Planeta ulgi

Tomasz Stawiszyński: Wyznawcy teorii spiskowych, antyszczepionkowcy i populiści nie są osobami niespełna rozumu. W imię bycia akceptowanym, obdarzanym zaufaniem i poczuciem bezpieczeństwa można...

Reklama

Planeta ulgi

Planeta ulgi

01.11.2021
Czyta się kilka minut
Tomasz Stawiszyński: Wyznawcy teorii spiskowych, antyszczepionkowcy i populiści nie są osobami niespełna rozumu. W imię bycia akceptowanym, obdarzanym zaufaniem i poczuciem bezpieczeństwa można poświęcić coś takiego jak prawda.
SZYMON SZCZEŚNIAK
M

MICHAŁ OKOŃSKI: Zacznę od historii z życia, dobrze?

TOMASZ STAWISZYŃSKI: Proszę bardzo.

Mój znajomy kupił przed laty mieszkanie na kredyt, którego rata dramatycznie wzrosła. Teraz dodatkowo uderza go wzrost inflacji. Ledwo wiąże koniec z końcem i czuje się tak udręczony, że zaczyna kwestionować swoje poczucie męskości i sprawczości.

Próbował o tym porozmawiać z kimś poza tobą?

Myślał o powrocie na terapię, ale miał poczucie, że terapeuta znów pytałby go o traumy z dzieciństwa.

Są statystyki wykazujące, że w świecie nierówności społecznych, nieprzejrzystych warunków zatrudnienia itd. jest więcej problemów o charakterze psychicznym. I są autorzy, którzy w ogóle kwestionują istnienie zaburzeń psychicznych albo je romantyzują, mówiąc, że to normalne zachowania w nienormalnym społeczeństwie. Nie idę tak daleko, ale myślę, że prywatyzacja cierpienia psychicznego faktycznie jest problemem. Inaczej kształtujemy stosunek do naszych przeżyć i emocji, kiedy uznajemy, że nie biorą się wyłącznie z jakichś defektów w naszych organizmach albo że nie są efektem doświadczenia krzywdy w odległej przeszłości, tylko mają źródła w sytuacji społecznej.

Kiedy ów mężczyzna zaczął rozumieć, że przyczyną jego cierpienia jest niesprawiedliwość społeczna, zrodziła się w nim wściekłość.

Słusznie!

Tyle że była to wściekłość bezsilna. Skoro kazali mu być kowalem własnego losu, to taki sobie wykuł.

Dlatego tak uderza mnie dysonans między tym, jak opisuje się i przedstawia ludzkie życie w dominującym przekazie medialno-kulturowym, a tym, jak ono wygląda realnie. Od dzieciństwa wyrastamy w opowieści, że należy realizować założone cele, robić karierę, zakładać rodzinę. Kultura popularna, reklamy, autoprezentacje w mediach społecznościowych mnożą obrazy dobrego życia, a na to wszystko nakładają się przekazy terapeutyczno-coachingowe. W ich myśl, kiedy już skonfrontujemy się z różnymi swoimi słabościami, kiedy przepracujemy wewnętrzną biografię, wejdziemy w kontakt z emocjami itd., będziemy w stanie zaznać życia spełnionego.

Na wszystko jest jakaś recepta, na wszystko jest poradnik i warsztaty: na nieudane związki, na poczucie rozpaczy, na żałobę, bo to wszystko są jedynie zakłócenia w naszym sposobie funkcjonowania. A jeżeli będziemy żyli zdrowo i utrzymywali dobre relacje z bliskimi, to końcówka naszego życia upłynie w harmonii. Ważne jest współczucie, empatia, kooperacja, natomiast pieniądze nie są najważniejsze...

Wiesz, ja bym był skłonny się zgodzić z tymi ostatnimi stwierdzeniami.

Ja też, ale sam zacząłeś od udręczenia człowieka, który nie jest w stanie spłacić kredytu. To jest właśnie ten dysonans. Nieustannie stykamy się ze światem brutalnych relacji, gdzie nasze dobre chęci, pracowitość i talent niewiele znaczą w zderzeniu z machiną systemu. Światem, w którym wielu cierpi i umiera w poczuciu opuszczenia, choć utrzymywało dobre relacje z bliskimi. A w sytuacji kryzysu, konfrontacji z chorobą, bankructwem, traumatycznym rozstaniem itd. zewsząd słychać: „nie przejmuj się, pozbierasz się, będzie OK”. Ta narracja wydaje mi się wręcz kompulsywna, a przecież czasami z choroby się nie wychodzi, sprawy idą źle, depresja i rozpacz łamią człowieka nieodwołalnie.

Mnie się wydaje, że ta narracja od dawna nie przekonuje – i nawet nie trzeba było pandemii, żeby sobie to uświadomić. Od licznych terapeutów i coachów mam tyle możliwych odpowiedzi na bezradność, że wobec nich też czuję się bezradny.

Wiele z tych odpowiedzi łączy imperatyw wychodzenia z trudnych sytuacji i przezwyciężania kryzysów za wszelką cenę. Orientowania się na to, co wesołe i konstruktywne, zamiast na smutne i destruktywne.

No i chyba dobrze.

Jasne: nie chodzi o to, żeby się pogrążać w rozpaczy. Ale nie da się trwale odseparować od doświadczeń stanowiących integralny aspekt naszego uniwersum. Życie nie składa się wyłącznie z wydarzeń pozytywnych, jego niezbywalną częścią jest cierpienie, smutek, bezradność, niemożność, a na końcu śmierć. Myślę, że poza wszystkim uznanie tego faktu zwyczajnie by nas odciążyło. Może nawet wiele z tych doświadczeń przestałoby być aż tak dotkliwych – bo stopień ich dotkliwości wiąże się przecież z wtłaczanym nam przekonaniem, że są w jakimś stopniu naszą winą, a w każdym razie błędem zawsze możliwym do skorygowania.

Kiedy przyznamy sami przed sobą, że czujemy się bezradni, możemy stracić motywację do dalszych starań. A ich stawką może być przecież nie tylko nasz los.

W dzisiejszym świecie panuje kult hiper­odpowiedzialności i hipersprawczości – systemy quasi-terapeuetyczne sprzęgają się tutaj z neoliberalizmem. Słyszymy, że nasz sukces, nasze położenie w hierarchii społecznej, nasz zasób środków na koncie wiążą się z zaradnością, pracowitością, talentami. A przecież poważne analizy ekonomiczne pokazują, do jakiego stopnia nasze miejsce jest zdeterminowane przynależnością do środowiska, w którym wzrastaliśmy – i że tylko jednostki zdołają przekroczyć bariery klasowe.

Inny, gorący w każdym sensie przykład: to, jak wmawia się nam indywidualną odpowiedzialność za los planety. Oczywiście nie mówię, że mamy nie segregować śmieci, wskazuję tylko na nieadekwatność tego kategorycznego imperatywu, który rodzi poczucie winy przy zakupie jakiegokolwiek dobra zapakowanego w plastikową torebkę.

Kto nam to robi?

W mediach społecznościowych komunikacja jest oparta na emocjach i łatwo o efekt kuli śniegowej – użytkownicy Facebooka czy Twittera w zasadzie ciągle funkcjonują w stanie moralnego pobudzenia. Powiedzenie, że jest się bezradnym i pozbawionym sprawczości – że się nie uratuje planety i że się nie przyjmuje odpowiedzialności za jej los – brzmi jak prowokacja. Ale ja naprawdę nie jestem w stanie wziąć na siebie tej odpowiedzialności – podobnie jak nie jestem w stanie wziąć na siebie odpowiedzialności za los ludzi na granicy. Oraz za całą resztę zła i okrucieństwa w świecie.

Owszem, mogę mówić, że uznaję to, co się dzieje, za moralny skandal, mogę wesprzeć organizacje, które starają się coś robić, mogę sam pomagać bezpośrednio, ale jako jednostka nie zmienię biegu wydarzeń, które zależą od gigantycznych interesów wielkich podmiotów politycznych i ekonomicznych. Na polskiej granicy realizuje się polityka Unii Europejskiej. To polscy i europejscy politycy są za to odpowiedzialni. A zatem, tak: jestem wobec tego bezradny, podobnie jak jestem bezradny wobec katastrofy klimatycznej.

Siejesz defetyzm.

Jestem od tego jak najdalszy. Myślę nawet, że samo powiedzenie głośno, że ratowanie planety jest bardziej zadaniem kilkudziesięciu najbardziej trujących państw i globalnych koncernów niż moim czy twoim, będzie dla kogoś źródłem ulgi.

Czyli jaki jest zasięg mojej sprawczości? Za co jestem odpowiedzialny?

Myślę, że na głębokim poziomie każdy swój realny zakres odpowiedzialności rozpoznaje. Ale jedną z najbardziej podstępnych strategii systemu późnego kapitalizmu – systemu opartego na konserwowaniu hierarchii i działającego na korzyść tych, którzy już są bogaci i potężni – jest wmawianie poczucia odpowiedzialności za wszystko jednostkom, które realnie mają jej niewiele.

Zaraz zostanę wyznawcą teorii spiskowej.

No ale popatrz: czy dla tych stu korporacji pompujących 80 proc. gazów cieplarnianych w atmosferę nie jest korzystne, żebyśmy to my czuli się odpowiedzialni za kryzys klimatyczny? Nie jest korzystne, żebyśmy się raczej stowarzyszyli w mediach społecznościowych przeciwko nieekologicznym postawom sąsiadów, którzy palą śmieciami, niż w końcu zagłosowali na polityków trafnie diagnozujących problem i mogących wprowadzić systemowe zmiany?

Wspomniałem o myśleniu spiskowym, bo po lekturze Twojej „Ucieczki od bezradności” zrozumiałem coś ważnego. Mianowicie, że wielu jego przedstawicieli to ludzie świadomi i wykształceni, którzy wcale niekoniecznie wierzą we wszystkie kolportowane w ich świecie opowieści.

Dużym błędem jest zakładanie, że wyznawcy takich koncepcji to osoby niespełna rozumu czy źle wyedukowane. Jakbyśmy zaczynali myślenie od niewłaściwego końca. Pytamy np., dlaczego przeciwnicy szczepień nie rozumieją, czym jest nauka, i odrzucają coś, co dla nas jest oczywistością. Dlaczego kwestionują świat medycyny i farmacji.

Jaki jest zatem właściwy koniec?

Np. przyznanie, że dla wielu ludzi zetknięcie ze światem współczesnej medycyny i ochrony zdrowia wiąże się z doświadczeniem uprzedmiotowienia. Przeżywali życiowy dramat, byli w lęku przed chorobą czy śmiercią, a zderzyli się z bezduszną machiną. Nie obwiniam lekarzy, którzy również bywają ofiarami patologicznego systemu, próbuję tylko pokazać źródła nieufności, która ich spotyka. Problematyczne zachowania koncernów farmaceutycznych opisywano wielokrotnie – HBO niedawno wyemitował film o kryzysie opioidowym w USA. Przy pomocy manipulacji i korupcji wprowadzono do obrotu środki skrajnie uzależniające, przedstawiając je jako nieszkodliwe. Miliony ludzi się od tego uzależniły. Setki tysięcy umarły.

No i mamy dystynkcję między oświeconymi elitami a tzw. plebsem. Nikt nie lubi być traktowany z wyższością. A jeśli po drugiej stronie jest wizja życia w harmonii z naturą – zakłóconej przez owe korporacje i substancje, które promują; życia w troskliwej i uważającej na siebie wspólnocie... tak, w imię takiej wartości można poświęcić niejedno.

Czyli chodzi o to, że w takiej wspólnocie czujesz się widzialny?

Ewolucja zaprojektowała nas do funkcjonowania w niewielkich plemionach i w warunkach czyhających zewsząd zagrożeń – ksenofobia, niechęć i agresja wobec tych, którzy wyglądają i zachowują się inaczej, sprzyjały naszemu przetrwaniu. Ale tu nie chodzi tylko o jednoczenie się przeciw myślącym inaczej. W takiej wspólnocie dostajesz komunikat: „jesteś ważny i twoje doświadczenie jest ważne”. W dzisiejszym świecie to bezcenne. I wybór nieprawdy kosztem prawdy jest w tym kontekście co najmniej zrozumiały: z pewnością można w imię bycia widzianym, akceptowanym, obdarzanym zaufaniem i poczuciem bezpieczeństwa poświęcić coś takiego jak prawda.

I to musi być zbudowane na wierze w spiski?

Lepiej byłoby powiedzieć: zbudowane na mitach. One po prostu wkraczają w światy opuszczone przez wielkie narracje, które nie tylko definiowały rzeczywistość, ale też przywracały w niej właściwe miejsce człowiekowi. Dawały mu poczucie, że jest na swoim miejscu i że jest tam z innymi. Światopogląd wyłaniający się z dzisiejszej nauki i skorelowany z realiami ekonomiczno-politycznymi raczej zostawia nas w poczuciu, że jesteśmy tu elementem przypadku, czymś niekoniecznym, że nasze życie nie ma więc żadnego sensu i celu.

Trump i Kaczyński nam tego nie powiedzą.

No i stąd się biorą ich sukcesy. Oni mówią: „wasze poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, wasze poczucie, że z tym światem coś jest nie tak, jest uzasadnione. Macie rację, to ludzie, którzy wami dotąd rządzili, robili z was idiotów”. Myślę, że dopóki obecna opozycja nie uzna realności tego doświadczenia, w Polsce nie dojdzie do zmiany władzy. Ludzie się od niej odwrócili nie dlatego, że są źli albo, jak powiedziała kiedyś w Tok FM pewna filozofka, mają mniejsze ciało migdałowate.

Odpowiedzialne za empatię i relacje z innymi.

Wyborcy PiS-u świetnie wiedzą, że politycy tej partii są bohaterami rozlicznych skandali i przehandlowują idee za posady. Tyle że oni nie uważają, że politycy mają być idealni. Wystarczy, że będą „nasi”. Że będą mówić do swoich wyborców: „wy jesteście OK, wasze emocje są dobre, dobra jest wasza historia, wasze jedzenie i wasza muzyka”. Komunikat poprzedników brzmiał: „musicie się solidnie napracować, żeby być tacy, jak my”. A ci się nie wywyższają.

Ale zostawmy politykę. Kiedy idziesz do homeopaty, wizyta trwa dwie godziny i pytają cię o wszystko: nie tylko o twój stolec, ale także o twoje sny, lęki, życie prywatne. Patrzą na to, jaki jesteś, i dobierają dla ciebie coś specjalnego.

No to powinienem już zapytać tylko o to, czy to działa?

Jest taka książka historyka medycyny Jaya Sheltona „Homeopathy: How It Really Works”, której konkluzje można zastosować do większości medycyn alternatywnych. Shelton mówi o efekcie „turbo placebo”. Powiedzenie, że to w ogóle nie działa, jest niezgodne z prawdą, choć w sensie wiedzy medycznej homeopatia to czysty fałsz. Ostatecznie efekt placebo jest realny. A to działa nawet odrobinę lepiej, bo daje korzystniejsze doświadczenia psychologiczne dzięki spotkaniu z kimś żywo tobą zainteresowanym.

Tylko że jest jeszcze pewien mechanizm, często obserwowany wśród osób wkraczających w dominium myślenia spiskowego myślenia. Kiedy już uwierzysz w jakiś fragment tej rzeczywistości, przestajesz dostrzegać złożoność świata. Owszem, zdarzyło się w przeszłości, że firmy farmaceutyczne dokonywały nadużyć, ale te nadużycia zostały wychwycone, doszło do korekt, powstała sieć instytucji kontrolujących, są badacze z niezależnych ośrodków, istnieje konsensus naukowy. Wszystko to znika, z wieloczynnikowego pola zostaje jeden czynnik. A gdy pozwalasz mu się rozgościć w swoim umyśle, wtedy cała reszta staje się problematyczna. Skoro oszukują cię farmaceuci, dlaczego nie mieliby cię oszukiwać przedstawiciele innych światów?

Mam wrażenie, że wybieranie jednego czynnika z wieloczynnikowego pola nie charakteryzuje tylko zwolenników teorii spiskowych.

Oczywiście. Kwestia zamknięcia na jakiekolwiek wątpliwości zastanawiała mnie zarówno w kwestii szczepionki na covid, ze zrozumiałych względów wprowadzanej w ekspresowym tempie, jak w wielu innych przypadkach, np. katastrofy smoleńskiej. Przecież w pierwszych godzinach po upadku prezydenckiego samolotu nic tak naprawdę nie było wiadomo. Na jakiej podstawie umowna nasza strona twierdziła od razu, że na pewno nie doszło tam do zamachu i że był to wypadek, za którym stała presja tego strasznego Kaczora? A na jakiej umowna tamta strona oparła natychmiastową diagnozę, że to był zamach? Na jakiej podstawie rzesze fecebookowiczów wyśmiewały przed rokiem każdego, kto obawiał się skutków ubocznych szczepień, skoro każda substancja je ma? I na jakiej podstawie antyszczepionkowcy oparli twierdzenie, że szczepienia to narzędzie depopulacji? Chcę być dobrze zrozumiany: nie chodzi o to, jak jest naprawdę, ale jak reagujemy w sytuacji, kiedy ktoś podważa naszą wizję świata.

Zaczynasz książkę od twierdzenia Junga, że za każdym idzie jego cień – tym większy, im mniej zespolony ze świadomością. W najdoskonalszym literacko wcieleniu tej teorii, czyli w „Czarnoksiężniku z Archipelagu”, bohater Ursuli Le Guin konfrontuje się z cieniem i integruje go w sobie. Rozumiem, że integracja cienia w przypadku ludzi żyjących w późnym kapitalizmie miałaby polegać na przyznaniu, że nie wszystko da się wyjaśnić?

Z tym dopowiedzeniem, że droga do przezwyciężenia dualizmu między mną a cieniem wiedzie przez doświadczenie bezradności. Przez konfrontację z tym, co nieprzewidywalne i ciemne – także we mnie. Bo przecież zazwyczaj cień, zło, zdolność do pogardy i przemocy umieszczam na zewnątrz. A clou jungowskiej obserwacji polega na tym, że nie dostrzegam jej u siebie.

Zaczynam rozumieć kontekst rozdziału o astrologii.

Teraz zapytasz, czy wierzę w astrologię?

Lubię rozmowy, w których jest jakiś porządny coming out.

Nie mogę powiedzieć, że wierzę. Ale rozumiem, dlaczego astrologia może działać w sposób transformacyjny. Przynosić ulgę w świecie indywidualizmu, nadodpowiedzialności i wygnania człowieka z tych wszystkich sfer mityczno-symbolicznych, w których wcześniej funkcjonował. Tak samo jak w tych fragmentach naszej rozmowy, w których mówiliśmy o zwolennikach teorii spiskowych, antyszczepionkowcach czy zwolennikach PiS: wychodzę od pewnego faktu, którym jest gigantyczny renesans astrologii, zwłaszcza w pokoleniu tzw. milenialsów, ale także ludzi dużo młodszych, i staram się go zrozumieć. Widziałem niedawno na Facebooku pewnego modnego warszawskiego lokalu, zatrudniającego i gromadzącego głównie dwudziestoparolatków, że popsuła im się łazienka, co skorelowali z retrogradacją Merkurego, tradycyjnie wiązaną z przypadkami zaburzeń komunikacyjnych – zresztą ostatnia awaria Facebooka również wydarzyła się dokładnie wtedy.

I jak tłumaczysz tę modę?

Astrologia niesie pewien rodzaj tożsamościowej narracji, radykalnie różnej od opowieści, o której tyle tu powiedzieliśmy – opowieści o kowalu własnego losu. W świecie ogołoconym przez naukę z celowości i sensowności, rozparcelowanym i nieprzewidywalnym, dostajesz obraz siebie jako czegoś na moment, w chwili urodzenia, ukonstytuowanego przez grę kosmicznych sił. Wszechświat astrologiczny jest przesycony znaczeniami. Planety nie są jedynie bryłami materii – każdej przypisano pewien symboliczny sens. Układy planet możesz przy pomocy matematycznych narzędzi odczytywać, a przy pomocy symbolicznych – interpretować. Mówiąc najbardziej ogólnie: astrologia głosi, że świat nie jest bez sensu, a jednostka nie jest kowalem własnego losu. Moim zdaniem samo to działa dziś odciążająco.

A nie determinuje?

Nie. Współczesna astrologia unika determinizmów. Raczej pokazuje potencjały. Obiecuje rodzaj wglądu w siebie, twierdzi, że pozwala dostrzec aspekty siebie dotąd niezauważane i z nimi pracować – albo że pomaga przygotować się do czegoś, co cię czeka, i przejść przez to bardziej świadomie.

Dla mnie to, o czym piszesz i mówisz, jest opowieścią o świecie bez religii. Terapia i psychoanaliza, teorie spiskowe, astrologia – to wszystko próby poradzenia sobie z jej kryzysem.

Tak, bezradność i śmiertelność są niemile widziane nie tylko dlatego, że się nie mieszczą w modelu rynkowo-ekonomicznym, ale także dlatego, że w tym świecie nie ma Boga. Ten fakt powoduje, że jesteśmy bezradni podwójnie. Najwyraźniej jednak potrzebujemy struktury mitologiczno-symbolicznej, pozwalającej objąć te obszary ludzkiego życia. Mam zresztą poczucie, że chrześcijaństwo jest ostatnią wielką antropologią, która przechowała obraz człowieka jako istoty niedoskonałej i upadającej. I że idąc w fantazje o własnej wszechmocy i nieomylności gubimy gdzieś rzeczy tak fundamentalnie ważne, jak wzajemna troska.

A co z tymi gwiazdami?

Bardzo ważny dla mnie James Hilman mówi o podejściu „tak jakby”. Nie traktuję pewnych przekonań o charakterze mitologicznym jako dosłownej prawdy o świecie. Nie muszę naprawdę uważać, że pozycja planety Mars w twoim horoskopie odzwierciedla twoją agresję, sferę popędową czy potrzebę ekspansji – ale zarazem nie muszę twierdzić, że to bzdura. Mogę przyjąć postawę tak, jakby℗℗℗ to rzeczywiście było ze sobą powiązane. Dotyczy to wszelkich przekonań mitologicznych czy religijnych. Potrzebujemy rytuałów, zawieszeń dosłowności, kontaktu z czymś, co Hilman nazywał „duszą”, a co pozwala mówić o rzeczywistości w sposób metaforyczny i podejmować kwestie tak fundamentalne jak śmierć czy miłość. Mając do wyboru twardy scjentyzm, skrajny naturalizm, materializm radykalny, co dzisiaj jest modelem wynikającym z perspektywy naukowej, a z drugiej strony literalny spirytualizm, dosłownie rozumianą religijną opowieść o zaświatach, w których żyje osobowy Bóg stwórca, staram się mediować. Choć osobiście jestem raczej zdecydowanie niewierzący.

Raczej zdecydowanie...

No i sam widzisz.

Widzę. Tak jakby.

Chciałeś jeszcze o coś zapytać?

Dla Justyny Dąbrowskiej byłbyś za młody, by odpowiadać, ale zapytam mimo wszystko: co w życiu jest warte starania?

Miłość i bliskość. Że ktoś z nami, a my z kimś w tej osobliwej sytuacji istnienia się znaleźliśmy i że razem idziemy. Taką wspólnotę można odczuwać zarówno z drugim człowiekiem, jak i z innym niż ludzkie zwierzęciem.

No to weźmy Twojego psa na spacer.

TOMASZ STAWISZYŃSKI jest filozofem i publicystą. Autor wielu audycji w Radiu Tok FM oraz podkastu „Skądinąd”, a także książek „Potyczki z Freudem. Mity, pułapki i pokusy psychoterapii”, „Co robić przed końcem świata” oraz wydanej właśnie – i będącej pretekstem do tej rozmowy – „Ucieczki od bezradności”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Eseista i filozof, znany m.in. z anteny Radia TOK FM, gdzie prowadzi w soboty Sobotni Magazyn Radia TOK FM, Godzinę filozofów i Kwadrans Filozofa, autor książek „Potyczki z Freudem. Mity,...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]