Ogród o rozwidlających się ścieżkach

Antologie stanowią dziś najatrakcyjniejszą formę fantastyki, bo sama przyszłość na naszych oczach staje się antologią. Otacza nas rozproszona opowieść, snuta przez wielu autorów naraz, pełna sprzeczności i niedopowiedzeń.

28.06.2021

Czyta się kilka minut

„Olbrzym, który utonął”, reż. Tim Miller, Blur Studio 2021 r. / NETFLIX / MATERIAŁY PRASOWE
„Olbrzym, który utonął”, reż. Tim Miller, Blur Studio 2021 r. / NETFLIX / MATERIAŁY PRASOWE

W science fiction chodzi o pomysł. Tak jak tworzywem epiki jest rozmach, baśni – fabuła, a musicalu – przełożona na język piosenki emocja, tak koncept pozostaje podstawową materią, z której ulepione są fantastycznonaukowe opowieści. Każde dzieło z tego gatunku daje się ostatecznie sprowadzić do jednego (rzadziej – kilku) pomysłów, które zazwyczaj zapisać można w postaci „co by było, gdyby”.

Kłopot w tym, że niewiele jest pomysłów tak dobrych, by starczyło ich na całą powieść lub pełnometrażowy film. Oznacza to, że sama eksploracja konceptu (nazywana czasem w branżowych podręcznikach fun and games – gry i zabawy) nie wystarcza i dzieło trzeba wypełnić czymś innym, co pomysłem nie jest – baśniową fabułą, epickim rozmachem, romansem albo grozą. Rezultaty mogą być świetne. Jak pouczają nas liczne produkcje SF, międzygatunkowe hybrydy bywają fascynujące. Oznacza to jednak, że czyste science fiction rzadko krystalizuje w duże formy.

Najczystsza gatunkowo fantastyka – a więc nieskażona domieszkami eksploracja pomysłu – tworzy przepiękne, lecz niewielkie klejnoty. Niestety, nie każdy potrafi docenić miniaturę. Małe formy nie pasują do dystrybucyjnych realiów, które odziedziczyliśmy po XX w. W księgarni nie kupimy pojedynczego opowiadania, nie pójdziemy do kina na film krótkometrażowy.

Na szczęście istnieje rozwiązanie tego problemu. To antologie. Kilkanaście pięcio­minutowych odcinków albo dwudziesto­stronicowych opowiadań połączonych w jedną, przemyślaną całość. Maksymalna gęstość tego, co w SF najlepsze, tyle że w opakowaniu hurtowym. Prawdziwa jedność w wielości!

Miłość, śmierć i roboty

Zamierzałem powiedzieć, że pretekst do powstania tego tekstu stanowi netfliksowa antologia „Miłość, śmierć i roboty”. Ale nie byłaby to do końca prawda… To raczej ten szkic był moim pretekstem, żeby podczas bardzo intensywnego zakończenia zdalnego roku akademickiego zasiąść przed ekranem i obejrzeć sobie spokojnie drugą serię „Robotów”. Dwa razy. A potem wrócić do serii pierwszej.

Jeżeli ktoś z Państwa jeszcze nie oglądał, polecam bardzo serdecznie. To antologia krótkich (6-17 minut) opowieści fantastycznych (aż 18 w pierwszym sezonie, niestety tylko 8 w drugim). Każdy odcinek ukazuje alternatywny świat, w którym możliwe staje się coś, co (jeszcze) nie jest możliwe u nas, w nowy sposób stawiając pytania o to, kim jesteśmy, skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy.

Można więc powiedzieć (kolejna funkcjonalna definicja dobrego science fiction), że „Roboty” problematyzują człowieczeństwo. Netfliksowa antologia podąża klasycznym tropem, pytając o granice człowieczeństwa poprzez konfrontowanie ludzi z tym, co nieludzkie. Znajdziemy tu nawiązania do różnych tradycji science ­fiction. Mamy więc z jednej strony zderzenie „geograficzne”, gdzie człowiek przegląda się w lustrze obcości kogoś „z zewnątrz” (kosmity). Z drugiej strony antologia ukazuje obcość „historyczną”, a więc rozwijającą się w czasie i rozpisaną na linii bestia – człowiek – maszyna. Człowiek nie jest już bestią. Jeszcze nie jest maszyną. Pozostaje zawieszony gdzieś między tymi światami, a fantastyka naukowa eksploruje ten stan zawieszenia. Ponieważ „Miłość, śmierć i roboty” proponuje opowieści świadomie grające z tą tradycją, dostajemy tu w zasadzie wszystkie możliwe warianty – od ludzi-maszyn, przez ludzkie bestie aż po bestie, które okazują się maszyną. W ten sposób serial proponuje nie spójną opowieść o ludzkości i jej granicach, lecz raczej coś w rodzaju tablicy Mendelejewa zestawiającej w sposób systematyczny możliwe warianty zmąconej tożsamości.

Zaskoczenie

Dobre science fiction oszczędnie gospodaruje zwrotami akcji i związanym z nimi zaskoczeniem. Nawet tani chwyt nie okaże się nazbyt tani, jeżeli dawkujemy go bardzo starannie. Czytelnik czy widz jest w stanie opanować maksymalnie dwa zwroty akcji, niezależnie od tego, jak rozbudowane jest dzieło. Fabuła z większą liczbą zwrotów straciłaby spójność (choć oczywiście są wyjątki, szczególnie w przypadku kryminałów, dla których to właśnie zwroty akcji są podstawowym budulcem fabuły).

Antologia pozwala przekroczyć to ograniczenie. Jeżeli pojedynczy odcinek lub opowiadanie przynosi jeden lub dwa zwroty, to w każdej ekranowej minucie i na każdej stronie książki potencjalnie odwrócić się mogą losy bohaterów! W ten sposób dobra antologia dostarcza nam emocji, których nie dałaby najlepsza nawet powieść, film ani konwencjonalny serial.

Niemal każdy odcinek „Miłość, śmierć i roboty” kryje spektakularną niespodziankę. Niektóre nawet dwie – jak brutalny „Sonnie’s Edge” („Sonnie ma przewagę”) na podstawie opowiadania Petera F. Hamiltona, gdzie nikt nie jest tym, kim się wydaje.

Można powiedzieć, że antologie science fiction opierają się na odrzuceniu zasady WYSIWYG (what you see is what you get) kluczowej dla nowoczesnego projektowania doświadczenia użytkownika. To, co widzimy na ekranie, nigdy nie jest tym, co ostatecznie dostajemy. Pozory mylą. Rajska wspólnota okazuje się dystopijnym piekłem, wrogowie – nieoczekiwanymi sojusznikami, zbawcza technologia – przekleństwem. Ale ponieważ spodziewamy się niespodziewanego, poszczególne odsłony mogą nas zaskoczyć właśnie brakiem zaskoczenia. To, co w powieści czy filmie byłoby rozczarowaniem, w antologii okazuje się ciekawą odmianą. „Roboty...” kilka razy wykorzystują tę moc antologii, zabierając nas także na przejażdżki pozbawione ostrych zakrętów.

Razem, ale oddzielnie

A jednak rozłączność, o której dotychczas była mowa, nie wyczerpuje zagadnienia. Bo dobre antologie to nie tylko poszczególne części, lecz przede wszystkim wartość dodana związana z ich połączeniem w spójną całość. Choć w przypadku „Robotów...” temat przewodni jest zaskakująco szeroki, to powtarzalność wątków przy jednoczesnej nieustannej zmianie konwencji daje interesujący efekt.

Wielkie roboty ratują nas przed kosmicznymi potworami, Armia Czerwona ratuje nas przed stworami z piekła, koty ratują nas przed wampirami, nic nie uratuje nas przed kotami. Kiedy tak zestawiam te pomysły – muszę uczciwie przyznać – brzmi to jak głupawa rozrywka. Ale całość zbudowana jest tak, że po obejrzeniu kolejnego krótkiego odcinka na dowolnie abstrakcyjny temat – powiedzmy: błyskawicznie rozwijająca się i upadająca cywilizacja w starej lodówce – nie sposób nie myśleć o nim w kontekście innych historii składających się na antologię. W doborowym towarzystwie nawet bardzo proste opowieści zyskują dodatkową głębię.

Tu krótka dygresja. Miłośniczki antologii wiedzą, że kolejność ma znaczenie. Netflix podjął zaskakującą decyzję i każdy widz dostawał odcinki w innej kolejności, generowanej przez algorytm. Zrodziło to podejrzenia, że korporacja wykorzystała posiadane dane na temat użytkowniczek, by zorganizować materiał tak, żeby dla każdej z nich był szczególnie wciągający. Netflix zaprzeczył, ale jest jednak coś intrygującego w tym, że żyjemy w świecie, który tak bardzo przypomina odcinek dobrej antologii SF.

Estetyka słonia

Jedną z rzeczy, którą kocham w antologiach, jest różnorodność stylów. Antologia uwalnia z przezroczystości. Czytając prozę jednego autora przez 600 stron albo oglądając dzieło reżysera przez 90 minut przestajemy dostrzegać nieprzezroczystość narracji. Patrzymy przez okulary – nie widzimy okularów. Antologia pozwala wyeksponować unikalny autorski styl.

Pewnie powinienem był o tym wspomnieć wcześniej, ale jakoś się nie złożyło. Otóż: „Miłość, śmierć i roboty” to antologia filmów animowanych. W Polsce wciąż jeszcze animacje nie cieszą się szacunkiem szerokiej publiczności i są często postrzegane jako rozrywka wyłącznie dla młodszych widzów. (Uwaga! Ten serial stanowczo nie nadaje się dla nich! Nie oglądajcie go z dziećmi. Zamiast tego włączcie „W głowie się nie mieści” albo „Coco”. Będzie materiał do rozmów!)

W przypadku animacji eksponowanie stylu ma szczególne znaczenie. Każdy odcinek to pokaz innej techniki, innej wrażliwości, odmiennego tempa snucia opowieści. Jak piękne i jak różne mogą być animacje! Staroświeckie i nowoczesne, dopracowane i schematyczne, przerażająco realistyczne i uroczo abstrakcyjne. Wszystko to znaleźć można w „Miłości, śmierci i robotach”. Ale wielogłosowość antologii to nie tylko kwestia estetyczna, lecz również epistemologiczna.

Jest taka historia o ślepcach i słoniu, którą przywołuje się często, by zwrócić uwagę na niedoskonałość ludzkiego poznania. Gdy do miasta zawitała legendarna bestia, grupa zaciekawionych niewidomych wyruszyła, by przekonać się, jak właściwie wygląda słoń. Jeden schwyciwszy za ogon, stwierdził, że słoń jest jak liana, inny objąwszy nogę zwierzęcia, przekonywał, że przypomina ono raczej drzewo lub kolumnę, ten, który dotknął trąby, myślał, że słoń to rodzaj ogromnego węża, i tak dalej.

To, co w oryginalnej przypowieści było przestrogą, w antologiach przekute zostaje w atut. Antologie przyjmują, że nasze poznanie jest fragmentaryczne, a ten sam przedmiot oglądany z różnych perspektyw jawi się odmiennie. Ostateczny, obiektywny opis rzeczywistości to mrzonka, za którą nie warto podążać. Najlepsze, co możemy zrobić, to świadome, celowe zestawienie odmiennych punktów widzenia.

W ten sposób antologia buduje ironię – centralną emocję, a zarazem trop stylistyczny kluczowy dla „Robotów”. Nie można brać w pełni na poważnie historii, która jest jedną z kilkunastu wersji przyszłości. Te straszne nie są naprawdę przerażające, te lekkie i śmieszne wciąż mają w sobie coś złowieszczego, bo za każdym tekstem kryją się – jako kontekst – wszystkie pozostałe odcinki.

Dlatego właśnie antologie stanowią dziś najatrakcyjniejszą formę fantastyki. Być może przyczyną jest to, że sama przyszłość na naszych oczach staje się antologią. Upadek wielkich ideologii politycznych, demokratyzacja komunikacji i detronizacja prasy i telewizji przez media społecznościowe sprawiają, że nasza sfera publiczna bardziej przypomina „Miłość, śmierć i roboty” niż którąś z klasycznych epickich sag science fiction. Otacza nas rozproszona opowieść, snuta przez wielu autorów naraz, pełna sprzeczności i niedopowiedzeń.

Laboratorium przyszłości

Fantastyka naukowa pełni ważną funkcję społeczną, stanowiąc kluczową formę współczesnej mitologii, opowiadając o tym, że świat się zmienia.

Przed rewolucją przemysłową i stworzeniem nowoczesnej nauki nie było literatury science fiction. Brzmi to trywialnie: nie ma nauki, nie ma fantastyki naukowej. Warto jednak zastanowić się nad tym nieco głębiej. Brak tego rodzaju literatury wynikał również z faktu, że świat postrzegano jako niezmienny. Przed czasami oświecenia idea postępu w zasadzie w literaturze zachodniej nie występuje! I jest w tym sporo sensu.

Gdyby egipski rolnik z czasów budowy wielkich piramid przeniósł się cztery tysiące lat naprzód, zastałby świat, w którym zaskakująco niewiele się zmieniło. Większość ludzi nadal umiera w ciągu dwóch lat od narodzin, prawie wszyscy pracują w polu. Wykorzystanie zwierząt pociągowych czy trójpolówka nieco zwiększyły wydajność w niektórych punktach globu, ale na całym świecie głównym źródłem energii nadal jest praca mięśni. W Egipcie rządzą teraz Mamelukowie, ale prawdziwą, niepodzielną władczynią pozostaje natura sterująca wylewami Nilu. Czas ma kształt koła. Wszystko, co istotne, powraca cyklicznie. Warto to sobie uświadomić i zrozumieć, że – poza mitami ściśle religijnymi, zwykle lokującymi zmianę w czasie mitycznym – wszystkie opowieści, które przez tysiąclecia snuliśmy, były opowieściami o stałości, nie o zmianie.

Aż nadeszło Wielkie Przyspieszenie. To z jego ducha narodziła się fantastyka naukowa. Dziś wszyscy przyjmujemy za pewnik, że nasze dzieci będą żyły w zupełnie innym świecie niż my. Czy będzie to świat lepszy? Tego od pewnego czasu wcale nie jesteśmy pewni. Wiemy tylko, że dogmat o fundamentalnej niezmienności świata, który zarządzał ludzką wyobraźnią przez dziesiątki tysięcy lat, upadł bezpowrotnie. Z czasem spekulatywna fantastyka naukowa stała się jednym z najważniejszych języków, którym snuliśmy opowieści o tej zmianie – tuż obok coraz bardziej hermetycznego języka samej nauki oraz blisko spokrewnionego z fantastyką narzecza utopijnych ideologii politycznych.

Przyspieszenie przyspiesza. Na progu XXI w. technologia zmienia się szybciej niż kiedykolwiek dotychczas. Wraz z nią przyspieszeniu ulegają zmiany społeczne oraz – z czego zdajemy sobie sprawę coraz boleśniej – nasz wpływ na przyrodę, której część stanowimy. Science fiction, jako mitologia zmiany, stało się jeszcze ważniejsze.

Przede wszystkim dlatego, że – przywołajmy tu słowa Williama Gibsona, twórcy gatunku cyberpunk – „Przyszłość już nadeszła, tyle że nie wszyscy dostali jej po równo” (The future is already here. It’s just not very evenly distributed). Ten cytat jest może nieco wyeksploatowany, ale jego popularność nie bierze się znikąd. Przyszłość faktycznie zaczęła się wczoraj.

Po pierwsze, przyspieszenie działa tak szybko, że rzeczywistość coraz częściej dogania lub wyprzedza fikcję. Po drugie, jak poucza inny ważny dla literatury science fiction autor – sir Isaac Newton – rozpędzoną masę nie tak łatwo zatrzymać. Bezwładność rzeczywistości sprawia, że decyzje, które podejmujemy dzisiaj, będą miały bezpośredni wpływ na to, co wydarzy się za lat 20 czy 50. Materia przyszłości już dziś jest w naszych szkołach i elektrowniach. Pechowo akurat jedne i drugie zamiast wybiegać w XXII wiek z trudem wygrzebują się z XIX…

Science fiction to laboratorium, w którym testujemy nowe idee. Pisarze bawią się pomysłami, zanim na poważanie wezmą się za nie naukowcy i przedsiębiorcy. Nieograniczeni budżetem, skalą, a czasem nawet prawami fizyki, mogą swobodnie spekulować. Oznacza to, że na twórcach spoczywa niemała odpowiedzialność. Publiczność znała już opowieść o Frankensteinie w literackiej i filmowej odsłonie na długo przed tym, nim świat ujrzały pierwsze organizmy modyfikowane genetycznie. Dziś to metaforyka zaczerpnięta z tego dzieła organizuje znaczną część debaty wokół biotechnologii. Ci, którzy nie odwołują się do „Frankensteina”, czerpią metafory z „Parku Jurajskiego” albo „Avatara”. W porównaniu z siłą takich wizji najlepsze artykuły naukowe mają znikomą moc rażenia.

Każde SF jest społecznym laboratorium przyszłości. Ale tylko antologie działają tak, jak rzeczywiście działa nauka. Testują setki wariantów i hipotez. Zestawiają, porównują, proponują niedeterministyczną wizję przyszłości. Antologie podsuwają szerokiej publiczności wzorce myślenia opartego na rozkładach prawdopodobieństw i współistnieniu wielu scenariuszy. Tak właśnie myślą o przyszłości naukowcy. Antologie pokazują ją nie jako oświeceniową autostradę wiodącą ku postępowi, lecz jako ogród o rozwidlających się ścieżkach. Nie muszą proponować beznadziei, ale nie muszą też zadowalać się łatwym optymizmem. Przypominając o wielości scenariuszy, przywracają nam poczucie sprawczości.

Polityka jest sztuką ukazywania lub ukrywania scenariuszy alternatywnych wobec bieżącej rzeczywistości. Nie ma więc nic bardziej politycznego niż science fiction. Każde dzieło z tego gatunku jest manifestem politycznym. Antologie są nim w sposób szczególny. Nie tylko poprzez treść, lecz przede wszystkim – poprzez swoją formę. Antologie ukazują politykę wielu możliwości, historię bez jednego narratora dysponującego monopolem na prawdę, przyszłość, która nie jest zdeterminowana. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Semiotyk kultury, doktor habilitowany. Zajmuje się mitologią współczesną, pamięcią zbiorową i kulturą popularną, pracuje w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Prowadzi bloga mitologiawspolczesna.pl. Autor książek Mitologia współczesna… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2021