Ładunek wybuchowy, który w sobotę 15 listopada około 21.30 eksplodował na torowisku w pobliżu miejscowości Życzyn, uszkodził nie tylko szyny kolejowe. Jeśli Moskwa chciała zademonstrować, że w rozgrywce z Warszawą gotowa jest również na krwawe akty terroru, to komunikat niestety dotarł. W przeprowadzonym kilka dni później badaniu pracowni SW Research aż 71,2 proc. ankietowanych odpowiedziało, że obawia się jeszcze częstszych i jeszcze groźniejszych ataków ze strony Rosji.
Na liczącą ponad 19 tysięcy kilometrów sieć kolejową sztab generalny wysyła teraz Wojska Obrony Terytorialnej, które pomogą w patrolach Straży Ochrony Kolei oraz policji. Do ochrony infrastruktury krytycznej armia oddeleguje w całym kraju łącznie aż 10 tys. żołnierzy różnych formacji, nie tylko WOT. To największa w ostatnich latach operacja z użyciem armii, jeśli nie liczyć ubiegłorocznej powodzi, z którą w szczytowym momencie walczyło ponad 20 tys. wojskowych. Problem w tym, że potrzeby są jeszcze większe.
Do przypilnowania mamy 34 porty, w tym cztery o strategicznym znaczeniu dla gospodarki i stabilności państwa. Łupem sabotażystów paść może także któryś z siedmiu dużych magazynów gazu, ponad 12,1 tys. kilometrów rurociągów do przesyłu tego surowca, 20 tys. ujęć wody pitnej, 65 elektrowni i elektrociepłowni oraz 31 tys. km kabli energetycznych. A także około 42 tys. mostów, ponad trzysta zapór wodnych i około 45 tys. stacji bazowych, które zapewniają łączność przeszło 96 proc. populacji Polski, umożliwiając też funkcjonowanie miriadzie rozmaitych urządzeń sterujących i pomiarowych.
Dokładny i stały nadzór nad tą infrastrukturą, wykraczający poza bieżące serwisowanie, to zadanie ponad możliwości państwa, nieważne jak dobrze zorganizowanego i zarządzanego. Można jedynie skoncentrować się na jej kluczowych elementach i wierzyć, że sabotażystów w porę wykryją stosowne służby wespół z czujnym społeczeństwem.
– A jeśli się nie uda, dla części opinii publicznej głównym winowajcą będzie rząd – zauważa dr Michał Piekarski z Zakładu Studiów nad Bezpieczeństwem Uniwersytetu Wrocławskiego. – W minionym trzydziestoleciu wiele rzeczy się nam w Polsce udało, ale niestety nie należy do nich kultura obronności, oparta dziś głównie na dużych instytucjach i w zasadzie nieangażująca społeczeństwa w budowę bezpieczeństwa.
Bezpieczeństwo po polsku: płacę i wymagam od państwa
Z kolejnych polskich badań nastrojów społecznych, jak mówi Piekarski, bije niezmienne przekonanie, że to jeszcze jedno z długiej listy zadań, które państwo ma wykonać w ramach swoistego kontraktu, który z nim zawieramy płacąc podatki. Dużym poparciem cieszy się więc zwiększanie wydatków budżetowych na armię, ale za przywróceniem obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej jest już zaledwie 39 proc. badanych; w dodatku przeważają wśród nich tacy, którzy uważają, że dla wspólnego dobra powinni ją pełnić inni.
Przeszło trzy czwarte Polaków chwali też działalność organizacji i stowarzyszeń proobronnych, ale liczba ich członków, jak szacuje Instytut Sobieskiego, nadal idzie raczej w dziesiątki niż setki tysięcy. Jednocześnie krytycznie oceniamy poziom przygotowania państwa na zagrożenia zewnętrzne. Tylko 8 proc. uczestników badania przeprowadzonego w czerwcu br. przez pracownię IBRiS postrzega je jako dobre, a 9 proc. – za wystarczające. Słowem, płacimy i wymagamy, żeby było bezpiecznie. A państwo nas w tym utwierdza.
– I trzy lata temu, w apogeum kryzysu na granicy białoruskiej, i rok temu na Dolnym Śląsku podczas powodzi, główną rolę odgrywało wojsko – wylicza Piekarski. – Teraz na zlecenie rządu sztab generalny uruchamia operację „Horyzont”, choć zagrożona jest infrastruktura cywilna. Państwo sięga po armię nie dlatego, że to ona najlepiej nadaje się do takich zadań, lecz dlatego, że nie ma nic lepszego pod ręką.
Żołnierze patrolujący dworce, tory kolejowe i pilnujący mostów podniosą oczywiście bezpieczeństwo, choć informacja resortu obrony o członkach WOT, którzy na patrole ruszą z bronią, ale bez ostrej amunicji (formalnie patrole to ich szkolenia), stawia tę operację niebezpiecznie blisko parodii. – Ale WOT, szkolone głównie do patrolowania i straży, to najmniejszy problem – kontynuuje dr Piekarski. – Do operacji „Horyzont” bez większej szkody można będzie też oddelegować operatorów dronów; będą robić z grubsza to samo, co na szkoleniach.
Dla pozostałych, zwłaszcza dla sił specjalnych, które też mają wejść do akcji, będzie to jednak czysta strata czasu i zasobów. Jednostki wyjęte z systemu szkoleń potrzebują nawet kilku miesięcy, żeby wskoczyć do niego z powrotem i zgrać się z innymi.
Co trzeci Polak nie zna konstytucyjnych obowiązków
Militaryzacja bezpieczeństwa ma w Polsce długą tradycję. W PRL wojsko było ważnym elementem systemu kontroli, a w stanie wojennym stało się wręcz filarem państwowego aparatu represji, wymierzonego w buntujące się społeczeństwo. Ojcowie nowej Polski, nauczeni tymi bolesnymi doświadczeniami, po 1989 r. najpierw narzucili armii cywilną kontrolę, ale tuż potem w zasadzie odgrodzili ją od społeczeństwa, zawieszając powszechny pobór.
Uzawodowione wojsko, trenowane w dodatku głównie na misje zagraniczne, stało się egzotycznym bytem, z którym przeciętny Polak widywał się najwyżej na defiladzie. Straciliśmy też zainteresowanie sprawami bezpieczeństwa, bo przecież gwarantem polskiej niepodległości było NATO.
W 2014 r. na Krymie pojawiły się jednak rosyjskie „zielone ludziki” i stało się jasne, że armia może być Polsce potrzebna również w kraju. Ponowne oswojenie munduru w przestrzeni publicznej i w głowach szło nam już opornie. W 2019 r. widok żołnierzy WOT, którzy po ćwiczeniach wpadli z bronią przekąsić coś w restauracji, do tego stopnia zbulwersował pozostałych gości, że o zdarzeniu zawiadomiono media. Z „incydentu” musiał się tłumaczyć rzecznik MON.
Dziś, gdy osiemdziesiąt kilometrów od polskiej granicy spadają rakiety, tematyka bezpieczeństwa i wojskowości cieszy się niemal powszechnym zainteresowaniem. Jednocześnie prawie 40 proc. Polaków nadal nie ma pojęcia, że obrona kraju to obowiązek, który konstytucja RP nakłada na każdego polskiego obywatela. Miał to im uświadomić „Poradnik bezpieczeństwa”, czyli opracowana na zlecenie władz broszura z informacjami o strukturze polskiego zarządzania kryzysowego i poradami na wypadek wojny, dywersji, klęsk żywiołowych i innych zdarzeń losowych.
Rząd zapowiadał, że „Poradnik” zostanie rozesłany do wszystkich polskich domów po wakacjach. Obecnie realnym terminem jest przełom roku – o ile do wysyłki w ogóle dojdzie, bo urzędnicy MON w kuluarowych rozmowach przyznają, iż szefostwo nabrało wątpliwości, czy w ten sposób obywateli uspokoi, czy raczej wystraszy. Publikację już teraz można pobrać ze stron rządowych. Trzeba ją tylko wygrzebać z trzewi serwisu.
Mówiąc o pokoju, nie szykujemy się do wojny
Zachowanie decydentów w tej dość prostej sprawie wpisuje się w swoisty modus operandi polskiej klasy politycznej, która z zagrożeniami wywołanymi wojną na wschodzie za wszelką cenę próbuje radzić sobie w trybie „pokojowym”. Nie można oczywiście mieć do władzy pretensji, że próbuje za wszelką cenę utrzymać normalne funkcjonowanie instytucji, gospodarki i społeczeństwa.
Problem w tym, że – jak mówi prof. Agnieszka Bryc, politolożka zajmująca się badaniami nad działaniem administracji w obliczu kryzysów – pokojowa narracja staje się, także dla rządu, łatwym usprawiedliwieniem dla niepodejmowania niepopularnych, ale już dziś niezbędnych decyzji.
– Rozumiem, że premier czy minister obrony wolą nie mówić w kółko, że Rosja atakuje nas dziś właściwie wszystkimi zasobami poza regularnym wojskiem – podkreśla. – Ale dlaczego ma to uzasadniać również brak tak oczywistych posunięć, jak przywrócenie w jakimś kształcie zasadniczej służby wojskowej czy nałożenie na platformy społecznościowe regulacji, które utrudnią rozsiewanie za ich pośrednictwem paniki i dezinformacji?
Na takie kroki decydują się nawet państwa niesąsiadujące z Rosją, jak Chorwacja czy Dania. My z wojną za płotem usiłujemy za wszelką cenę utrzymać ułudę pełnego bezpieczeństwa.
„Jesteśmy w czasach, których nie można nazwać czasem wojny, ale też nie można nazwać czasami pokoju” – przekonywał w ub. tygodniu minister Marcin Kierwiński podczas kolejnej już konferencji prasowej poświęconej reakcji na akty kolejowej dywersji. Padło też wiele słów o sile oraz gotowości państwa i jego instytucji do odparcia zagrożeń. Do naszego arsenału bezpieczeństwa dołączyć ma zarazem aplikacja umożliwiająca zgłaszanie podejrzanych aktywności, wraz z podaniem służbom dokładnej lokalizacji.
Szef sztabu generał Wiesław Kukuła zapewnił, że oprogramowanie powinno być gotowe w połowie grudnia, i nikt z uczestników konferencji nie zapytał, dlaczego państwo polskie dopiero teraz – w czwartym roku wojny w Ukrainie, po kilku udanych atakach dywersyjnych i po szeregu udaremnionych – przystępuje do realizacji tak oczywistego zadania. Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi wyrwało się nawet, że prace nad aplikacją ruszyły „kilka tygodni temu”; przez ułamek sekundy szef MON wahał się, czy podać ten fakt do publicznej wiadomości. Nic dziwnego – podobne rozwiązanie Ukraina uruchomiła 7 marca 2022 r., trzy tygodnie po rosyjskiej agresji.
– Ja niestety nie mam złudzeń, że rząd wyjdzie z tej strefy politycznego komfortu – kontynuuje prof. Bryc. – Horyzontem dla wszystkich jego działań są najbliższe wybory, dlatego w sferze polityki bezpieczeństwa priorytetowo traktuje się tylko te postulaty, które pozwalają zbić polityczny kapitał, ewentualnie nie są zbyt kosztowne wizerunkowo. Poprzednicy zachowywali się podobnie, pod tym względem nie widzę większych różnic.
Polską klasę polityczną, bez względu na jej barwy partyjne i ideologiczne predylekcje, łączy – zdaniem prof. Bryc – przekonanie, że na poważne decyzje przyjdzie czas. – W tym sensie zgadzam się z politologiem Andrew Michtą, który niedawno wytykał politykom krajów NATO krótkowzroczność i nazywał ich menedżerami czasu pokoju, obawiającymi się wejścia w rolę przywódców.
Jak zatrzymać polaryzację
Może więc czas porzucić uspokajające powiastki i dojrzale przyznać, że Rosja prowadzi już w Polsce działania quasi-wojenne, które mogą kosztować życie obywateli? Sabotaż pod Garwolinem nie jest przecież pierwszym „atakiem kinetycznym” na terenie naszego kraju. Wcześniej było przecież podpalenie hali targowej przy ul. Marywilskiej w Warszawie, dwa pożary składów budowlanych, w stolicy i w Radomiu, udaremniona przez służby próba podpalenia fabryki farb we Wrocławiu oraz ładunek wybuchowy z zapalnikami, przechwycony w przesyłce kurierskiej. Nieoficjalnie od ekspertów ds. bezpieczeństwa można usłyszeć o kilku innych, udaremnionych aktach dywersji na zlecenie Rosji.
– A to nas powinno od razu odsyłać do pytania o polaryzację – podkreśla Agnieszka Bryc. – Mamy w krajowej polityce ugrupowania jawnie żywiące się szowinizmem. Platformy społecznościowe przerysowują różnice światopoglądowe, szczują na cudzoziemców. Dużo mówi się o tym problemie w kontekście bieżącej polityki, ale wątek bezpieczeństwa pomijamy niemal w całości. W pamięci została mi scena z tegorocznego święta Wojska Polskiego, gdy zwolennicy prezydenta Nawrockiego wybuczeli wystąpienie szefa MON. Kto będzie winny, jeśli część z nich odmówi podporządkowania się decyzjom rządu, bo to nie ich rząd?
Artykuł 85. konstytucji mówi tymczasem o obowiązku obrony ojczyzny, spoczywającym na każdym obywatelu. Sformułowanie to – jak mówi Agnieszka Bryc – nie jest przypadkowe, bo rozciąga regułę na każdego posiadacza polskiego paszportu, bez względu na narodowość, wyznanie, nie mówiąc o poglądach politycznych czy przynależności etnicznej.
Nasza konstytucja w wizjonerski sposób stara się trzymać z dala od endeckich wizji państwa narodowego, więc stawia na wspólnotę obywateli. Trzy dekady temu, kiedy pisano ustawę zasadniczą, Polska, kraj wówczas niemal monoetniczny, przyznawała obywatelstwo mniej niż tysiącu cudzoziemcom rocznie. Imigrację znaliśmy jedynie ze słyszenia.
Obecnie szeregi obywateli RP co roku zasila już kilkanaście tysięcy obcokrajowców. Tylko w zeszłym roku paszport z orzełkiem otrzymały rekordowe 16 342 osoby, o 37 proc. więcej niż rok wcześniej (byli to głównie dobrze zasymilowani Ukraińcy). Imigracja zarobkowa, choć ograniczana przez władze, nadal utrzymuje się na wysokim poziomie. Z danych przygotowanych dla Sejmu wynika, że na koniec ub. roku prawo stałego pobytu na terenie RP miało 124,3 tys. cudzoziemców.
W gronie 310 tys. osób, którym w zeszłym roku wydano lub przedłużono prawo pobytu tymczasowego, aż jedna trzecia pochodziła z odległych geograficznie i kulturowo krajów, jak Filipiny i Kolumbia (po około 38 tys. osób) oraz Indie (33,9 tys.). Większość wróci do domu, ale część na pewno spróbuje osiedlić się w Polsce. Czy utożsamią się z nową ojczyzną na tyle, by chcieć także stanąć w jej obronie? Nie musi to od razu oznaczać założenia munduru wojskowego. Mowa raczej o tym, czy zadzwonią po policję, gdy zobaczą, że ktoś podejrzany kręci się pod domem sąsiada lub przy ujęciu wody.
Czy mogą nas bronić piłkarze i koła gospodyń wiejskich
Do długiej listy pytań o bezpieczeństwo trzeba dopisać jeszcze jedno. O czym tak naprawdę mówimy, kiedy wspominamy o odporności państwa? Czy rozumieć ją w sposób klasyczny, czyli jako zdolność instytucji do kontynuowania działalności w obliczu zagrożenia? A może – jak zauważa Weronika Grzebalska, socjolożka obronności z Polskiej Akademii Nauk – odporność powinna oznaczać także umiejętność szybkiego odnalezienia się państwa i jego instytucji w nowej rzeczywistości? Kryzys to zresztą również szansa na krytyczne spojrzenie na to, co dotychczas zbudowaliśmy.
Gdyby z tej perspektywy spojrzeć na gmach polskiego bezpieczeństwa, stanie się jasne, że budujemy system zbyt scentralizowany, oparty na instytucjach, które źle komunikują się z obywatelami. – Ile słyszał pan w tym tygodniu wezwań polityków, mundurowych i urzędników do zachowania czujności? – pyta Michał Piekarski. – A w ilu padło wyjaśnienie, na co dokładnie ma pan być czujny?
Wojsko, policja, straż graniczna i inne formacje mundurowe odpowiedzialne za bezpieczeństwo nauczyły się już jako tako współpracować ze sobą. Działa obieg informacji, odbywają się regularne szkolenia. Niechętnie, czasem wręcz z nieufnością zbrojne ramię państwa podchodzi jednak do współpracy z cywilami. Rząd nie chce słyszeć choćby o pomyśle odpisu od podatku CIT, za który firmy mogłyby budować w swojej okolicy ważne dla nich elementy infrastruktury bezpieczeństwa albo przeszkolić i wyposażyć pracowników do pilnowania okolicy.
W kraju mamy też ponad 100 tys. organizacji pozarządowych, z których wiele jest świetnie zorganizowanych i dysponuje strukturami terenowymi, infrastrukturą i środkami transportu. Ani rząd, ani służby mundurowe na razie nie wpadły jednak na pomysł, w jaki sposób można by je wpiąć w krajowy system bezpieczeństwa. Jakub Wygnański z Fundacji Stocznia w eseju „Nie tylko czołgi, czyli opowieść o odporności i sile społecznej” zlicza te „nieformalne dywizje”, których istnienia państwo nawet sobie nie uświadamia.
Do wykorzystania mamy ponad 16 tysięcy ochotniczych straży pożarnych, 16,5 tys. kół gospodyń wiejskich, 11 tys. parafii, 8 tys. domów kultury i ponad 5 tys. lokalnych klubów sportowych.
Piłkarze i gospodynie domowe nie zastąpią żołnierzy, tak jak dom kultury nie zastąpi porządnego schronu. Jeśli jednak marzy się nam obrona totalna, na wzór choćby tej, którą sobie zorganizowali Finowie, trzeba wykorzystać wszystko, co mamy.

Nie bądź obojętny
Rządowy „Poradnik bezpieczeństwa” radzi, aby w swoim bezpośrednim otoczeniu zwracać uwagę na:
1. nieuzasadnione próby kontaktu ze strony osób, które oferują łatwy zarobek;
2. zmiany w zachowaniu osób z bliskiego otoczenia, których nie da się logicznie wyjaśnić, np. nieuzasadnione próby zdobycia danych osobowych, planów budynku i innych informacji wrażliwych;
3. podejrzane oznaczenia – graffiti, znaki farbą, kredą lub taśmą – w miejscach, w których nie powinno ich być: np. nietypowe symbole na skrzynkach energetycznych lub telekomunikacyjnych, na murach, drogach i latarniach;
4. osoby, które obserwują, fotografują, filmują (m.in. za pomocą dronów) obiekty takie jak lotniska, centra handlowe, węzły logistyczne, tory kolejowe, jednostki wojskowe, szpitale.
Zawiadomienie policji czy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego to nie donos. Gdyby okazało się nieuzasadnione, nie implikuje konsekwencji prawnych ani dla zgłaszającego, ani dla zgłoszonego. Zawiadomienie zweryfikują służby i podejmą stosowne działania.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















