Sekty były jednym z głównych elementów specyficznego krajobrazu lat 90. Z pewnością każdy, kto żył w tamtych latach, doskonale pamięta nie tylko liczne wówczas egzotyczne grupy i grupki, ale i powołane w 1995 r.
Dominikańskie Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach: kościelną odpowiedź na niespotykaną wcześniej różnorodność, która przyszła do Polski z postkomunistycznym opóźnieniem.
Sekty w Polsce lat 90 – strach, chaos i moralna panika
Owszem, w tym tyglu wszystko mieszało się ze wszystkim. Samozwańczy guru z pomniejszymi rozgałęzieniami hinduizmu i hatha jogą, tarot i astrologia z kółkami ufologicznymi działającymi w domach kultury albo podstawówkach (rzecz jasna, po godzinach). Dominowało poczucie zagrożenia i nieufności.
Słowo na „s” kojarzyło się z czymś niebezpiecznym – praniem mózgu, uwięzieniem, absolutną podległością. W rozmaitych materiałach przestrzegających przed sekciarskim uwiedzeniem przewijały się przykłady Świątyni Ludu (Jima Jonesa) czy Gałęzi Dawidowej (Davida Koresha): dwóch apokaliptycznych kultów, których członkowie – pozostający pod magnetycznym wpływem swoich „przewodników” – dokonali zbiorowych samobójstw.
Sam dobrze pamiętam, ile nieufności i obaw budzili poczciwi w sumie krysznaici, rozdający za darmo polskie wersje „Bhagawadgity” i obfite porcje ryżu z rodzynkami.
Pewien mój znajomy, który na krótki czas przystąpił do Towarzystwa Świadomości Kryszny, obciął włosy na zero i zaczął chodzić w powłóczystych szatach, wywoływał wśród części starszych pań na osiedlu prawdziwy popłoch.
Jak demonizowanie sekt sprzyjało tym naprawdę groźnym
To, co inne, niecodzienne i związane z duchowością, z automatu wydawało się we wciąż jeszcze jednolicie katolickim społeczeństwie ryzykowne. Kościół zaś mniej lub bardziej wzmacniał to przekonanie, obawiając się konkurencji. W efekcie, w zbiorowej świadomości zacierały się różnice pomiędzy grupami toksycznymi a tymi, które na tle ówczesnego standardu były ledwie ekscentryczne.
Stąd blisko już było do paniki moralnej – i rzeczywiście hasło „sekta” błyskawicznie ją w tamtych czasach indukowało.
Na takim pomieszaniu – nie tylko w sprawach tu omawianych, ale także np. w polityce – najbardziej korzystały i korzystają oczywiście kulty (oraz inne formacje) faktycznie groźne. W rozmazanym tle łatwiej się ukryć i dzięki temu skorzystać na postępującym zobojętnieniu.
Mechanizm jest prosty. Skoro wciąż słyszymy o straszliwych rzeczach, których rzekomo dopuszczają się sekty albo inne formacje, lecz tych straszliwych rzeczy w wielu przypadkach wcale nie widać, pojawia się wątpliwość, czy jest sens w ogóle się takimi ostrzeżeniami przejmować.
Aż w końcu przychodzi obojętność – i wówczas ci, którzy naprawdę mają niecne zamiary, mogą realizować je łatwiej i efektywniej. Z sektami tak właśnie było – i do pewnego stopnia jest również dzisiaj.
Sekta Niebo – mechanizm władzy i manipulacji
W latach 90. działały także jawnie patologiczne grupy, jak choćby osławiona sekta Niebo, której przewodził charyzmatyczny pseudouzdrowiciel Bogdan Kacmajor. Świetny serial, który opowiada o jej losach (w reżyserii Bartosza Blaschke) możemy właśnie oglądać na HBO Max. Rzecz zrealizowano na podstawie książki Sebastiana Kellera, który spędził w Niebie pięć lat, a w rolę Kacmajora (serialowego Piotra) wcielił się Tomasz Kot.
Twórcy bardzo trafnie pokazują stopniowe wytwarzanie się klasycznej sekciarskiej mentalności. Składają się na nią m.in. absolutna pewność bycia wybranym i wyjątkowym; poczucie dostępu do prawdy niewidocznej dla innych, czyli obcych; wrogość i agresja wobec każdego, kto pozostaje na zewnątrz; niewywrotny, irracjonalny obraz świata, którego ostateczną sankcją jest autorytet guru; gotowość na wszystko w imię zachowania spójności własnych poglądów i zaangażowań.
Współczesne oblicza sekt – nie tylko zamknięte wspólnoty
Oglądana dziś okiem twórców serialu rzeczywistość lat 90. jawi się z jednej strony jako totalna egzotyka. Nawet jeśli gdzieś jeszcze są takie grupy jak Niebo, ich faktyczna siła rażenia wydaje się żadna.
Z drugiej strony, choć tamten model uległ raczej wyczerpaniu, nie znaczy to wcale, że ów szczególny typ mentalności zniknął wraz z nim. Nic z tych rzeczy. Gołym okiem widać, jak błędne i szkodliwe jest pokutujące wciąż przekonanie, że „sekta” to zawsze zamknięta grupa, fizycznie odizolowana od świata.
Owszem, tak również bywa, ale współcześnie wszystkie konstytutywne cechy sekt możemy dostrzec nie tylko w hermetycznych zborach, lecz także w życiu społecznym i mediach. Jeden do jednego, na poziomie mikro i makro, nie trzeba do tego żadnego nowego Kacmajora ani zamknięcia w jakimś domostwie.
Zaprzeczanie rzeczywistości w imię ideologii, mantrowanie dogmatów, wściekłość i furia pod adresem każdego, kto sprzeciwi się jedynej prawdzie, podział świata na wtajemniczonych i wrogą resztę – znajdujemy to we wszelkich aktywnościach, które służą dziś za substytut religii, czyli generator sensu, przynależności i stabilnej samooceny.
Od wiary w cudowne diety po ślepe zapatrzenie w przywódców politycznych, od zbawczych warsztatów samorozwoju po jedynie słuszny aktywizm.
Dlaczego temat sekt pozostaje dziś aktualny
Tematyka sekt pozostaje więc, wbrew pozorom, aktualna. Tego typu zjawiska odsłaniają bowiem pewien uniwersalny scenariusz, uniwersalne manowce, na które chętnie zbaczamy, kiedy trapią nas rozmaite deficyty. A teraz, jak wiadomo, są one wyjątkowo dotkliwe – i sporo wskazuje, że się będą, niestety, pogłębiać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















