Reklama

Pani Janeczka

Pani Janeczka

12.09.2016
Czyta się kilka minut
To w dużej mierze jej codziennej obecności redakcja „Tygodnika Powszechnego” zawdzięczała rodzinną atmosferę.
Janina Stolarczyk i Jan Strzałka / Fot. Katarzyna Morstin

​Wszyscy, którzy bywali w latach 80. i 90. ubiegłego wieku na Wiślnej 12, musieli choć raz usłyszeć jej głośny, perlisty śmiech, rozlegający się po redakcyjnych boksach. Jedna z ówczesnych pracownic „Tygodnika Powszechnego” do dziś pamięta, że pani Janeczka Stolarczyk – maszynistka i sekretarka – „zawsze była uśmiechnięta tym ciepłym uśmiechem: całą buzią i oczami”. Z kolei osoba, która przepracowała tu zaledwie kilka tygodni na tzw. zastępstwie, wciąż jeszcze wspomina jej życzliwość i słowa: „Będziesz się tutaj czuła jak w rodzinie”. I, w dużej mierze właśnie dzięki niej – dodaje – rzeczywiście tak było.

Janina Stolarczyk urodziła się w 1922 r. w Wierzchosławicach. Miała czworo rodzeństwa, w tym brata bliźniaka Jana. Kiedy – jeszcze w latach 20. – umarł ojciec, rodzina zdecydowała, że troje dzieci trafi do sierocińca, choćby po to, by mogły zdobyć jakieś wykształcenie. Wśród nich była Janeczka. Niestety, każde dziecko odesłano gdzie indziej, rozrywając w ten sposób bezpowrotnie rodzinne więzi. Ona przez 10 lat – od czwartego (!) do czternastego roku życia – wychowywała się w domu zakonnym. A i potem, gdy znalazła się już w Krakowie i podjęła pracę (początkowo jako niania, pomoc domowa itp.), mieszkała u sióstr felicjanek.

Po wojnie zaczęła pracować w krakowskim Energoprojekcie. Tam – w czasie inwentaryzacji – poznała ukochanego męża, Olka. A ponieważ oboje byli nieśmiali i dosyć skryci, koleżanki i koledzy postanowili im trochę „pomóc”. I tak zaczęło się swatanie, które zaowocowało szczęśliwym małżeństwem, zawartym w roku 1956. Przeżyli razem 33 lata. Aleksander Stolarczyk zmarł nagle, a Pani Janka po raz kolejny musiała nauczyć się życia w samotności.

20 lat przepracowała w szkolnictwie (m.in. w Nowodworku) jako sekretarka. Do „Tygodnika Powszechnego” trafiła w roku 1974. W czasie rozmowy kwalifikacyjnej Jerzy Turowicz zapytał podobno, dlaczego tak często (?) zmieniała pracę. Odparła, że szuka wiedzy i doświadczenia. I to go do niej przekonało. Znalazła tu zatrudnienie i dotrwała aż do emerytury, a nawet trochę dłużej: z redakcji odeszła definitywnie w 1998 r.

Z dużą dozą życzliwości opisała ją Marianna G. Świeduchowska (pseudonim Marcina Świetlickiego i basisty Świetlików Grzegorza Dyducha, pracujących wówczas w „Tygodnikowej” korekcie) w „Katechetach i frustratach” – książce pisanej dla żartu, nierzadko ostrej, a jednocześnie pełnej spostrzeżeń, które mógł poczynić jedynie bystry obserwator. Akcja „Katechetów” toczy się m.in. w redakcji „TP”, zwanego tu dla niepoznaki „Kwartalnikiem Niepopularnym”. A oto obraz Pani Janeczki (w książce noszącej imię Joanka) utrwalony przez Świeduchowską: „Malutka, włos siwy. Maszynistka (…). Czerstwa pulchność i witalność. Parzy pyszną kawę. Modli się za wszystkich bez wyjątku (…). Słynna aforyzmem: »Przecież w zimowych butach do nieba nie pójdę«. Ulubiony frykas: krople na cukrze”.

Jedną z najważniejszych cech Pani Janeczki była jej pobożność, będąca czasem przeszkodą w lekturze tekstów krytycznych wobec Kościoła (przepisując je – początkowo na maszynie, a potem na komputerze – nieraz dawała głośno wyraz swej dezaprobacie). Jednocześnie – dzięki jakiemuś wewnętrznemu oku, intuicji, mądrości – potrafiła rozpoznać ludzi autentycznej wiary, choć nie zawsze zgadzała się z ich publicystyką. Należał do nich ks. Stanisław Musiał, orędownik dialogu chrześcijańsko-żydowskiego – jej spowiednik, duchowy doradca i powiernik. Bardzo przeżyła jegoprzedwczesną śmierć. Do końca wspominała go jako świętego.

Jej wiara – kształtowana m.in. przez ks. Musiała, a w ostatnich latach życia wzmacniana także modlitwą transmitowaną przez Radio Maryja – była źródłem dobra, jakim na co dzień promieniowała. Na pierwszy rzut oka szorstka, czasem bardzo zasadnicza, wybuchowa – miała wielkie serce. Sam zawdzięczam jej wiele: kiedy remontowałem pustostan, do którego zamierzałem się wprowadzić, zaprosiła mnie i moją żonę do siebie i gościła przez miesiąc za darmo.

Były już redaktor „TP” wspomina ją jako „osobę nadzwyczaj ciepłą i stojącą »ponad podziałami«. Wszystkich na równi obdarzała tym ciepłem. (…) Miała dziecięcą ufność w równość pomiędzy ludźmi. A także w dobro, które przeważa. (…) Taka postawa dużego dziecka była dla niej znamienna”. Dla nas w redakcji – nieraz ze sobą skłóconych – ta jej prostota była jak wyrzut sumienia.

Ostatnie miesiące (po udarze albo wylewie – tego do końca nie wiem) spędziła u sióstr albertynek. Katarzyna Morstin, która kilka tygodni przed jej śmiercią rozmawiała z nią przez telefon, opowiada, że na koniec „jeszcze się roześmiała, jak to ona...”.

Taką ją zapamiętamy.

Zmarła we śnie w nocy z 30 na 31 sierpnia. Pożegnaliśmy Panią Janeczkę dwa dni później na cmentarzu Batowickim, pewni, że „Aniołowie już zawiedli ją do Raju”, ona zaś weszła tam w „szacie weselnej” i w świątecznych – a nie „zimowych” – butach. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]