Pod horyzontem mrówek

Odgłosem, który od rana pierwszego dnia pobytu po ostatni tutaj zmierzch niezmiennie towarzyszy mi na balkonie, jest desperackie wycie silników ręcznej piły ścinającej konary (Husquarna?). Jedyne, co się zmienia, to odległość, a więc i natężenie dźwięku. Pracujących nie widzę i nawet nie wiem, czy gdybym zeszła na trawnik, natknę się na nich, czy też pracują gdzieś dalej. Całe uzdrowisko to właściwie jeden park, jeszcze ciągle w nienajgorszej kondycji, choć zmiany właścicieli dobrze nie wróżą. Ale uderzenie kilku letnich wiatrów lokalnych o sile huraganów pozostawiło spustoszenia, których nie zaleczy się teraz w parę tygodni. To, co słyszę co dzień przez cały pobyt, to przecież zaledwie usuwanie połamanych gałęzi i pniaków.
Czyta się kilka minut

Przeważająca większość z nas to przyjezdni. Goście, których oddziela od miejsca, w którym przebywają, coś jak cieniutka szyba szklana, niepozwalająca na nawiązanie prawdziwych więzi. Jesteśmy zadowoleni lub nie, coś tam chętnie poznamy, a coś innego wcale nas nie przejmie, ale gdy tak przez parę tygodni zasnuwamy tu swoje życie, jesteśmy zwróceni ku sobie samym i nastawieni na to, że wszystko, co dla nas ważne, zaraz ze sobą zabierzemy. Więc nie przychodzi nam na myśl, by tu pozostawić jakiś ślad po sobie. Może destrukcji przez to więcej, bo mniej nas obchodzi, czy coś tu zostanie na później, czy niekoniecznie. A nurt wydarzeń toczących się gdzieś w dalszej odległości też jakby nas nie obchodził zanadto, w tej chwili przynajmniej, tak jakbyśmy wierzyli, że skoro teraz jesteśmy na ich brzegu, to i potem nas nie zagarną. Ani zmartwieniem, gdy dotkliwe, ani frajdą niespodziewaną.

Moi przygodni sąsiedzi z tego samego stolika w jadalni reprezentują najlepsze cechy takiego horyzontu mrówek: pogodnie zakrzątnięci samym spędzaniem czasu i konsumpcją oferowanych przez ten pobyt korzyści, obróceni do swojego życia jego jasną stroną, nienatrafiający na ścieżki, na których trzeba by coś niewygodnie omijać, a nawet krzyżować. Ciągle wspominający minione sprawy dobre, ale jeszcze chętniej otwierający się na jutro - może już nie takie długie, ale przyjazne. Biorą do ręki najbliższą godzinę jak oferowany owoc: ciesząc się albo rezygnując, bez żalu ani pretensji.

Lubią opowiadać o swoich wnukach: uczniu klas pierwszych i przedszkolaku. Nie kryją, że to ich "najlepsza miłość" w życiu. I tak w pewnym momencie wśród pogawędki wpadamy na coś, co nie tylko nas, ale i ich najpierw stopuje, potem napełnia rosnącym znakiem zapytania. Czterolatek miał niedawno, po usłyszeniu obiegowej formuły "brud, smród i ubóstwo", zapytać: a co to jest ubóstwo, babciu?

Cóż łatwiejszego niż uspokoić się stwierdzeniem, że czterolatek takiego doświadczenia mieć nie musi. A jednak urwała nam się wtedy rozmowa, a znak zapytania nie przestawał rosnąć...

24 VIII 07

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 36/2007