyby nie to, że jest z mojego piłkarskiego plemienia.

Bomby i ława

Na pierwszy rzut oka wygląda jak heros, który zstąpił z Olimpu, aby nieść Ślązakom pociechę.

Młodzikom zepsuł się autokar? Wykłada pieniądze na nowy. Brakuje piłkarzy? Przekonuje do przyjścia gwiazdy, które normalnie by tu nie spadły. Brakuje pieniędzy? Przyprowadza sponsorów. Popsuło się oświetlenie na jednym z boisk? Kupuje lampy.

Wśród kibiców słyszę jednak, że Poldi zawstydza miasto, które jest właścicielem klubu i nie potrafi rozwiązać jego problemów.

A tych jest sporo i on też coraz częściej o nich mówi. Np. w programie „Prawda futbolu”: „Wkurwia mnie, że ludzie tego potencjału nie wykorzystają. (...) 1,5 roku tu w Górniku to jak 5 lat gdzieś indziej, gdzie grałem. Tyle się tu dzieje, tyle tu się traci energii”. Problemami są zadłużenie klubu, opóźnienie w wypłatach dla piłkarzy czy karuzele posad: w ciągu pierwszych 2,5 roku jego gry Górnikowi prezesują cztery różne osoby, niedługo pojawi się piąta.

– Ludzie we władzach miasta i klubu mieli spokojne życie, a tu nagle przyjeżdża gwiazda do miejsca, które jest niepoukładane. Podolski nie boi się w Zabrzu nikogo i zaczyna wytykać błędy – mówi Chojnacki.

Co rusz odpala bomby – np. niedawno wrzucił do sieci zdjęcia akademii Górnika: zniszczonych drzwi, sufitu, sprzętów w opłakanym stanie. W otoczeniu klubu słyszę, że nie wszystko wygląda tak źle, jak przedstawia to Poldi, ale Górnik ze względów wizerunkowych nie może wchodzić z nim w spór. A na Instagramie Podolski ma 6 milionów followersów – więcej niż wszystkie kluby ekstraklasy razem wzięte (Górnik ma 54 tysiące).

– Do czego klub jest potrzebny Lukasowi? – pytam Kołakowskiego.

– Odwrócę pytanie. Kto jest bardziej komu potrzebny: Górnik Lukasowi czy Lukas Górnikowi?

– Chyba to drugie.

– Nie chyba, a na pewno.

– Ale jak dalej będzie tyle problemów, to w końcu się wkurzy i wyjedzie.

– Albo dopnie swego – mówi Kołakowski.

Lukas przebąkuje o kupnie klubu: miasto niedawno postanowiło sprzedać większościowe udziały, można składać oferty. Po zakończeniu kariery mógłby być właścicielem Górnika i jak na herosa przystało – zrobić porządki w stajni Augiasza.

Tymczasem skończył się drugi sezon Poldiego, Górnik zajął dobre 6. miejsce, Poldi strzelił 5 bramek, a w klasyfikacji kanadyjskiej (gole i asysty) był najlepszym zawodnikiem klubu.

I nieoczekiwanie znów przedłużył kontrakt – tym razem od razu na 2 lata.

Kolejny sezon trwa. Poldi nie gra źle, ale nie zachwyca: ma tylko jedną bramkę i dwie asysty. Wśród kibiców pojawiają się pierwsze wątpliwości. Co się stanie, gdy Podolski zacznie grać jeszcze słabiej? Mistrz świata będzie w Górniku grzał ławę?

Plakaty i zdjęcia Podolskiego w mieszkaniu pani Haliny, ciotki Lukasa. Gliwice, czerwiec 2008 r. / fot. GRZEGORZ CELEJEWSKI / Agencja Wyborcza.pl

Bajtle za balem

Ale w tej historii gole nigdy nie były najważniejsze. Od początku chodziło o to, że Podolski pozwolił nam wrócić do czasów, gdy jako bajtle biegaliśmy za balem po placu.

Biografia każdego kibica dzieli się bowiem na dwa rozdziały: pierwszy, gdy kibic jest młody i wierzy, że sam będzie najlepszym piłkarzem świata, oraz drugi, gdy kibic nie jest młody i wie, że piłkarzem nigdy już nie będzie. Najpełniejsze kibicowanie jest możliwe tylko na pierwszym etapie. I podejrzewam, że gdy Poldi pojawił się w Zabrzu, to wszyscy byliśmy rozanieleni właśnie dlatego, że ten jeden jedyny raz w dorosłości na moment cofnęliśmy się do własnego szczeniactwa.

Tak, bałem się podejść do Poldiego po autograf na ulicy, ale zamiast tego tamtej jesieni napisałem sztukę „Weltmajstry”, w której na mundialu w 2050 r. Ślązacy po raz pierwszy wystawiają swoją reprezentację, a zakochana w Poldim barmanka patrzy, jak pod jego wodzą Śląsk zostaje mistrzem świata. Barbara z baru Wunderbar mówiąc o trójce kibolków, z którymi ogląda mundial, tłumaczy też mój szał, gdy Poldi przyjechał do Górnika: „Wejrzyjcie się na nich. Całe życie słyszą, żeby zamiast oglądać szpile, zajęliby się lepiej czymś sensownym. Tak, piłka nie ma sensu. Ale ja myślę sobie czasem, że to właśnie ów bezsens sens jej nadaje, bo tam, gdzie kończy się sens, tam zaczyna się wiara, człowieczeństwo, piękno. (...) I zastanawiam się czasem, czy można być człowiekiem w pełni nie będąc kibicem? Nie wiem. Pewnie można. Ale po co?”.

Zbigniew Rokita jest reporterem i dramatopisarzem, laureatem nagrody Nike za „Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku”. Niedawno wydał „Odrzanię. Podróż po Ziemiach Odzyskanych”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 5/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Poldi jedzie dalej