Reklama

Nic w tym nie ma, można czytać

Nic w tym nie ma, można czytać

03.01.2007
Czyta się kilka minut
Rok 1952 niczym szczególnym się nie wyróżnił. W Krakowie na Wiślnej 12 cieszono się jednak czterema setkami. "Spytacie - czego? Wódki, papierosów, złotych? Nie, moi drodzy! Cztery setki numerów »Tygodnika Powszechnego« - wyczytaliśmy w felietonie Kisiela. Rok 2007: znów Wiślna, znów numer 12, znów uciecha, tym razem z trzech tysięcy. Pytacie, czego? Może trzech tysięcy złotych od każdego machnięcia piórem? Nie, nasi drodzy! Trzy tysiące numerów "Tygodnika.
Redakcja "TP" /fot. D. Węgiel
R

Różnie bywało. Gdy kartkowaliśmy pożółkłe strony coraz grubszych roczników, zadziwiały nas całe kolumny tekstów "dziewiczych", które wydają się nietknięte redaktorską ręką i drukowane "jak leci". Nie brakowało tekstów "ciężkich gatunkowo", dla tzw. wyrobionych czytelników (zajrzyj, czytelniku, do "Elementarza etycznego" ks. Karola Wojtyły z lat 50.) czy grafomanii (np. "złota nitka hejnału" w relacji jednego z reporterów obsługujących Mszę papieską na Rynku w 1991 r., a i "częstochowskie rymy" jednego z redaktorów z lat 70. i 80.). Byli też jednak wszyscy święci i wielcy: Hartwig, Szymborska, Błoński, Herbert, Lem, Miłosz, Mrożek, Musiał, Swieżawski, Szczepański, Tischner, Tyrmand... Długo by wyliczać, ale na tym poprzestaniemy, bo ks. Adam Boniecki kazał się nam w Adwencie ćwiczyć w cnocie pokory i skromności, a wybujała miłość własna redaktorów to ponoć odwieczna pięta Achillesowa zespołu.

Dyszel w głowie

Trudno uwierzyć, że za trzema tysiącami numerów stoi "tylko" praca, oddanie, lojalność, trochę szczęścia i "cudownych" zbiegów okoliczności. Jest jeszcze Duch Święty oczywiście, bo bywało w historii pisma (zwłaszcza najnowszej), że sami jego redaktorzy byli zadziwieni faktem, że "numer wyszedł"... Ponieważ jednak prawie wszystko prawie zawsze zależy od ludzi, ustaliliśmy, że za wszystkim stoi - nic to odkrywczego nie będzie - nasz poprzedni szef, Jerzy Turowicz (1912-99). By znaleźć dowody, cofnęliśmy się do 1932 r.

Szef ma wówczas 20 lat - widzi i tę młodzież, która z podziwem spoglądając na Kraj Rad, wybiera komunizm, bo obiecuje równouprawnienie i walkę z ubóstwem - wolna Polska nie stała się wszak krajem szklanych domów. Widzi i tych, którzy żywo interesują się Włochami Mussoliniego czy nazistami, których już za rok Hitler doprowadzi do władzy w Niemczech, obiecując m.in. rozwiązanie kwestii żydowskiej. Sam decyduje inaczej: wybiera Kościół, choć jest to wówczas instytucja dość hieratyczna, duchowni z reguły nie liczą się z opinią świeckich, a pisma z nim związane nie wzdrygają się nawet przed retoryką antysemicką, z czym Turowiczowi nigdy nie było po drodze.

Jest studentem wydziału budowy maszyn na Politechnice Lwowskiej, działa w Stowarzyszeniu Katolickiej Młodzieży Akademickiej "Odrodzenie", skupiającym młodych zainteresowanych zmianami w Kościele. Jest członkiem Związku Awiatycznego Studentów Politechniki Lwowskiej, rozpoczyna prenumeratę nowo powstałego miesięcznika "Esprit" Emmanuela Mouniera (1905-50), filozofa-personalisty; będzie to pismo otrzymywał do końca życia. Zaczyna też palić - i temu nałogowi będzie się oddawał prawie do ostatnich dni. Po raz pierwszy zostaje redaktorem naczelnym. Pismo jest lwowskim biuletynem "odrodzeniowym" z góra dwuosobową redakcją. Nosi jednak wiele mówiący tytuł: "Dyszel w głowie". "(...) każdy człowiek powinien mieć w głowie dyszel wskazujący mu wyraźną orientację" - powiedział Szef Jackowi Żakowskiemu w wywiadzie-rzece "Trzy ćwiartki wieku" z 1990 r.

Szef poglądy miał: na katolicyzm i Kościół, na demokrację i rolę religii w państwie. Co zadziwiające, mimo upływu lat i zmiany systemów - niezmienne. W 1949 r. na zjeździe szczecińskim Związku Literatów Polskich Adam Ważyk (1905-82) nie chciał się przysiąść do stolika, przy którym siedział Jerzy Turowicz. W latach umacniającego się stalinizmu wspólny obiad z "odmiennym światopoglądem" widać nie wchodził w grę. Minie jednak zaledwie sześć lat, a Ważyk opublikuje rozrachunkowy "Poemat dla dorosłych", rzuci legitymację partyjną. "(...) po latach byliśmy nawet w bardzo przyjaznych stosunkach, ale to on się zmienił, nie ja" - powie Turowicz w wywiadzie-rzece.

Trzy tysiące numerów pisma w kraju, gdzie historia, ludzie i czasy lubią zmieniać jak najwięcej, niezmienności właśnie sporo zawdzięcza.

Na początku było szaleństwo

Dla pani Anny (1916-2000), żony Turowicza i matki jego trzech córek, Elżbiety, Joanny i Magdaleny, początek "Tygodnika" wiąże się z wizytą Stanisława Stommy w ich krakowskim mieszkaniu przy Lea, zimą 1945 r. (pech chciał, że w pobliżu była siedziba UB i Turowiczowie szybko otrzymali nakaz wyprowadzenia się; osiedlili się przy Lenartowicza, które to mieszkanie, na końcu jako archiwum, było z nimi związane do 2001 r.). Stomma (1908-2005) był jeszcze alumnem krakowskiego seminarium. Ale to już niedługo, za chwil kilka wybierze się z panną Elwirą z Szykowskich (1925-2006), na wycieczkę do Ojcowa, a po opuszczeniu doliny Prądnika rozstanie się z myślą o stanie kapłańskim; ożeni się i doczeka dwójki dzieci: Ludwika i Magdaleny. Przysłał go kard. Adam Stefan Sapieha (1867-1951), metropolita krakowski, z myślą o powołaniu do życia pisma. Turowicz się zgodził i rozpoczął prace nad wydawaniem tygodnika pod protektoratem kościelnego hierarchy w ustroju komunistycznym. Pomysł tak szalony, że najbardziej zaangażowani wróżyli pismu góra trzy miesiące życia.

Pierwsza niedziela, kiedy można było przeczytać "TP" (czterokolumnowy, w mniejszym formacie niż obecny), przypadała na 24 marca 1945 r. Jeszcze trwała wojna, a w skromnym pokoiku przy Franciszkańskiej 3 (siedziba kurii), po sąsiedzku z gabinetem kanclerza kurii (był naszym wydawcą i administratorem, a kasę trzymał w kieszeni sutanny - wspominał szef) spotykają się m.in. Turowicz, ks. Jan Piwowarczyk (1889-1959), pierwszy naczelny "TP", i Maria Czapska (1894-1981), siostra Józefa - sekretarka, ale też pisząca: w 1945 r. opublikowała wspomnienie o Januszu Korczaku, którego w 1941 r. odwiedziła w warszawskim getcie.

Turowicz, 33-letni, i - jak wspomina Ziuta Hennelowa, która poznała go trzy lata później - "zabójczo przystojny", a jak my sobie wyobrażamy, w koszuli i zaprasowanych na kant spodniach, w których kieszeni nosił konopny sznurek (w czasach łamania kolumn w ołowiu rzecz niezbędna), zajmował się wówczas korektą, łamaniem numerów w drukarni, kontaktami z cenzurą, a jednocześnie pisał teksty, szukał autorów i gromadził współpracowników. Z drukarzami zresztą zawsze dogadywał się świetnie, w przeciwieństwie do innych redaktorów pisma (np. Antoniego Gołubiewa), których praca przy łamaniu, bywało, kończyła się koszmarnymi awanturami w drukarni.

Szybko zmieniliśmy adres na Wiślną 12, z czasem otrzymaliśmy nawet duży pokój, w którym za okupacji sypiali klerycy. Zacna przeszłość z rzadka jednak przekłada się na pobożność osobistą czy pokorę redaktorów, choć w tym pokoju właśnie większość z nas pracowicie wystukuje teraz wierszówki.

Po kolei jednak, choć zastrzegamy, że nie będzie o wszystkim, bo i tych dwóch płacht byłoby za mało. Ale przynajmniej będziemy szczerzy, jak na spowiedzi...

Oderwani i ocenzurowani

Zarzuca się nam różne rzeczy, m.in. to, że w 1945 r. nie zauważyliśmy zrzucenia bomby na Hiroszimę i Nagasaki. Jak rozumiemy, ma to być dowód naszego, datującego się od poczęcia pisma niemalże, oderwania od rzeczywistości. Wypytaliśmy, kogo trzeba, i wiemy, że, przynajmniej wtedy, oderwania nie było. Była za to cenzura. Napisać i co? Ograniczyć się do powiedzenia, że Amerykanie są źli, bo na więcej cenzor nie pozwoli? Widać podanie samej tylko informacji, wszem i wobec wyłącznie krytykowanej, wydawało się tak dalece niewystarczające, że zrezygnowano i z tego.

Kilka lat później za to, gdy komuniści przykręcali śrubę, tak bardzo chcieliśmy się trzymać rzeczywistości, że prawie siłą nas od niej odrywano. Połowę jednego z numerów w 1952 r. przeznaczyliśmy na opowiadanie Karola Ludwika Konińskiego "Straszny czwartek w domu pastora" - znakomite, ale wydrukowane zamiast materiałów, których druk uniemożliwiła cenzura. A miało być jeszcze lepiej: 30 marca wydaliśmy numer w całości poświęcony Tatrom i Podhalu, bo niczego innego cenzor nie puścił. Kłopoty z wolnością słowa zdecydowały, że zamiast dyskusji o Kościele czy polityce rozpoczęliśmy dyskusję o turystyce, a Jan Józef Szczepański napisał tekst o żubrach (z fotografią żubra tak niewyraźną, że do dziś trwają spory, co przedstawia).

A skoro jesteśmy przy cenzurze. Cedząc żale, jakie Stefan Kisielewski (1911-91), nasz wieloletni felietonista, recenzent muzyczny i redaktor, wylewa w "Dziennikach" na "TP", Turowicza czy ks. Andrzeja Bardeckiego (1916-2001), asystenta kościelnego "TP", wyczytaliśmy pod datą 5 lipca 1973 r.: "Oto »Tygodnik« i inne pisma niepaństwowe dostały zawiadomienie, że cenzura (...) to instytucja usługowa, wobec czego ma się za jej »usługi« płacić pewną sumę od szpalty. Władek Bartoszewski powiedział na to, że egzekucja ścięcia głowy w Niemczech hitlerowskich też była płatna, przysyłano rachunek z wyszczególnieniem pozycji, np.: czynności kata, jego pomocnika itd. - to przecież też są usługi...".

Parę razy "oderwaliśmy się jednak od rzeczywistości", np. w 1974 r., gdy Polska otarła się o mundialowe wicemistrzostwo, o zwycięstwie, jakie wypadło nam z ręki, nie wspomnieliśmy nawet w "Obrazie Tygodnia". Za to w wolnej Polsce, gdy wolności słowa nie ogranicza żaden urzędnik, czasami pojawia się myśl "A może żubry?", gdy kolejne wydarzenia, bardziej medialne niż rzeczywiste, zdają się przesłaniać to, co naprawdę istotne. Nie da się też ukryć, że pewnych rzeczy jednak nie napisaliśmy, np. nekrologu po śmierci Stalina w marcu 1953 r. I od razu zamknięto nam za karę pismo. Chyba też nieprzypadkowo na pierwszej stronie reaktywowanego w lipcu pod egidą sprzymierzonego z władzami Stowarzyszenia PAX "Tygodnika" znalazło się zdanie, że "prawdziwy katolik nie powinien odrywać się od rzeczywistości"...

Po co jednak samobiczować się z powodu tego, czego nie opublikowaliśmy, skoro tego, co pomieściło trzy tysiące numerów "Tygodnika" też jest niemało. W 1947 r. Szczepański (1919-2003) publikuje opowiadanie "Buty". Redakcja, owszem, miała opory przed jego zamieszczeniem, ale "liczy się, że wydrukowała" - powie autor w 1999 r., udzielając wywiadu Romanowi Graczykowi. "Nikt poza Turowiczem by tego nie zrobił. Pisząc »Buty« chciałem się przeciwstawić tworzeniu heroicznej legendy AK. Oczywiście, że ona miała swoje piękne karty, ale także karty wstydliwe. Ja, a ze mną Turowicz, uważałem, że nie można lukrować rzeczywistości". Pisarz, dawny żołnierz AK, otrzymał blisko 300 listów z pretensjami i obelgami; gromy rozpętanej burzy przetoczyły się i przez łamy.

Dyskusja o szarganiu narodowych świętości powróciła w 1990 r. po emisji telewizyjnego spektaklu Kazimierza Kutza "Do piachu", zrealizowanego według dramatu Tadeusza Różewicza. "Dlaczegoż niby ta najprawdziwsza prawda o czymkolwiek miałaby być zawsze mroczna i ohydna? Powtarzane wciąż bezmyślnie frazesy o potrzebie demitologizacji historii, odpatetyzowania przeżyć czy odbrązawiania ludzi dają jeden niewątpliwy efekt - prowadzą do ogołacania świata z wszelkich autentycznych wartości" - oburzał się "Tygodnikowy" recenzent Tadeusz Szyma na sztukę o trzech partyzantach trudniących się zwykłą bandziorką, pytając, dlaczego "reżyser mający poczucie społecznej misji nie realizuje jej za własne lub czyjeś prywatne pieniądze". "Tej historii nie da się opowiedzieć językiem wykwintnym" - polemizuje z krytykami Szczepański. "Aby skłonić widza do humanistycznej refleksji, Różewicz i Kutz posłużyli się prawdziwym językiem wojny. W moim przekonaniu dokonali trafnego wyboru".

By nie sięgać dwa razy po ten sam rocznik, bo to wysiłek niemalże górniczy - tomy ciężkie, a farba drukarska brudzi nadal, mimo że żółte od kwasu strony rozsypują się w palcach - przypomnimy jeszcze list do redakcji prof. Marty Wyki, broniącej ojca, prof. Kazimierza Wykę, przed Zbigniewem Herbertem, który w słynnym "Liście do Stanisława Barańczaka" posądził go o brak należytej staranności w obchodzeniu się ze spadkiem po Krzysztofie Kamilu Baczyńskim. Zarzuty Herberta nie wytrzymują starcia z faktami, m.in. z ustanowieniem kuratorów spadku po poecie w osobach Andrzejewskiego, Turowicza i samego Wyki. Jak wyczytaliśmy na archiwalnych łamach, w 1948 r. te właśnie osoby przyznały (jak się później okazało - jedyne) stypendium im. Baczyńskiego, ufundowane przez jego matkę Stefanię. Otrzymał je 27-letni poeta - Tadeusz Różewicz.

Dymy stosu i dymy plenum

Raz "Tygodnik" oskarżono o propagowanie sztuki bolszewickiej, a niedługo później - o sprzyjanie Ciemnogrodowi. Za pierwszym razem poszło o towarzyszącą recenzji Heleny Blum reprodukcję abstrakcyjnego obrazu Marii Jaremy "Koniki". Oburzeni czytelnicy donieśli o tym gorszącym wydarzeniu do Kurii Xiążęco-Metropolitalnej. Ks. Piwowarczyk, a potem Turowicz, musieli się tłumaczyć przed kard. Sapiehą, na szczęście sprawa rozeszła się po kościach. Wkrótce "katolickie pismo społeczno-kulturalne" posądzono też o obskurantyzm. "Posłuchajcie, ludkowie,/ co się stało w Krakowie/ jakby na złość, naumyślnie/ na świętej ulicy Wiślnej/ pod nomerem dwanaście" - śmiał się z nas Konstanty Ildefons Gałczyński po awanturze o Kisielowe "Sprzysiężenie".

Czy w listopadzie 1947, czytając zamieszczone w ,,TP" ogłoszenie: ,,Już wkrótce! Już wkrótce! Ukaże się powieść Stefana Kisielewskiego", ktokolwiek się spodziewał, że jej autor zostanie ekskomunikowany - by znów przywołać Gałczyńskiego - przez ,,biskupa Gołubiewa"? Pierwszy uderzył w Kisiela PAX-owski literat Jan Dobraczyński (ten sam, który w 1953 r. miał przywłaszczyć sobie odebrany Turowiczowi i jego zespołowi "Tygodnik"). Redakcja musiała zabrać głos. "Kisielewski odciął się programowo od dwu źródeł wartości: od Boga i od natury - dowodził Antoni Gołubiew (1907-79). - Kisielewski poświęca sprawom seksualnym wiele stron swojej powieści, a jego opisy przygód Zygmunta, perwersyjnych pieszczot z Tamarą, obrzydliwego włóczenia się od jednego domu publicznego do drugiego robią wrażenie wyjątkowo przykre (...) ze względów społecznych książka jest zdecydowanie szkodliwa". Potępienie było ostre, może celowo, by nikt nie wątpił, że choć redakcja brzydzi się "perwersją", skłonna jest wybaczyć zbłąkanej owieczce. Kisiela skazano na banicję - nie publikował przez trzy miesiące - a potem jako recenzent muzyczny chyłkiem powrócił na te, jak napisał kiedyś Herbert, "ohydnie katolickie" łamy.

W 1957 r. rozegrał się drugi akt skandalu, w który zamieszany był zaprzyjaźniony od lat z Turowiczem Herbert (1924-98). Kisielewski, naówczas należący do Koła Poselskiego Znak, ponownie wydał "Sprzysiężenie"! Dobraczyński znów się oburzył, "Tygodnik" znów skrytykował powieść za "ogólny klimat nihilizmu i relatywizmu etycznego", twierdząc przy okazji, że Kisiel nie miał prawa wznawiać powieści, dopóki reprezentuje w Sejmie "społeczność katolicką". Ale zespół bronił go też przed czytelnikami, którzy w listach do redakcji nie kryli oburzenia, i pozwolił się bronić samemu oskarżonemu. Pisarz odrzucił oskarżenia o nihilizm i relatywizm, ale przyjął do wiadomości zastrzeżenia redakcji. Nie przyjął ich natomiast Herbert, który w liście do Turowicza dziwił się: "Kochany Jerzy (...) Naprzód zrobiliście z Kisielewskiego katolickiego posła ziemi wrocławskiej (sytuacja z Gombrowicza), a teraz wypominacie mu jego złą (artystycznie, więc nie tak niebezpieczną moralnie) książkę. No i to (brr!) jednogłośne potępienie zespołu. Dymy stosu + dymy plenum". W liście do redakcji donosił "Szanownemu Panu Redaktorowi", że zrywa współpracę z "Tygodnikiem", bo jego "odczucie tej żałosnej sprawy tak dalece odbiega od opinii Zespołu, że muszę zaprotestować w sposób, niestety, śmieszny - bo dla czytelników niewidoczny, a dla Redakcji bezbolesny".

Jednak Turowicz - dla którego obecność Herberta była co najmniej tak samo ważna "dla sprawy", jak obecność Kisiela, choć "to wariat" - z anielską cierpliwością tłumaczył poecie stanowisko pisma (listy w tej sprawie znajdują się w wydanej w 2005 r. korespondencji Herberta i Turowicza). Ten najwyraźniej dał się udobruchać, skoro wkrótce przesłał Turowiczowi recenzję z wystawy Wacława Taranczewskiego. Kolejne teksty posłał też Kisiel: katolickie stosy nie zapłonęły. Podobno historia lubi się powtarzać, ale dziś nikt nie biegnie do Kurii, gdy nasza recenzentka pisze o Katarzynie Kozyrze. Nikt też nie oskarżał o nihilizm i relatywizm moralny Marcina Świetlickiego - przynajmniej na tych łamach - gdy w 2001 r. wydał on "Katechetów i frustratów", choć gwoli prawdy: nie wszystkim ta powieść m.in. o "Tygodniku" się spodobała i pewno niejeden czytelnik gorszył się opisanymi tam perwersyjnymi pieszczotami.

Dział wytaczanych przeciw Turowiczowi i "TP" było bez liku - wspomnijmy o jeszcze jednym z 1968 r., gdy oskarżono Szefa o członkostwo w loży masońskiej. W numerze 19. Naczelny opublikował artykuł o "Kościele i masonerii", który stał się pretekstem do podejrzeń, iż zaprzedał się wolnomularzom. Rozgłos artykułowi nadała emigracyjna prasa londyńska, szczególnie Jędrzej Giertych. Tymczasem ani nie był, ani się zaprzedał. Pisał, że po latach potępiania masonerii dziś - w myśl wskazań soborowych - Kościół chce nawiązać dialog nawet z masonami. Jeśli zacznie się ów dialog, "to nie należy tego tłumaczyć jakąś aprobatą ze strony Kościoła (...). To będzie znaczyło przede wszystkim, że zmieniły się warunki historyczne i polityczne, że zmieniła się sama natura i rola masonerii. (...) ludzie, którzy mają tendencje dopatrywania się »masońskiej konspiracji« dla wytłumaczenia różnych ujemnych zjawisk w życiu publicznym, zdają się zapominać o zasadzie »brzytwy Ockhama«".

Już w wolnej Polsce w 1992 r. Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe - o czym pisała "Gazeta Wyborcza" - uczciło 80. urodziny Turowicza przypomnieniem, że jest on masonem. ,,Nie byłem, nie jestem, nie zamierzam być masonem. Nie wiem, jak się do masonerii wstępuje (...) bardzo nie lubię wszelkich tajnych organizacji". Powodem do oskarżeń stała się jego przynależność do Loży Białego Kruka, założonej przez dyrektora wydawnictwa Znak Leszka Rzeszowskiego, oficyny publikującej bibliofilskie wydania wierszy, np. "Caffe Greco" Miłosza czy "Sprzysiężenie" Gałczyńskiego. Działacze ZChN - nie oni jedni - najwyraźniej nie słyszeli o brzytwie Ockhama.

Maniakalne skupienie na sprawach reformy

Pisał Jerzy Giedroyc do Juliusza Mieroszewskiego w liście z 19 lipca 1953 r.: "Dziś dostałem »Tygodnik Powszechny« do złudzenia zrobiony na stary (zresztą drukowany w tej samej drukarni) z datą 12 lipca. Nie ma wytłumaczenia przerwy, numer wygląda tak, jakby w ogóle przerwy nie było. Jest on [zresztą] równie jałowy i nudny, jak prawdziwy »Tygodnik«". No może tak i bywało, ale ileż razy częściej rozpalaliśmy głowy i słowa? Chociażby w 1969 r., gdy w numerze noworocznym Turowicz ogłasza tekst "Kryzys w Kościele". Wprowadzający odnowę w Kościele II Sobór Watykański, z którego obrad obszerne relacje pisał m.in. sam Szef, zakończył obrady w grudniu 1965 r. Turowicz pisał o zjawiskach powszechnie znanych: masowym odchodzeniu księży, zakonnic i zakonników, kontestatorach i progresistach domagających się rewolucyjnych zmian w Kościele. "Ta wielka fala nowości i sprzeciwu, która idzie przez Kościół, niesie ze sobą zarazem ziarno i plewy. (...) Eksperymenty pastoralne czy liturgiczne mogą się nie mieścić w ustalonych ramach (...), ale z tych eksperymentów mogą wyrosnąć nowe, skuteczne i zdrowe formy" - podsumowuje.

Okazało się, że nawet coś powszechnie znane może być bulwersujące. Prymas Stefan Wyszyński zaatakował tekst z jednej z warszawskich ambon, stwierdzając, że możemy mówić nie tyle o kryzysie Kościoła, co publicysty... Kisiel, którego władze objęły wówczas całkowitym zakazem publikacji, pisze w "Dziennikach" 5 stycznia 1969 r., że rzeczony tekst "mnie wściekł potwornie. Facet pisze, jakby nie żył w Polsce i w komunizmie, ale gdzieś we Francji czy we Włoszech. Te subtelne problemy »kolegialności« w Kościele tutaj nie mają najmniejszego sensu". Tekst staje się prawie obsesją naszego felietonisty, który powraca do niego jeszcze po roku! Pisze 25 lutego 1970 r.: "Jedyny prywatny tygodnik na 32 miliony ludzi, który, mimo cenzury, miałby szansę zaznaczyć jakoś, że są w tym kraju niemarksiści, którzy coś myślą i robią, stał się, dzięki maniakalnemu skupieniu się na sprawach reformy Kościoła czymś niemal dywersyjnym wobec prymasa (...). Sumienia ludzi są tu codziennie gwałcone, co dzień, na wszystkich zebraniach, w szkole, w pracy głosić trzeba marksistowskie kłamstwa, a »Tygodnik«, jakby drukowany na bezludnej wyspie, zajmuje się synodem czy soborem oraz drażnieniem prymasa. Do tego redagowany jest fatalnie, a raczej, jak przyznaje sam Jerzy, nie redagowany w ogóle".

Redagowania ostatecznie się nauczyliśmy, a w 1997 r. w "Rozmowach na koniec wieku" Szef stwierdził: "Przy ogromnym szacunku i czci dla księdza prymasa Wyszyńskiego uważam, że nie miał racji. (...) rok później już wszyscy - biskupi, księża, świeccy - o tym kryzysie mówili, czyli jakoś czas mi w tym wypadku przyznał rację. Co nie znaczy, że twierdzę, jakobym zawsze miał rację w tym, co o Kościele pisałem".

Godzi się przypomnieć, że nie byliśmy przez Kościół instytucjonalny jedynie krytykowani. W 1949 r. autorzy i współpracownicy "TP", m.in. ks. Jan Piwowarczyk i Jerzy Zawieyski (1902-69), otrzymali nagrody Episkopatu Polski. A i później słów uznania nie brakowało (wspomniana już praktyka pokory i skromności każe nam zmilczeć szczegóły).

Jedna Kuria

Inteligencja, z reguły antyklerykalna i liberalna, traktowała "Tygodnik" z rezerwą, widząc w Kościele - często nie bez jego winy - instytucję anachroniczną, nietolerancyjną i nieprzychylną nowoczesnej kulturze. Turowicz i jego zespół nie godzili się jednak na życie w getcie i wychodzili naprzeciw nowej kulturze, także tej, która nie obnosiła się z katolickimi sztandarami lub była indyferentna, choć przy bliższym poznaniu okazywała się bliska chrześcijańskiemu personalizmowi. By nie być gołosłownym przypomnimy, jak było na łamach "TP" z Antonim Słonimskim, jednym z najznakomitszych piór przedwojennych "Wiadomości Literackich", który, wydawało się, byłby ostatnim chętnym do publikowania w "Tygodniku". W piśmie katolickim, z którego w primaaprilisowym numerze z 1947 r. żartował niejaki Piess (Jacek Woźniakowski?), że: ,,chce wrócić do ciemnoty i obskurantyzmu średniowiecza, zwalcza postulat oświaty wśród ludu, propaguje natomiast powrót do pańszczyzny, kurnych chat, niewolnictwa kobiety"...

Naczelny spotkał się ze Słonimskim w 1948 r., gdy ten z Ksawerym Pruszyńskim przyjechał do Polski, by zorientować się, czy wrócić do niej na stałe. Komplementom i uprzejmościom nie było końca, dopóki poeta nie zaproponował Turowiczowi wydrukowania wierszy. "Nie byłem już może smarkaczem - wspominał Szef. - Ale się wtedy przeraziłem". Słonimski nieraz walczył z Kościołem, a "TP" był wydawany przez Kurię. "Co ci księża na to powiedzą? Trochę się zacukałem, powiedziałem, że »tak«, »oczywiście«, »bardzo dziękuję«, »to zaszczyt, ale będę musiał porozmawiać«. Na to Słonimski bardzo się zjeżył. »Jak tak« - powiedział - »to ja się wycofuję. My też mamy swoje kurie«". Turowicz zaczął łagodzić, wyjaśniać, Słonimski się udobruchał i dał mu wiersze, czym wprawił Szefa w prawdziwy popłoch, bo co by się stało, gdyby ks. Piwowarczyk nie pozwolił drukować wierszy głośnego liberała? Ksiądz nie znał się na poezji, ale uważnie przeczytał podsunięte mu przez Turowicza wiersze. "Cóż, nie ma tu nic przeciw wierze ani obyczajom. Możemy drukować, jeżeli uważa pan, że warto" - powiedział. I Turowicz wydrukował. A frazę: "nic tu nie ma, można drukować" - powtarzał potem przez lata śp. Mieczysław Pszon (1915-95), jedna z najtęższych głów w redakcji (a wcześniej żołnierz AK i więzień stalinowski).

Gdy Słonimski wrócił do Polski, stanął po stronie władzy. Ponownie zbliżył się do "TP" w połowie lat 60., mocno rozczarowany realnym socjalizmem. Był jednym z sygnatariuszy słynnego Listu 34, który podpisał także Turowicz. Najpierw przysłał do "Tygodnika" list, potem drugi, później felieton i następne. Turowicz drukował, nie pytając już o zgodę jakiegokolwiek księdza. Ks. Bardecki w książce wspomnieniowej "Zawsze jest inaczej" z 1995 r. pisze, jak to ktoś zdziwił się, że Słonimski publikuje w "Tygodniku". Poeta miał odpowiedzieć: "Co w tym dziwnego? Przyzwoici ludzie publikują w przyzwoitym piśmie".

Casus Słonimskiego, po którym na łamach pisma pojawili się Julia Hartwig, Andrzej Kijowski, Artur Międzyrzecki, Wiktor Woroszylski - dowiódł, że laicka inteligencja przełamała uprzedzenia do związanego z Kościołem środowiska. Kto spodziewałby się, że Maria Dąbrowska - o czym wspomina w "Dziennikach" - z uwagą będzie śledzić publicystykę ks. Bardeckiego, ceniąc sobie zarówno jego spory z marksizmem, jak analizy przemian soborowych w Kościele? I że zafascynowana Janem XXIII zażąda kościelnego pogrzebu? Kto by pomyślał, że Paweł Hertz, związany w latach 40. z marksistowską ,,Kuźnicą", kilkanaście lat później będzie pisał na łamach "TP" o Janie XXIII?

W latach 70. inteligencja katolicka i laicka miały już jedną kurię. W 1977 r., w pierwszą rocznicę śmierci Słonimskiego, Turowicz pisze: ,,Słonimski był w »TP« na swoim miejscu. Przyleganie pisarstwa Słonimskiego do »Tygodnika« opierało się przede wszystkim na reprezentowanym przez niego pewnego rodzaju humanizmu". Po odwieszeniu pisma zaś w stanie wojennym "TP" stał się arką, w której schroniła się opozycyjna inteligencja. "Zaczyna padać długotrwały deszcz/ do Arki, bo gdzież wy się podziejecie..." - pisała Wisława Szymborska w wierszu publikowanym na tych łamach w 1982 r. (znajomość Szymborskiej z Turowiczem sięga zresztą początku lat 40., kiedy poznali się w drukarni przy krakowskim Wielopolu).

I chronili się, z różnych "parafii" pochodząc: Ewa Berberyusz, Alicja Grześkowiak, Hanna Krall, Małgorzata Szejnert, Ewa Szumańska, Andrzej Drawicz, Bronisław Geremek, Jerzy Holzer, Janusz Kurtyka, Jacek M. Majchrowski, Stefan Niesiołowski, Ernest Skalski, Ryszard Terlecki, Jacek Trznadel, Piotr Wierzbicki, Wiktor Woroszylski, a przez wywiady m.in. cały ówczesny Episkopat, od wówczas jeszcze biskupa Józefa Michalika poczynając. Ach, znaleźliśmy nawet Jerzego Urbana, ale nie w roli poszukiwacza arki, tylko autora uzasadnień zmniejszania przydziału papieru dla "Tygodnika". W "Obrazie Tygodnia" z 5 kwietnia 1987 r. cytowaliśmy rzecznika rządu: "(...) w 1985 r. i w 1986, a także w bieżącym 1987 r. wydawnictwo »Znak« [byliśmy wówczas jedną firmą ze wspólną administracją] otrzymało niezmieniony przydział papieru. Nie ma więc mowy o żadnej dyskryminacji". Wszystko się zgadzało, tyle że roczny przydział papieru uniemożliwiał wydanie 52 numerów pisma w objętości ośmiu kolumn przy, też ustalanym przez władze, nakładzie 80 tys. egzemplarzy.

Móżdżek redaktora

Nie tylko strawą duchową i intelektualną starsi koledzy wówczas się posilali. Arka opozycyjnej inteligencji stała się też miejscem rozdzielania przychodzących z zagranicy darów. Wspomina Marek Skwarnicki, poeta i publicysta (w "Dziennikach 1980-1992" z 1998 r.): "Wróciłem z redakcji z mlekiem w proszku, kremem do golenia, pasztetem i mydłem". Innym razem Spodek zanotuje: "Wczoraj w redakcji zastałem wielkie stosy żywności (...) oraz Adama Bonieckiego, który zjawił się nagle z Rzymu". Jak zorientował się Krzysztof Kozłowski, makarony i oleje pobierali też inwigilujący redakcję oficerowie SB, czego na służbie nie wolno im było robić.

Że częstymi gośćmi w tym okołowojennym czasie byli tzw. chłop i tzw. baba, nie ma co za dużo pisać - w czasach braków zaopatrzeniowych rzecz to w Polsce zwyczajna. Chłop był z podkrakowskiej wsi Liszki, baba bodaj z Radziszowa. Przynosili wątróbkę, salceson, kaszankę i inne rarytasy. Ich pojawienie się na Wiślnej elektryzowało nawet najbardziej oderwanych od rzeczywistości redaktorów. Chłop miał przywilej, by bez ceregieli wchodzić do samego Szefa, któremu zawsze oferował móżdżek. Oboje przestali bywać w redakcji z nastaniem Balcerowicza. Krzysztof Kozłowski spotkał chłopa w latach 90., gdy kandydując do Senatu spotykał się z wyborcami z małopolskich wsi. Dawny "Tygodnikowy" zaopatrzeniowiec sarkał na wolny rynek, psy wieszał nawet na PSL, choć mówił, że ,,Waldek Pawlak to porządny chłop".

Skoro o barwnych postaciach mowa - nie brakowało ich nawet w korekcie (Jerzy Koenig - poliglota, erudyta, prawdziwie królewskie poczucie humoru) czy administracji (Ludwik Kubik, prawnik z wykształcenia, historyk z zamiłowania, w latach stalinowskich więzień polityczny). Niezwykłą postacią była też lwowianka Maria Lach, sekretarka doskonała, całą duszą oddana pismu. W mrokach "Tygodnikowych" dziejów jest jeszcze choćby Kazimierz Jedynak - kierowca (w czasie wojny żołnierz I Armii Wojska Polskiego), którego Zofia Starowieyska-Morstinowa, matka-założycielka pisma, uważała za jednego z najwspanialszych przyjaciół.

Już mieliśmy zacząć pisać o tych, co odeszli (do Pana albo do innych pism) - bo o tych, co nadal są w zespole, pisać nie trzeba, ponieważ pracowicie wypełniają numer po numerze, bywa że od ponad półwiecza - kiedy spoczęło na nas chmurne spojrzenie sekretarza redakcji. Zrozumieliśmy w lot, że nie ma czasu i miejsca, a moglibyśmy jeszcze długo, jak to na spowiedzi... Skoro jest jak jest, przechodzimy do deseru.

W 1959 r. w "Obrazie Tygodnia" - przez 30 lat redagowanym przez Kozłowskiego - skwapliwie odnotowano, że "w Krakowie zanotowano zwiększenie ilości budek Milicji Obywatelskiej, przy jednoczesnym zmniejszeniu ilości budek telefonicznych". Nie brakuje i niepokoju wywołanego przez Yves Saint-

-Laurenta: "Mniej więcej od roku w dziedzinie mody damskiej dzieją się rzeczy straszne, bo przeciwne naturze. Suknia-worek, suknia-trapez, suknia-balon, baby look - to są rzeczy potworne". W 1965 r. Turowicz pisze co prawda o nowych nominacjach kardynalskich (nr 7: "Obecny stan rzeczy - w pewnym stopniu - zwiększa prawdopodobieństwo, że w przyszłości na Stolicy Piotrowej zasiądzie papież - nie Włoch"), ale i o Elli Fitzgerald, po jej koncercie w Polsce: "Najpiękniejszy głos świata (wybaczcie wielbiciele Marii Callas)". Trzy lata wcześniej, po śmierci Marilyn Monroe, jego piórem poprosimy o pewien "drobiazg": "My, którym uśmiech amerykańskiej aktorki na ekranie przyniósł chwilę radości, pomódlmy się czasem za duszę Marilyn".

Zrób to, czytelniku, i za nas...

PS. Powyższa historia trzech tysięcy numerów "TP" jest dalece niekompletna i mocno subiektywna. Poczuliśmy się jednak zwolnieni z obowiązku solennego opisywania dziejów pisma, ponieważ istnieją już dwa rzetelne kalendaria: historii pisma i życia Jerzego Turowicza. Oba dostępne na www.tygodnik.onet.pl

ANNA MATEJA (ur. 1973) jest kierownikiem działu społecznego; w "TP" od 1996 r.

JAN STRZAŁKA (ur. 1961) jest redaktorem działu kulturalnego; w "TP" od 1988 r.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]