Reklama

Niezabliźnione rany

Niezabliźnione rany

04.06.2007
Czyta się kilka minut
Choć od rozpadu ZSRR i uzyskania niepodległości przez Ormian minęło kilkanaście lat, Armenia i Turcja do dziś nie nawiązały kontaktów dyplomatycznych. Na przeszkodzie stoi historia: różne interpretacje tego, co stało się 92 lata temu.
-

- Skąd jesteś?

- Z Polski.

- O! To wielkie dzięki! Bo wiesz, wasz parlament uznał właśnie genocyd! Podziękuj swoim rodakom, jak wrócisz. Strasznie się cieszymy, że Polska nas popiera.

Wielokrotnie słyszałem te słowa na ulicach Erewania w kwietniu 2005 r., kiedy Sejm Rzeczypospolitej przyjął rezolucję, uznającą przeprowadzone 90 lat wcześniej przez Turków i Kurdów mordy na Ormianach z Anatolii za ludobójstwo, a tym samym - za zbrodnię nieulegającą przedawnieniu. "Polska jest kolejnym, siedemnastym państwem uznającym fakt ludobójstwa" - wołały wówczas nagłówki ormiańskich gazet. Bo dla Ormian każdy akt solidarności, który wspiera ich dążenia do uznania wydarzeń z 1915 r. za zbrodnię przeciw ludzkości, to niemalże "być albo nie być".

Armenia chce właściwie tylko jednego: aby Republika Turecka przyznała, że doszło wtedy do planowej rzezi, że ówczesny młodoturecki rząd dopuścił się pierwszego w XX w. holokaustu. Bo co oznacza uznanie za ludobójstwo? Nieprzedawnienie, czyli możliwość pociągnięcia do odpowiedzialności. Między innymi dlatego Turcy odbierają to jako przykład bezpodstawnych, ich zdaniem, roszczeń i próbę ingerencji we własną historię oraz w bieżącą politykę. Jeżeli w jakimś państwie zostanie poruszona na oficjalnym szczeblu kwestia osmańskiej odpowiedzialności za wydarzenia 1915 r., to dany ambasador natychmiast wzywany jest na dywanik do tureckiego MSZ. Polskich dyplomatów spotykało to parokrotnie.

Okna na świat

Genocyd rzuca się cieniem na stosunki między Armenią a Turcją, które - choć od uzyskania niepodległości przez Armenię minęło kilkanaście lat - nadal nie utrzymują ze sobą kontaktów dyplomatycznych. A od kiedy na początku lat 90. rozpoczęła się wojna w Górskim Karabachu, w wyniku której pod de facto ormiańską okupacją znalazło się od 14 do 20 proc. terytorium południowokaukaskiego sojusznika Turcji - Azerbejdżanu - granica ormiańsko-turecka została jednostronnie zamknięta przez Ankarę. Odtąd okna na świat otwierają się dla Ormian jedynie na północ i południe: przez Gruzję i Iran zdążają ludzie i przewożone są towary z i do Rosji, z i do Europy, a także z i do... Turcji, gdyż mimo oficjalnej wrogości handel pomiędzy zwaśnionymi państwami kwitnie i napycha kieszenie państwowym urzędom w Tbilisi i Teheranie, którym rola pośrednika jak najbardziej odpowiada.

Nie dość, że rurociąg naftowy Baku-Tbilisi-Ceyhan poprowadzony został przez terytorium Gruzji - choć krócej byłoby przez Erewan - to planowana w tym roku budowa transkaukaskiej linii kolejowej Kars-Achalkalaki-Baku (która miałaby odtwarzać legendarny Jedwabny Szlak) również omijałaby Armenię - mimo sprzeciwu Unii Europejskiej. Erewan czuje się przez to izolowany i marginalizowany. No a na dokładkę w granicach obecnej Turcji pozostała również święta dla Ormian góra Ararat (na niej osiadła po potopie arka Noego), doskonale widoczna z Erewania, co jest dodatkową zadrą w stosunkach między dwoma narodami. Stąd kartą przetargową, wciąż mocną, jest kwestia genocydu Ormian.

Tureckie władze uważają, że szermowanie ludobójstwem sprzed blisko wieku jest elementem ormiańskiego nacisku; dla Ankary tamten rozdział jest już zamknięty. Jednak pamięć w Armenii sięga głęboko - dla Ormian do wydarzeń sprzed 92 lat właściwie doszło jakby wczoraj... Ale jak inaczej miałby patrzeć na swoją historię naród, który jako pierwszy, bo już w początkach IV w., przyjął chrześcijaństwo? Podczas kolejnych rocznic masakry z billboardów spoglądają na przechodniów twarze starców. I wiele mówiący podpis: "Te oczy widziały ludobójstwo". Spójrzmy w oczy postaciom na fotografii, a zobaczymy w ich źrenicach śmierć najbliższych: ciała powieszonych, ciała ukrzyżowanych, ciała zgwałconych, zdeptanych w "marszach śmierci", ciała padające na pustyni z głodu i pragnienia, ciała zjadane. Ciała, które były matkami, ojcami, dziadkami, braćmi i siostrami. Te zdjęcia zna każde dziecko. Te zdjęcia są w internecie, na stronach przypominających krwawe wydarzenia z 1915 r.

Ormianie mówią o półtora miliona ofiar ludobójstwa wyreżyserowanego przez Osmanów. Szacunki historyków tureckich pomniejszają tę liczbę trzykrotnie, a ponadto przeciwstawiają się tezie o planowej eksterminacji: zdaniem Turków (także władz tureckich) w 1915 r. doszło do ewakuacji ludności ormiańskiej ze strefy przyfrontowej (Anatolia była widownią walk rosyjsko-tureckich) - tej ludności, która wspierała wrogą armię. Podczas ewakuacji przez pustynię ginęli ludzie. Mówią Turcy: trudno uniknąć było śmierci z upałów i wyczerpania, ale nic nie było zaplanowane. A do masakr miało dochodzić "spontanicznie", przy głównym udziale Kurdów.

Gesty i polityka

Dziś w Anatolii nie ma już Ormian, zostały jedynie ruiny ormiańskich kościołów i Kurdowie. Właśnie: ruiny. W marcu władze tureckie odrestaurowały i otworzyły z wielką pompą pochodzący z X stulecia ormiański kościół św. Krzyża (Surb Chacz) na wyspie Achtamar (Agdamar) na jeziorze Wan. W ceremonii uczestniczyła delegacja z Armenii z wiceministrem kultury Gagikiem Giurdżianem, przedstawiciele Ormian żyjących w Stambule oraz patriarcha konstantynopolitański Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego Mesrop II. Jednak delegacja z serca ormiańskiego chrześcijaństwa, siedziby katolikosa, z Eczmiadzynu, odwołała swój przyjazd na ziemie przodków, gdyż odrestaurowana świątynia nie ma służyć celom religijnym, lecz stanie się muzeum. Dla władz tureckich budynek jest jedynie pomnikiem kultury. A co uderzyło przybyłych na uroczystości Ormian, to fakt, że na świątyni św. Krzyża nie było krzyża... Również zwisające z budowli ogromne tureckie flagi i portret Atatürka nie przekonał gości do pojednania. Coś, co miało być gestem dobrej woli, wcale się nim nie stało.

Ponadto uroczystości nad Wanem toczyły się w cieniu zabójstwa w styczniu redaktora naczelnego ormiańskiej gazety "Agos" w Stambule, tureckiego Ormianina Hranta Dinka. Morderstwo to, choć zostało potępione przez rząd turecki, dla Ormian stało się kolejnym kamyczkiem potwierdzającym tezę o niereformowalności Turcji, będącej poza europejskimi standardami, oraz o wiecznie żywotnym tureckim nacjonalizmie. Tak samo odebrali to sojusznicy Erewania.

Wcześniej, w październiku 2006 r., francuski parlament przyjął ustawę, która zrównała "kłamstwo ormiańskie" z "kłamstwem oświęcimskim". Za negowanie tureckiej (planowej!) zbrodni na anatolijskich Ormianach przewidywana jest kara do roku pozbawienia wolności i 45 tys. euro grzywny. W tym samym miesiącu podczas wizyty w Erewaniu prezydent Francji Jacques Chirac wezwał Turcję do uznania ludobójstwa. Dlaczego? Kwestia ludobójstwa Ormian traktowana jest przez niektóre państwa Unii jako swoisty papierek lakmusowy, stwierdzający, czy Ankara "dorosła do członkostwa" we wspólnocie. Francja (szczególnie teraz, po zwycięstwie Sarkozy'ego) udziela odpowiedzi zdecydowanie negatywnej. A liczbę ormiańskiej diaspory we Francji szacuje się na 600 tys.

O uznaniu wydarzeń z 1915 r. za ludobójstwo dyskutuje się ostatnio także w USA. Przed dwoma laty amerykańska firma ubezpieczeniowa New York Life zgodziła się na wypłatę spadkobiercom swoich 2400 ormiańskich klientów, którzy zginęli lub zostali deportowani w 1915 r., 20 mln dolarów odszkodowania. Sprawa odszkodowań za prześladowania Ormian ciągnie się w USA od dawna: tajemnicą poliszynela jest, że w amerykańskim Kongresie drugim po "lobby izraelskim" - pod względem możliwości wpływu na politykę Waszyngtonu - jest "lobby ormiańskie".

Na początku 2007 r. armeński MSZ dwukrotnie występował z deklaracją dobrej woli nawiązania stosunków dyplomatycznych i otwarcia granicy. Powtórzył to prezydent Robert Koczarian podczas wizyty we Francji, także na początku roku. Zaproponował również utworzenie wspólnej turecko-ormiańskiej komisji historyków, która zajęłaby się tą kwestią.

***

Spór o historię toczy się także w internecie. Jedna z ormiańskich stron poświęconych ludobójstwu została zaatakowana przez tureckich hakerów. Po wejściu na www.theforgotten.org z komputerowego głośnika nieoczekiwanie słyszy się hymn Turcji, a na ekranie pojawiają się uzbrojeni żandarmi na tle tureckiej flagi. Nad nimi napis: "Hepimiz Türk' üz!" - "Wszyscy jesteśmy Turkami!".

No tak, bo Ormian w Anatolii nie ma już od 92 lat. A wojna trwa.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]