Paradoks złota. Nie ma go dużo, ale bez niego gospodarka nie istnieje

Ostatnio gwałtownie tanieje. Wiadomo też, że nie zastąpi Polsce miliardów z UE na obronność. Ale to jeszcze nie znaczy, że złoto przestaje być ważne.
Czyta się kilka minut
Instalacja Pawła Althamera „Złota Wyspa”, dawny wybieg dla niedźwiedzi przy warszawskim ZOO został pomalowany na złoto, sierpień 2023 r. // Fot. Jakub Celej / materiały prasowe Muzeum Warszawy
Instalacja Pawła Althamera „Złota Wyspa”, dawny wybieg dla niedźwiedzi przy warszawskim ZOO został pomalowany na złoto, sierpień 2023 r. // Fot. Jakub Celej / materiały prasowe Muzeum Warszawy

Ben Bernanke, przewodniczący Systemu Rezerwy Federalnej USA, zeznając w lipcu 2013 r. przed senacką komisją bankowości, wypalił: „Nikt tak naprawdę nie rozumie cen złota. Ja też nie będę udawać, że je rozumiem”. 

Nie wiadomo, czy pod tamtą deklaracją amerykańskiego kolegi po fachu podpisałby się prezes Narodowego Banku Polskiego. Ostatnie publiczne wypowiedzi Adama Glapińskiego, zapowiadającego naprzemiennie zwiększanie polskich rezerw złota i wykorzystywanie ich dla rozwoju polskiej obronności, mogły jednak wzbudzić w odbiorcach przekonanie dokładnie odwrotne: czyżby szef NBP wiedział o tym surowcu coś, czego nie wiedzą inni? 

Mogły wzbudzać takie przekonanie, ale do niedzieli 15 marca. Cena złota, od miesięcy bijąca kolejne rekordy, ruszyła wtedy ostro w przeciwnym kierunku. 

W ciągu zaledwie dwóch tygodni od konferencji, na której Glapiński zaprezentował zarys programu „SAFE zero”, potaniało o ponad 20 procent. Polskie rezerwy tego kruszcu, szacowane przez NBP na 570 ton, straciły w ten sposób na wartości ok. 62 mld zł – jedną trzecią kwoty, którą prezes chciał zasilić polskie wojsko i rodzimy przemysł obronny.

Właśnie to miał na myśli Ben Bernanke. Jako surowiec transakcyjny złoto jest nieprzewidywalne. Gdyby było inaczej, nigdy nie stałoby się tym, czym jest.  

Kiedy rośnie popyt na złoto? 

W świecie złota mało co bywa oczywiste. Miarą wagi używaną w handlu tym kruszcem jest uncja zwana trojańską –  lecz nie od Troi, a francuskiego miasta Troyes, które było ważnym ośrodkiem handlowym i jubilerskim średniowiecznej Europy. 

Uncja trojańska, czyli 31 g z małym hakiem, występuje zresztą w handlu na przemian ze sztabką, czyli prostopadłościanem ważącym 12,44 kg. A żeby sprawę skomplikować jeszcze bardziej, oprócz wagi surowca o jego cenie decyduje też próba, odpowiadająca zawartości czystego złota w stopie z innymi metalami.

W rezultacie dla przeciętnego polskiego klienta, przyzwyczajonego do systemu dziesiętnego, ceny złotego kruszcu bywają enigmą i dopiero kalkulator podpowie, że aktualne 4,5 tys. dolarów za uncję najwyższej próby, w przeliczeniu na gramy daje ok. 525 zł. Jeszcze miesiąc temu za tyle samo można było dostać w skupie ponad 70 zł więcej.

Sztabki złota produkowane przez KGHM // Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl

Jeśli spojrzymy na wykresy kursowe, którymi chełpią się ekonomiczni kuglarze kuszący bezpieczną inwestycją w złoto, od początku stulecia jego cena wzrosła ponad piętnastokrotnie, potwierdzając obiegową prawdę, jakoby nie można było na nim stracić. 

Wskaźnik kreślony z takim rozmachem chronologicznym nie pokaże jednak chwilowych, ale sporych wahań cenowych. Bo czasami złoto drożeje w sposób niejako oczywisty i przewidywalny – jak po upadku banku Lehman Brothers we wrześniu 2008 r., kiedy świat finansów zamarł w oczekiwaniu na kolejny Wielki Kryzys. 

Innym razem tanieje jednak wbrew regułom ekonomii i zdrowemu rozsądkowi, jak chociażby wiosną 2011 r. po trzęsieniu ziemi i tsunami, które uszkodziło elektrownię atomową w japońskiej Fukushimie. Albo teraz, po ataku Izraela i USA na Iran.

Wojny i wielkie katastrofy co do zasady zwiększają popyt na złoto postrzegane jako bezpieczna przystań dla kapitału w burzliwych czasach. Konflikt w rejonie Zatoki Perskiej doprowadził jednak do błyskawicznego wzrostu cen ropy, który z kolei wywindował ceny paliw. Drożyzna na stacjach to zaś niemal pewna zapowiedź ostrzejszej inflacji, bo wyższe koszty transportu muszą przełożyć się na wzrost cen większości towarów i usług. 

A stąd już blisko do konstatacji, że banki centralne na całym świecie w obliczu takiego zagrożenia podniosą zapewne stopy procentowe, aby wyrwać inflacji kły.

Złoto drożało intensywnie od kilkunastu miesięcy. Pomiędzy lutym 2024 r. a lutym br. jego cena wzrosła przeszło dwukrotnie. Wielu inwestorów doszło więc zapewne do wniosku, że gdy na horyzoncie pojawia się znów okazja do dobrego i do tego pozbawionego ryzyka zarobku, czas spieniężyć złoto i kupić dobrze oprocentowane, bezpieczne w obecnym, chybotliwym świecie obligacje.

To właśnie największy paradoks tego kruszcu: surowca, który od stuleci uchodzi za idealne zabezpieczenie na czarną godzinę i zarazem na tyle nieprzewidywalnego, by stać się narzędziem międzynarodowego obrotu handlowego i wielkich spekulacji.

Dlaczego złoto jest „na wagę złota”

Pora przedstawić bliżej głównego bohatera. Rzymianie mówili o nim aurum i właśnie pod taką nazwą trafił kilkanaście stuleci później na tablicę Mendelejewa. Chemicy – potomkowie alchemików zajętych poszukiwaniami kamienia filozoficznego, który pozwoliłby im zamieniać w złoto co dusza zapragnie – jako pierwsi opisali językiem nauki powody stojące za twierdzeniem, że to właśnie ono stało się towarem „na wagę złota”. 

Ciężki metal o liczbie atomowej 79 okazał się nie tylko plastyczny w obróbce, za co pokochali go jubilerzy. Jest też wyjątkowo odporny na niszczące reakcje chemiczne z innymi pierwiastkami – co uczyniło go niejako naturalnym kandydatem na lokatę kapitału odporną na upływ czasu. Co prawda natura stworzyła substancje jeszcze stabilniejsze chemicznie, ale trudno sobie wyobrazić oszczędności ulokowane w helu czy argonie.

Złoto, dzięki swojej odporności na korozję i świetnej przewodności, wykorzystywane jest dziś w elektronice (procesory), przemyśle kosmicznym oraz medycynie (implanty). Zarazem zawsze miało – i nadal ma – jeszcze jedną wielką zaletę: nie występuje w dużej ilości.

Rozpoznane zasoby tego kruszcu szacuje się obecnie na 130-133 tys. ton, głównie w RPA, Rosji, Chinach, Chile i w USA (dla porównania, węgla kamiennego mamy w Polsce około 3 mld ton). Wielkość tych, które aktualnie nadają się do eksploatacji, to około 55-60 tys. ton. Przy obecnym poziomie wydobycia wystarczą na 15-20 lat, ale poszukiwania nowych pokładów trwają nieustannie i areał złotonośnych pól systematycznie się powiększa. 

Dwa lata temu w chińskiej prowincji Hunan odkryto złoże z około 300 tonami złota. Innym ważnym punktem na surowcowej mapie globu jest kopalnia West Red Lake w kanadyjskim Ontario, w której znaleziono niedawno pokłady o tak dużej zawartości złota w rudzie, że ich eksploatacja będzie opłacalna nawet po załamaniu cen tego surowca. Na pograniczu Argentyny i Chile trwa już wydobycie z równie obiecujących pokładów złoża Filo del Sol. 

Czy wystarczy tego dla zaspokojenia rosnących potrzeb gospodarki na sterydach globalizacji? Miliarder Warren Buffet zwykł powtarzać, że sześcian powstały po przetopieniu globalnych zasobów złota w jedną bryłę miałby bok nie dłuższy niż 25 metrów. 

W tym przypadku znany inwestor giełdowy nie opierał się jednak na legendarnej intuicji, lecz dorocznych raportach Światowej Rady Złota, która szacuje, że w całej historii wydobyto z ziemi około 205-215 tys. ton tego kruszcu. Gdyby wspomniany sześcian jakimś cudem trafił dziś na sprzedaż, byłby wart nieco ponad 16 bilionów dolarów. Mówiąc jeszcze inaczej – równowartość niemal 14 proc. zeszłorocznego produktu krajowego brutto całego świata.

Jak do tego doszło i co to oznacza – zarówno dla świata wielkich finansów, jak i portfela przeciętnego Smitha lub Kowalskiego? Zanim odpowiemy na to pytanie, musimy na chwilę przenieść się do złotego wieku Hollywood.

Jak złoto stało się filarem finansów 

Oddziały alianckie kierowały się już na Paryż, a w Berlinie niemieccy oficerowie dopinali właśnie plan zamachu na Hitlera, kiedy na początku lipca 1944 r. w hotelu Mount Washington w amerykańskim Bretton Woods do rozmów zasiadło 730 przedstawicieli 44 państw alianckich. 

Celem konferencji było zarysowanie powojennego ładu gospodarczego, a właściwie namaszczenie amerykańskiego dolara na przewodnią walutę świata. Kontrkandydatów nie było, bo gospodarka USA jako jedyna nie ucierpiała przez wojnę. Imperium brytyjskie wychodziło z niej okrutnie pokiereszowane. Niemcy nie mogli się liczyć jako przegrani, a Związek Radziecki był kolosem na glinianych nogach.

Do objęcia przewodnictwa nad światową gospodarką dolar był zresztą świetnie przygotowany. Jeszcze w latach 30. administracja Roosevelta przeprowadziła szereg reform, dzięki którym ekonomiczny silnik Stanów Zjednoczonych, zatarty przez Wielki Kryzys z roku 1929, zaczął szybko odzyskiwać wysokie obroty. 

W 1933 r. USA uporządkowały własny obieg pieniężny, w którym krążyło wiele monet i banknotów z różnych emisji – włącznie z wciąż ważnymi pierwszymi dolarami jeszcze z XVIII w. Reforma Roosevelta zastąpiła je nowoczesnym, dobrze zabezpieczonym przed podróbkami pieniądzem. 

Wartość dolarów w obiegu miała być odtąd wiernym odzwierciedleniem wartości amerykańskich depozytów złota zgromadzonych we wzniesionym właśnie Forcie Knox. Delegaci zgromadzeni w Bretton Woods mogli więc z czystym sumieniem uczynić z „zielonego” wzorcową walutę. Uncja złota miała być odtąd wymienialna na 35 dolarów, zaś inne waluty świata miały pilnować jedynie swojego kursu do dolara i zabezpieczać go swoimi rezerwami złotego kruszcu. 

Nad stabilnością całego systemu miał zaś czuwać powołany do życia Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

Powojenny ład nie utrzymał się jednak długo. Sukcesy amerykańskiej gospodarki i renoma dolara na świecie sprawiły, że już w 1960 r. zagraniczne depozyty dolarowe przekraczały swoją wartością to, co amerykańska rezerwa federalna trzymała w Forcie Knox. Stało się jasne, że sztywne powiązanie „zielonego” ze złotem jest anachronizmem w warunkach globalizującej się gospodarki. 

Aby nie dopuścić do utraty swoich rezerw, 15 sierpnia 1971 r. USA zawiesiły więc wymienialność dolara na złoto, a dwa lata później upłynniły jego kurs do innych walut. Cena „zielonego” miała odtąd odzwierciedlać nie wartość amerykańskich rezerw złota, ale zaufanie do gospodarki USA i stabilności państwa.

Ryzyko rozpadu światowego systemu walutowego było jednak spore, toteż z innych krajów na USA posypały się gromy. Delegacja finansistów z Europy Zachodniej przyjechała nawet do Waszyngtonu na rozmowy ostatniej szansy, ale od Johna Connally’ego, sekretarza skarbu w gabinecie Richarda Nixona, usłyszeli jedynie słynne zdanie, że „to nasza waluta, a wasz problem”.

Świat wszedł w trwającą do dziś epokę tzw. pieniądza fiducjarnego, czyli wartego tyle, na ile rynki wyceniają zaufanie do jego emitenta.  

Dlaczego banki centralne gromadzą złoto

Scott Bessent, który dziś sprawuje tę funkcję w ekipie Donalda Trumpa, nie może już bezkarnie pozwolić sobie na podobną dezynwolturę. Ameryka pozostaje gospodarczym pępkiem świata, ale już nie dzieli jej do reszty taka przepaść, jak w pierwszych powojennych dekadach, gdy ponad połowa globalnej produkcji przemysłowej była made in USA.

Stany Zjednoczone mogą jednak nadal szczycić się największymi rezerwami złota, przekraczającymi 8,13 tys. ton tego surowca o bieżącej wartości rynkowej rzędu 1,3 bln dolarów. Inna sprawa, że w Forcie Knox, w którym wedle deklaracji władz przechowywana jest przeszło połowa tych zasobów, od czasów Eisenhowera nie przeprowadzono pełnej inwentaryzacji. 

Milczenie Waszyngtonu w tej sprawie regularnie podsyca więc teorie, jakoby główny skarbiec USA od dawna świecił pustkami, ewentualnie dla niepoznaki zapełniono go sztabkami cieniutko pozłoconego wolframu. Plotki o pustej kasie w 1974 r. wymusiły nawet na władzach zorganizowanie słynnej wizyty kontrolnej dla kongresmenów i dziennikarzy, którym pozwolono zajrzeć za ważące 20 ton drzwi skarbca.

Kolejną kontrolę w ubiegłym roku zapowiedział Donald Trump, ale skończyło się na słowach, nie pierwszy raz w przypadku 47. prezydenta USA.

Niemiecki Bundesbank, posiadacz drugich największych rezerw złota (3,4 tys. ton), nie musiał nigdy mierzyć się z podobnymi plotkami. Polska ze swoimi 570 tonami jest na wysokim, bo 11. miejscu, ale tak samo jak w przypadku USA czy Niemiec – wartość pieniądza pozostającego nad Wisłą w obiegu nie ma pełnego zabezpieczenia w krajowych depozytach złota. Tak dziś po prostu się nie da.

Gdyby bowiem zsumować wszystkie zapisy na kontach, lokatach i rachunkach inwestycyjnych wszystkich klientów indywidualnych i korporacyjnych globu, otrzymamy kwotę bliską już 900 bln dolarów. Jak to możliwe przy założeniu, że cała gospodarka świata produkuje rokrocznie dobra i usługi warte zaledwie 117 bln dolarów? Pieniądz uwolniony ze złotych więzów parytetu kruszcowego zaczął po prostu szybciej krążyć po świecie w formie zapisu księgowego, który łatwo powielić w przeciwieństwie do brzęczącej monety. 

Aby rozruszać gospodarki sparaliżowane brakiem gotówki po upadku Lehman Brothers, a potem pomóc wyjść im z pandemicznego paraliżu, wiele państw rozpoczęło dodruk pieniądza. W globalnej gospodarce pojawiło się więc mnóstwo kapitału bez pokrycia w realnych zasobach. 

Wiele banków centralnych w ostatnich latach ściągało te pieniądze z obrotu, kupując za nie właśnie złoto. Narodowy Bank Polski, który tylko od 2022 r. nabył ok. 280 ton szlachetnego kruszcu, należał tu do najaktywniejszych graczy. Zakupy miały jeszcze jeden cel. Chętni na polskie obligacje są po prostu spokojniejsi o swoje pieniądze, gdy wiedzą, że pożyczają je krajowi dysponującemu dużymi rezerwami złota.

Ile złota mamy w domu

Współczesna gospodarka, napędzana kryptowalutami i innymi skomplikowanymi produktami finansowymi, nadal nie umie obyć się bez swoistego kręgosłupa, jaki stanowi dla niej złoto. A nawet więcej – regularnie pojawiają się głosy, że powrót do świata urządzonego podług parytetu złota jest tylko kwestią czasu. 

Willem Middelkoop w głośnej książce „Big Reset” wydanej w 2014 r., dawał na to globalnej gospodarce najwyżej sześć lat. Około 2020 r. – jak twierdził holenderski inwestor i ekonomista – pod ciężarem długu publicznego rządy i banki centralne miały stracić nie tylko możliwość dalszego dodruku pieniądza, ale też obsługi zadłużenia.

Światowa gospodarka upodobniłaby się wówczas do Republiki Weimarskiej z lat 20. XX w., którą sparaliżowała hiperinflacja

Upadłby dolar jako międzynarodowa waluta numer jeden. Rządy poszczególnych krajów stanęłyby przed alternatywą – albo szybko siadamy do stołu do pracy nad nowym Bretton Woods, które pożegna się z pieniądzem fiducjarnym i znów powiąże go ze złotem, albo seria lokalnych krachów zmieni się w globalne tsunami nie do zatrzymania. Zamiast krachu, przyszła jednak pandemia i kasandryczne wizje Middelkoopa się nie ziściły.

Ale czy ważny bohater musi być zawsze bohaterem pierwszoplanowym? 

Dla rzeszy drobnych ciułaczy z całego świata złoto od dawna jest pierwszym wyborem na czarną godzinę. Światowa Rada Złota szacuje, że ręce, uszy i szyje prywatnych inwestorów zdobi dziś co najmniej 26 tys. ton tego surowca – niewiele mniej od rezerw wszystkich banków centralnych. 

Z dala od rynków surowcowych, giełd i innych mateczników współczesnego turbokapitalizmu, miliony ludzi trzymają w domu złoto na czarną godzinę w formie pierścionków, kolczyków i innych drobiazgów. 

Do listy złotych paradoksów można zatem na koniec dodać jeszcze jeden: pierwiastek o liczbie atomowej 79 w naturalny sposób łączy elitarność z egalitaryzmem.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 14/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Liczenie jest złotem