W „Tygodniku”

Dopiero co rozmawialiśmy przez telefon. Nie spodziewałam się, że mnie wyprzedzi.

17.03.2013

Czyta się kilka minut

 / Fot. Bogdan Krężel
/ Fot. Bogdan Krężel

Teraz przeglądam w myśli wszystkie wspomnienia od 1958 r., kiedy Marek Skwarnicki zawitał do wznowionego „Tygodnika” (chyba razem z Zygmuntem Kubiakiem) i wszedł w krąg, nazywany „młodą redakcją”, co oznaczało kolegów, którzy dopiero wtedy zawitali na Wiślną. To, co wybieram do zapisania, to tylko kilka stron z książki, jaka powinna powstać, biografii Marka pełnej rozdziałów, z których każdy zasługuje na pamięć. Myślę, że ktoś wcześniej czy później ją napisze. Na razie próbuję utrwalić coś, co przypomina zbiór fotografii i nagrań.
To Marek, który odpisuje na listy do autorów proponujących nam teksty, i jak my wszyscy myli się czasem, mieszając debiutanta z dojrzałym autorytetem w swojej dziedzinie. To Marek zjawiający się zawsze u ks. Andrzeja Bardeckiego na cotygodniowej „klice metafizycznej”, czyli zebraniu działu religijnego. I wreszcie to Marek rozpoczynający serię ankiet dla czytelników wspaniałym tematem „Moi rodzice”. W dobie I sekretarza Gomułki, który ignorował, a nawet tępił wagę tradycji rodzinnej, było to prawdziwym wyłomem, przez który zaczęła wypływać rzeka pamięci o polskich dziejach widzianych przez drzwi domu rodzinnego. Potem ankiety następowały jedna po drugiej, zawsze entuzjastycznie obsyłane przez czytelników, zapełniające nam szpalty powszechnie czytanymi świadectwami. Materiały szły później na KUL, a najciekawsze Marek wybierał do kolejnych książek wydawanych przez Znak.
Ale to przecież tylko jeden z rozdziałów – publicystyka społeczna. Marek bardzo szybko został Spodkiem, wybierając sobie ten Szekspirowski pseudonim dla egzystencji felietonisty, którym pozostał do końca swojego życia redakcyjnego. To również owocowało zbiorami książkowymi. I znowu obracamy strony pamięci, bo Marek pisze wiersze i pisze pierwszą powieść „Marcin”, za którą dostanie nagrodę Kościelskich. To jest autobiografia ukryta pod fikcyjnymi bohaterami. Jeszcze wiele książek będzie się rodziło z własnych przeżyć, wśród których był przecież i dramatyczny czas powstania warszawskiego, i miesiąc obozu w Mauthausen, i studia na UW, i odzyskanie po latach kontaktu z ojcem emigrantem (przed wojną zawodowym wojskowym). A potem otwierają się rozdziały, które powinnam zostawić tym, co sobie z nimi lepiej poradzą, bo lepiej się na tym znają. To czas pontyfikatu Jana Pawła II, który Marek odda przede wszystkim dziennikarskiej obsłudze kolejnych podróży Papieża, ale również, gdy tylko zelżała żelazna kurtyna, współpracy z międzynarodowymi organizacjami Kościoła.
A przyjaźń z Papieżem wierna i niezłomna będzie miała uwieńczenie nie tylko w wydaniu jego korespondencji z Markiem, ale ich współpracy nad „Tryptykiem Rzymskim”, który stanowił w pontyfikacie Jana Pawła wydarzenie szczególnej wagi.
30 lat pracy Marka w „Tygodniku” zakończyło się mniej więcej z epoką PRL- u. To był konflikt z kolegami, którego, zaangażowana wtedy w pracę poselską, nie mogłam śledzić z bliska. Bardzo go przeżyłam, wydawał mi się jakąś pomyłką, którą się uda zaleczyć, ale „Tygodnik” zaciążył na życiu Marka jeszcze raz w sposób, którego nie podobna było przewidzieć. Już po roku 2000 Marek został razem z jeszcze trójką zasłużonych tygodnikowców głęboko i niesprawiedliwie zraniony książką Romana Graczyka „Cena przetrwania?”, w której archiwum SB w IPN-ie przyznana została bardzo pochopna wiarygodność. Marek spokojnie wyjaśnił sprawę w artykule w „Gościu Niedzielnym”, ale niestety nie został wzięty w obronę tak, jak należało. Dosłownie w ostatnich tygodniach życia raz jeszcze zranił go powrót autora książki do tej samej sprawy, czemu media poświęciły niestety sporo uwagi. Tej krzywdy już się nie naprawi.
I jeszcze jedno osobiste wspomnienie. Bo Markowi zawdzięczam coś, co mnie ogromnie uradowało, chociaż nie udało mi się doprowadzić tej sprawy do końca. Po podróżach do Wilna, już jako stolicy niepodległej Litwy, zamarzyłam, żeby litewską pieśń z Ostrej Bramy przyswoić w Polsce i śpiewać ku czci Matki Boskiej. Jest to pieśń naprawdę bardzo piękna. Marek nie znał litewskiego, ale na podstawie przekładu filologicznego stworzył tekst równie piękny. Niestety, o ile mi wiadomo, tylko chór Stuligrosza zaśpiewał tę pieśń na koncercie w Wilnie. Ale ja ją czasem śpiewam w myślach i wtedy wspominam Marka.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka, publicystka, felietonistka, była posłanka. Od 1948 r. związana z „Tygodnikiem Powszechnym”, gdzie do 2008 r. pełniła funkcję zastępczyni redaktora naczelnego, a do 2012 r. publikowała felietony. Odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 12/2013