Kanada postrzegana jest jako miejsce narodzin liberalnych idei, kraj otwarty, stawiający na innowacyjność. To wszystko prawda. Jednak pod względem gospodarczym nadal jest ona mocno zależna od górnictwa: od wydobycia metali, minerałów, gazu oraz ropy. I to właśnie tzw. ciężkiemu górnictwu zawdzięcza swoje współczesne bogactwo.
Kanada to także jeden z największych na świecie eksporterów surowców. Jeszcze zanim powstało to państwo, ziemie te zasłynęły eksportem futer, pszenicy, rzepaku i drewna doskonałej jakości. Dziś słyną też z wołowiny i wody butelkowanej. Najwięcej zysków wciąż przynosi jednak wydobycie: ropy i gazu, uranu i węgla, licznych metali i minerałów.
Jeden z ośrodków tego wydobycia to północna część stanu Ontario – jest tutaj kilkadziesiąt kopalń, w tym liczne złota i platyny. I wciąż otwierają się nowe, bo tzw. Tarcza Kanadyjska – rozległy płaskowyż skalny, czyli prekambryjski twór geologiczny, stanowiący fundament kontynentu Ameryki Północnej – to jeden z najbogatszych w minerały obszarów globu. Nikiel, złoto, miedź i srebro wydają się tutaj na wyciągnięcie ręki.
Nigdzie nie widać tego lepiej niż w Sudbury.
Żadne miasto Kanady nie rozwijało się tak szybko jak Sudbury
Miasto zostało założone w 1883 r., w trakcie budowy Kolei Transkanadyjskiej (połączyła ona Montreal z Vancouver, tj. wschodnie wybrzeże z zachodnim). Inżynier Tom Flanagan natrafił tam wówczas na czerwoną skałę o lekko złotym błysku. Odkrył, że zawiera siarczki miedzi i niklu – już wtedy cennych surowców.
Pięć lat później ruszyły pierwsze kopalnie odkrywkowe. Ze wschodu kraju oraz z zagranicy (np. Skandynawii, Włoch, ziem Polski i Ukrainy) zaczęli przybywać tu liczni osadnicy. Każdy chciał wykopać dla siebie trochę bogactwa. Powstało miasteczko w klasycznym kanadyjskim stylu: wokół jednej gałęzi przemysłu.
W latach 30. XX w. żadne miasto w Kanadzie nie było tak bogate i nie rozwijało się tak szybko jak Sudbury. Powstała tutaj sieć kopalń (niektóre głębokie nawet na 2 km) stała się jedną z najbardziej produktywnych na świecie. Poza miedzią i niklem znaleziono złoża platyny, złota, srebra i żelaza.
W czasie obu wojen światowych miasto stało się miejscem strategicznym dla przemysłu ciężkiego. Mówi się, że połowa artylerii aliantów powstała dzięki niklowi z Sudbury. Nawet dzisiaj, gdy kopalniany boom trochę się uspokoił, ponad trzy czwarte mieszkańców Sudbury zależnych jest od przemysłu górniczego.
Dlaczego to miejsce jest bogate w minerały?
Symbolem miasta jest Big Nickel – pomnik wielkiej pięciocentówki, wykonanej z niklu. Ze wzgórza, na którym go ustawiono, doskonale widać dzielnice ciągnące się przez wzgórza i doliny. Przy populacji 166 tys. osób Sudbury zajmuje bowiem obszar sześć razy większy niż Warszawa. Mieszkańcy lubią żartować z cudzych wielkomiejskich korków, mówiąc, że „Toronto jest dwie godziny jazdy od Toronto”. Ale rozłożystość ich miasta sprawia, że sami spędzają godziny na dojazdach.
Dlaczego akurat to miejsce jest tak bogate w minerały? Odpowiedzi udziela geologia: 1,8 miliarda lat temu w tę okolicę uderzył meteoryt o średnicy dziesięciu, może nawet szesnastu kilometrów. Ocenia się, że leciał z szybkością ośmiu prędkości dźwięku. Wbił się w skorupę ziemską na głębokość 10 km, wyrzucając odłamki skalne na 2 tys. km w górę.
Gdy odłamki stopionej skały osiadły na ziemi, utworzyła się powłoka o głębokości 2 km, a fale tsunami oblały ją, zostawiając osad. Przez tysiące lat woda utrzymywała się w tym kraterze, pozwalając gorącym skałom ochłodzić się i okrzepnąć. Powstała nowa warstwa skalna. Na górze osiadły metale lekkie, na dole ciężkie: stopiona skała pełna minerałów.
Przez następne półtora miliarda lat w Sudbury wypiętrzyły się góry, które następnie zerodowały do niskich pagórków, odsłaniając rudy metali. Przez miliony lat krater nabrał eliptycznego kształtu.
Dziś krater Sudbury jest trzecim największym kraterem powstałym z uderzenia ciała niebieskiego na Ziemi; jego średnicę ocenia się na 150-250 km. Obecny krajobraz zdobią pagórki, doliny i trzysta trzydzieści jezior. W tym Wanapitei, największe na świecie jezioro leżące w obrębie jednej miejscowości – leży w granicach administracyjnych Sudbury.
W Sudbury praca w górnictwie przechodzi z ojca na syna
Dla górników praca jest tutaj czymś, co dziedziczą z pokolenia na pokolenie.
Jeden z moich rozmówców, 30-letni Justin B. (rozmówcy prosili o niepodawanie nazwisk), do kopalni poszedł zaraz po skończeniu liceum. Jego przodkowie z obu stron, ukraińskiej i francuskiej, przybyli tu z Europy na początku XX w.
W 2020 r. Justin kupił dom nad Vermillion Lake – Jeziorem Cynobrowym, nazwanym tak od koloru okalających je klonów. Teraz klony są jeszcze bezlistne, ale widok na jezioro zapiera dech w piersi. Jest ciche, wciąż pokryte śniegiem. – Nieruchomości z zejściem nad jezioro są bardzo drogie, dlatego tych, którzy tu mieszkają, nazywa się „vermilionerami” – mówi z dumą Justin.
Żeby zostać „vermilionerem”, Justin pracuje po 10-12 godzin dziennie. Czasem zaczyna swoją zmianę po południu, a czasem musi wyjść z domu już o trzeciej w nocy. W dni wolne, które mogą wypaść w weekend albo w ciągu tygodnia, przygotowuje sobie posiłki na cały tydzień.
Za odłożone pieniądze kolekcjonuje obowiązkowy zestaw tutejszego górnika-pasjonata: pick-up, skuter śnieżny (zwany ski-doo) i skuter wodny (sea-doo). Aby utrzymać status społeczny, Justin zamawia nowy model sea-doo już w marcu: – Kiedy człowiek przyzwyczai się do pewnego stylu życia, później trudno z niego zrezygnować.
Justin nie zrezygnował z pracy w kopalni nawet po śmierci ojca, Norma, który zginął w wypadku w 2014 r. Wspomina: – Ojciec był typowym Francuzem, silnym, męskim i małomównym. Takim twardym gościem. Jednocześnie dla mnie i siostry był pluszowym misiem.
Tu wyjaśnijmy, że w Sudbury są dwa języki urzędowe, angielski i francuski; tego drugiego używa prawie jedna trzecia mieszkańców (wielu identyfikuje się i jako Kanadyjczycy, i jako Francuzi).
Alkoholizm i używki to duży problem wśród górników
Justin zbliżył się do ojca, gdy razem zaczęli pracować w kopalni. Dla Norma syn stał się wtedy „prawdziwym mężczyzną”. Od tej pory mogli rozmawiać jak równy z równym. Zaczęli chodzić razem na ryby, a Justin zaczął opowiadać ojcu o dziewczynach. Wcześniej, w dzieciństwie, bywało i tak, że ojciec zrzucał go ze schodów i spluwał w twarz, że wyzywał siostrę, a matkę bił na oczach dzieci. Alkoholizm i używki to duży problem wśród mężczyzn, którzy codziennie ryzykują życiem.
Trzy dni przed wypadkiem, w którym zginął ojciec, Justin odmówił pracy w kopalni. Była to jedna z jego ostatnich szycht na kończącym się kontrakcie. Na poziomie, na którym mieli pracować, widział pękający beton i wyciekającą wodę: – Jeśli na betonie pojawiają się pęknięcia, to znaczy, że ziemia nad nim zaczyna się ruszać. Woda oznacza niesprawny układ pompujący. Z kolei woda i odsłonięty metal oznaczają korozję.
Justin uparł się i nie zjechał na dół. Ojciec wyśmiał jego obawy i zginął.
Po śmierci ojca Justinowi nie odnowiono kontraktu. Wyjechał na dwa lata do Saskatoon w prowincji Saskatchewan, a po powrocie skończył inżynierię cywilną: – Chciałem mieć jakąś dodatkową umiejętność. Kocham pracę w kopalni, to moja pasja, ale warto mieć coś w zanadrzu, jeżeli miałoby się coś wydarzyć.

W Sudbury wykształcenie wyższe ma tylko ok. 17 proc. mieszkańców; wśród górników ten odsetek jest jeszcze niższy. Justin twierdzi jednak, że kopalnia nauczyła go więcej niż studia: samodyscypliny, bycia samowystarczalnym, a także gotowym do poświęceń dla bliskich i kolegów. – W końcu pod ziemią nasze życie zależy od nas nawzajem – tłumaczy.
W Sudbury u każdego w rodzinie jest artretyzm
Dziś chodniki w kopalniach w Sudbury są dobrze oświetlone i wietrzone przez wentylację, a większość maszyn pracuje na prąd i nie emituje zanieczyszczeń. Zasady bezpieczeństwa są surowe. Mimo to praca tutaj to wciąż ryzyko. Wielu górników cierpi na choroby płuc i artretyzm.
Justin: – Ojciec wspominał, że kiedyś rozmawiali z kolegami o zdrowiu i okazało się, że u każdego w rodzinie jest artretyzm. Każdy mężczyzna dziedziczył go po ojcu, ten po swoim ojcu i tak dalej. Dopiero po latach tato zrozumiał, że artretyzm nie jest dziedziczny, i że to, co on odziedziczył po swoim ojcu, to praca w kopalni.
W kopalni Justin wielokrotnie doświadczył trzęsienia ziemi: – Na powierzchni nie czuje się tego tak mocno. Pod ziemią te wstrząsy są przerażające. Wiesz, że nie ma ucieczki.
Żeby pomagać innym, Justin pracuje też w ratownictwie górniczym: – Polacy są w tym najlepsi. Kiedyś byłem na zawodach, nikt nie mógł się z nimi równać. Oni też wykonują to zawodowo, a dla nas to dodatek do pracy, góra parę razy w miesiącu. Takie hobby.
Wspomina dzień, gdy w kopalni wybuchł pożar, a przerażona górniczka spanikowała i schowała się w maszynie: – Uratowałem życie tej dziewczynie. To niesamowite uczucie.
Dla tego uczucia (i oczywiście dla małego dodatku finansowego, z którym wiąże się działanie w ratownictwie) Justin jest od lat częścią drużyny.
Górnik z Sudbury podziwia polską Solidarność
Równocześnie Justin jest bardzo krytyczny i wobec swojego szefostwa, i polityków.
– Głosuję na konserwatystów, ale tak naprawdę nienawidzę każdej władzy – deklaruje. – Nikogo nie obchodzi klasa pracująca. Bogaci się bogacą, a biedni biednieją. Nikt nie chce wysokich podatków, bo nie widzimy, gdzie one idą. Czujemy, że coraz więcej się nam zabiera, a nic nie daje w zamian. Pracujemy ciężko i nic z tego nie mamy.
– Dla firmy nic nie znaczymy – dodaje. – Niby zarabiamy niemało, ale w porównaniu do tego, jak narażamy codziennie życie, to nie zarabiamy nic. Ja zmieniłem firmę tylko dlatego, żeby pracować w kopalni blisko domu, a w końcu i tak przydzielono mnie do kopalni przy lotnisku, po drugiej stronie miasta. Teraz dojazd zajmuje mi dwie godziny. Próbowałem aplikować o zmianę, ale bez skutku. Dla nich jesteś tylko mięsem.
Justin jest członkiem związku zawodowego, którego hasłem jest słowo „solidarność”. Gdy był kiedyś w Polsce, zwiedził także muzeum Solidarności w Gdańsku. Zachowywał się, co wspomina, jak dziecko w sklepie z zabawkami. Nie mógł się doczekać, aż wróci do domu i opowie kolegom historię walki polskich stoczniowców.
Dziś powietrze w Sudbury jest znowu rześkie i świeże
Jeszcze pod koniec lat 80. XX w. Kanadyjczycy dość powszechnie utożsamiali Sudbury z zanieczyszczeniem. O tym największym ośrodku Północnego Ontario nikt nie mówił inaczej niż „brudne miasto”. Żartowano: „Honey, tell me something dirty”. „Sudbury!”. „Kochanie, powiesz mi coś brudnego?” (tj. nieprzyzwoitego). Odpowiedź: „Sudbury”.
Wycinane masowo lasy wokół miasta znikały. Zanieczyszczenie zabiło roślinność, kwaśne deszcze pokryły skały czarnym nalotem, powietrze stało się ciężkie od pyłu, łąki zamieniły się w pustynię. Tylko gdzieniegdzie ostały się brzozy i krzewy jagodowe.
W 1972 r. wybudowano komin nazwany Superstack, który do dziś jest drugim największym na świecie (jedyny w Kanadzie wyższy budynek to CN Tower w Toronto). Roznosił on zanieczyszczenie po okolicznych terenach aż do początku XXI w. Plotka głosi, że NASA przywoziła tu astronautów, żeby przyzwyczaić ich do martwego krajobrazu Księżyca (w istocie mieli zapoznać się z rzadkimi rodzajami skał).
Od 1978 r. Sudbury zalesia się od nowa. Recepta jest prosta, choć czasochłonna: ziemię pokrywa się wapniem, by zmniejszyć jej kwasowość, potem nawozi się ją, a następnie sadzi trawę i krzewy. Większość tej pracy wykonują wolontariusze i studenci. Łącznie zasadzono dotąd ponad 12 mln drzew, zrewitalizowano 3400 hektarów ziemi, zużywając 76 tys. ton wapnia. Przemysł zmuszono do tworzenia bardziej ekologicznych modeli wydobycia i składowania odpadów.
To jeden z największych tego typu projektów na świecie. Dziś powietrze w Sudbury jest rześkie i świeże. Ale dziesięć razy większy teren wciąż czeka na pełną rewitalizację.
Najważniejszy zawód świata
Mike K., lat 50, zaprasza na skrzydełka i tradycyjne pierogi z cheddarem, aby porozmawiać o „naszych wspólnych polskich korzeniach”. Jeszcze nigdy nie poznał „prawdziwego Polaka z Polski”. Jest dumny z pochodzenia, „bo Polska to KGHM”. Pokazuje album ze zdjęciami rodziny i drzewem genealogicznym, które przygotował fachowiec, genealogiczny detektyw (choć jego nazwisko brzmieniem bardziej przypomina litewskie niż polskie).
Mike postanawia pochwalić się swoją przyczepą turystyczną, którą urządził na nadchodzące lato, pokazuje też swoją kolekcję pick-upów.
W Polsce auto to auto. Inaczej w Kanadzie – tutaj to wielka różnica. Większość tych Kanadyjczyków, których na to stać, ma jeden samochód do użytku na co dzień (na dojazd do pracy i zakupy), a poza tym potwora, który przydaje się w weekendy, w tym do przewożenia ski-doo i sea-doo.
Matki, siostry i żony górników są często pielęgniarkami, często – od wielu pokoleń. To popularny model. Obie strony pracują ciężko, po wiele godzin, w systemie zmianowym (tak samo działa to w rodzinie Justina).
Teraz żona Mike’a jest na nocnym dyżurze, ale poznaję jego syna. Mike przedstawia go z dumą: – Jest górnikiem, tak jak ja. To najważniejszy zawód świata.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















