Gra o Kaukaz

Górski Karabach to kość niezgody między Armenią a Azerbejdżanem. A także coś więcej: klucz do międzynarodowej gry o Kaukaz Południowy. W tej grze od dawna obecna jest Rosja, a ostatnio, coraz mocniej, Stany Zjednoczone.

19.04.2006

Czyta się kilka minut

Wzgórze Męczenników w Baku z cmentarzem, na którym spoczywają Azerowie polegli podczas wojny z Ormianami o Karabach /fot. W. Szpak /
Wzgórze Męczenników w Baku z cmentarzem, na którym spoczywają Azerowie polegli podczas wojny z Ormianami o Karabach /fot. W. Szpak /

Mała restauracyjka w Baku. Rafik jest dziennikarzem telewizyjnym i scenarzystą. Rozmawiamy. Właściwie on mówi, ja słucham: - To teraz toast. Za wszystkich ludzi. Nie to jest ważne, kto jakiej jest narodowości, kto chrześcijanin, kto muzułmanin! Liczy się człowiek, liczy się przyjaźń. Nasze zdrowie!

Wypijamy. Rozmawiamy. A właściwie on mówi, ja słucham. O literaturze, o polityce, o Azerbejdżanie, o Polsce, o miejscowej kuchni, o wódce, o gazociągu Odessa-Brody, o wszystkim. Ale wciąż brakuje mi jednego tematu, nie ma go jeszcze, nikt go nie podjął, a przeczuwam, że za chwilę się pojawi, musi się pojawić. Popijam i czekam. Czekam.

- Czy jak jesteś gościem, to wyrzucasz z domu gospodarza? - pyta Rafik. - Nie! A popatrz, na nich, patrz na Ormian! Na tych zbrodniarzy! Patrz, co oni zrobili! Normalny człowiek pracuje, a im tylko wojna w głowie.

Kiwam ze zrozumieniem, że wiem-wiem. Oczekiwałem tych słów, nim siedliśmy do stołu. Muszą się pojawić, wcześniej czy później, ale zawsze. Bo dla Azera to nieprawda, że wszyscy ludzie są braćmi - skoro są i Ormianie.

Stało się przed chwilą

Kto kiedykolwiek był na Kaukazie, ten wie, że czas płynie tu inaczej. Niby nieskończenie wprost rozciągnięty do granic jutra, a skurczony zarazem do wczorajszego, najdalej przedwczorajszego Genesis. To, co miało miejsce przed stu laty, to Ormianom, Gruzinom i Azerom przydarzyło się zaledwie wczoraj.

A Rafik opowiada mi o wydarzeniach sprzed chwili, jakby przyniósł ze sobą do stołu blask płomienia, swąd dymu, krzyki gwałconych kobiet, płacz osieroconych dzieci i huk granatów. Mimo że od ponad 10 lat azersko-ormiański konflikt o Karabach jest w stanie hibernacji, mimo że padające sporadyczne strzały z jednej czy z drugiej strony zamrożonego frontu stanowią raczej tylko potwierdzenie braku działań zbrojnych - to wojna trwa.

Co się zatem wydarzyło przed chwilą? Na fali gorbaczowowskiej pierestrojki zachciało się secesji zamieszkiwanemu w trzech czwartych przez Ormian Górskiemu Karabachowi (po ormiańsku: Arcach) z Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. W lutym 1988 r. Rada Deputowanych Ludowych ze stolicy Karabachu, Stepanakertu (po azersku: Chankendy), zwróciła się do sowieckich władz centralnych oraz republikańskich w Baku i w Erewaniu o przekazanie Górnokarabaskiego Obwodu Autonomicznego pod administrację Armenii.

Równolegle z potokiem pism i petycji zaczęło dochodzić do manifestacji, podpaleń i rozruchów. Przy agonii Sowietów zagrała kanonada. Padła pierwsza ofiara. Trup pociągnął za sobą następne, doszło do pogromów. W grudniu 1989 r. Rada Najwyższa Armenii uchwaliła zjednoczenie Obwodu z Armeńską Socjalistyczną Republiką Sowiecką.

W sierpniu 1991 r. karabaskie władze proklamowały niepodległość - i oto pojawiło się nowe, choć do dziś przez nikogo nieuznane państwo: Republika Górskiego Karabachu.

Już następny rok przyniósł pierwsze poważne potyczki zbrojne między Ormianami a armią Azerbejdżanu. Dzięki nieformalnemu wsparciu Rosji i Armenii, zarówno na niwie politycznej, jak i militarnej, powstała z dnia na dzień karabaska armia opanowała nie tylko całe terytorium byłego Obwodu, ale przejęła kontrolę nad okalającymi go rejonami Azerbejdżanu "właściwego", przekształcając je w strefę buforową chroniąca młodą "Republikę". Pod okupacją znalazło się ok. 14 (wg źródeł azerbejdżańskich nawet 20) procent azerbejdżańskiego terytorium.

Karabascy Ormianie wygrali wojnę kosztem życia ponad 30 tys. osób z obu stron. Ponad milion armeńskich Azerów i azerbejdżańskich Ormian zmuszono do ucieczki i tułaczki. Karabascy Ormianie prawem zdobywcy wytyczyli nowe granice ignorowane przez autorów atlasów, którzy nie lubią niejednoznaczności i bardziej niż na faktach opierają się na wyobrażeniu idealnej mapy politycznej świata.

Karabach żyje

W 1994 r. nastąpiło zawieszenie broni między walczącymi. A państwowość niepodległego de facto Karabachu krzepła z każdym rokiem. Przez lata, jakie ubiegły od zamrożenia działań wojennych, nie uznawana na forum międzynarodowym "Republika" przyciągnęła na swoje terytorium kapitał zarówno z Armenii, jak i od rozsianej po świecie ormiańskiej diaspory, a także wielu biznesmenów podejrzanej proweniencji. W ostatnich czterech latach suma inwestycji zagranicznych wyniosła blisko 40 mln dolarów, z czego trzy czwarte tej sumy wyłożyła diaspora. Dzięki inicjatywom rodaków ze świata Karabach może też się poszczycić własną telefonią komórkową.

Jakiś ormiański numizmatyk wpadł na pomysł, by emitować karabaskie pieniądze, choć środkiem płatniczym jest tam armeński dram. Wydrukowanego w Wiedniu karabaskiego zaś drama oferują kolekcjonerzy na pchlim targu w Erewaniu. Karabach ma też armię. Podobno najlepiej wyszkoloną, najbardziej profesjonalną i przygotowaną do operacji wojskowych ze wszystkich południowokaukaskich sił zbrojnych. Jej twórcą był generał Anatolij Ziniewicz. Rosjanin - żeby nie było wątpliwości.

Karabach żyje. Karabach pokazuje światu, że istnieje. Karabach organizuje imprezy o charakterze międzynarodowym, wplątuje w swe zawikłane sprawy obcych, niczego nieświadomych ludzi Zachodu.

Jerzy, który pracuje w Baku, opowiada, jak parę lat temu po raz kolejny sport splótł się z wielką polityką: oto Armeńska Akademia Szachów i "władze karabaskie" zorganizowały w Stepanakercie międzynarodowy turniej pamięci ormiańskiego mistrza świata Tigrana Petrosjana. W rozgrywkach wzięli udział szachiści z Gruzji, Rosji, Iranu, Łotwy, Szwajcarii i Polski - tę ostatnią reprezentował, choć bez większych sukcesów, Bartłomiej Macieja z warszawskiej Polonii, "jedyny zaproszony przez organizatorów polski szachista" (to już nieustannie podkreślały media z Warszawy).

- No i Azerbejdżan jak zwykle się wkurzył - mówi Jerzy - bo, jak ogłosił, "przeprowadzanie bez zgody władz Azerbejdżanu międzynarodowych imprez na okupowanych terytoriach azerskich jest bezprawne!".

Podobno Międzynarodowa Federacja Szachowa FIDE zwróciła się do Armenii o zaniechanie organizacji turnieju, bo i tak nie uzna jego rezultatów. "Nie zważając na to Armenia i kontrolowany przez nią marionetkowy reżym w Karabachu, nie zrezygnował z kolejnego propagandowego show" - stwierdziło Baku, wyrażając przy tym żal, że przedstawiciele sześciu krajów dali się "wciągnąć w prowokację separatystów".

Kto wygrał?

Baku w ogóle co chwila protestuje: gdy w Stepanakercie pojawiają się bankomaty, gdy organizowane są "wybory" samorządowe i parlamentarne, gdy jakaś znana postać odwiedzi ten piękny kraj. I protestuje także, gdy w Stepanakercie w międzynarodowym towarzystwie hetman zbija gońca.

Azerowie - i zwykli ludzie, i pracownicy MSZ - opowiadają jak to w Karabachu szkoleni są terroryści. Państwa, które nie istnieją na mapie, stają się czarnymi dziurami. Wszystko można tam wrzucić, wszystko wydaje się prawdopodobne: i pola makowe, i ćwiczenia grup terrorystycznych, i wielki szwindel, i wielka kasa.

Karabach ma się dobrze, co przyznają i Ormianie, i zapuszczający się tam od czasu do czasu azerbejdżańscy dziennikarze (wywołując tym wściekłość swoich władz). A jednak mimo kilkunastoletniej karabaskiej niepodległości nie został osiągnięty główny cel separatystów, jakim jest uznanie na arenie międzynarodowej czy choćby oficjalne zjednoczenie z Armenią.

Bo choć zwyciężyli, to świat nie uznał ich zwycięstwa. Z autorami atlasów na czele.

A może nie zwyciężyli? To kto zwyciężył? Beneficjentem konfliktu jawi się Rosja - zasiedziała na Kaukazie od 250 lat. To moskiewska polityka divide et impera sprawiła, że w 1920 r. w 94 procentach ormiański Karabach znalazł się pod administracją Azerbejdżańskiej Republiki Sowieckiej jako obwód autonomiczny.

Dla Rosji sytuacja podzielonego konfliktami i zwaśnionego do dziś Kaukazu jest dobra. Dzięki istniejącemu status quo może ona sprawnie prowadzić swoją politykę wobec Armenii i Azerbejdżanu, uniemożliwiając wejście Zachodu do tego regionu czy choćby pełnego wykorzystania jego tranzytowego położenia i potencjału ekonomicznego, jaki drzemie w obu państwach. Niekiedy nawet z ust prezydenta Władimira Putina można usłyszeć, że gdyby nastąpiło uregulowanie konfliktu, to suma wymiany handlowej z samym tylko Azerbejdżanem miast obecnego miliarda dolarów w ciągu ostatnich trzech lat mogłaby w - tym samym okresie - wzrosnąć pięciokrotnie.

A Armenia? Określana niekiedy przez moskiewskich polityków "rosyjską forpocztą na Zaukaukaziu"? Dla Armenii jedynym oknem na świat, przez które można zaczerpnąć powietrza i towarów jest Gruzja, przez którą przechodzi 80 proc. handlu zagranicznego. W mniejszym stopniu, ale zawsze jakimś lufcikiem jest też Iran, z którym Armenia rozpoczęła budowę gazociągu. Pozostałe granice są zamknięte.

I ta z Azerbejdżanem (co zrozumiałe w tej sytuacji), ale i z Turcją. Tę zablokowała Ankara w proteście przeciw "ormiańskiej agresji". Z Baku i Ankarą Erewan nie ma też stosunków dyplomatycznych.

Ofensywa Zachodu

Przez ostatnie lata przy udziale stworzonej na rzecz rozwiązania konfliktu "Grupy Mińskiej" OBWE wysuwano liczne propozycje, które miały doprowadzić do kompromisu. Jedną z nich było utworzenie autonomicznego Karabachu w ramach Azerbejdżanu, co spotkało się ze sprzeciwem Erewania i Stepanakertu; kolejna to ustanowienie nowego organizmu państwowego, będącego konfederacją Górnego Karabachu i Azerbejdżanu (tę propozycję odrzuciło Baku); wreszcie był tzw. plan Paula Goble'a (odrzucony przez Erewań), który zakładał wymianę terytoriów: Ormianie mieliby otrzymać "korytarz" łączący Karabach z Armenią, Azerbejdżan zaś - lądowe połączenie ze swoją eksklawą, Nachiczewaniem.

Jednak działalność "Grupy Mińskiej", w której współprzewodniczą Rosja, Francja i USA, coraz częściej spotyka się z krytyką zarówno w Baku, jak i w Erewaniu. Politycy coraz częściej wyrażają głośno to, o czym ludzie wiedzą od dawna: że klucze do rozwiązania konfliktu leżą w Moskwie. Od roku widać próby umiędzynarodowienia sprawy karabaskiej ze strony Baku. Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy przyjęło przed rokiem rezolucję, w której wezwano zarówno strony, jak i OBWE do aktywizacji dialogu, a także wspomniano o uchodźcach i o okupowanych terytoriach.

Ostatnio coraz bardziej widoczny jest też wzrost aktywności Zachodu: Kaukaz Południowy jest ważny dla USA i Unii Europejskiej - ale jako całość, składająca się z trzech państw (Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu). Bo Kaukaz to drogi tranzytowe, najkrótsze lądowe połączenie z Azją Centralną, to przesył surowców i towarów znad Morza Kaspijskiego na rynki europejskie. Kaukaz Południowy bez Armenii czy Azerbejdżanu przestaje być "tym Kaukazem" i przestaje wzbudzać zainteresowanie zachodnich stolic. Coraz śmielej padają propozycje wysłania oddziałów pokojowych do separatystycznej republiki. By jednak uniknąć błędów z Abchazji ("międzynarodowe" oddziały są tam de facto oddziałami rosyjskimi) pojawia się idea wysłania wojsk NATO lub jakichkolwiek sił. Byle nie tureckich i nie rosyjskich.

Ofensywa Zachodu, a szczególnie USA zmierza wyraźnie w jedną stronę: rozwiązania konfliktu karabaskiego oraz doprowadzenie do otwarcia granicy armeńsko-tureckiej. Naczynia połączone. I tu się robi pętla. Nie można wykluczać, że w wielkiej geostrategicznej polityce Waszyngtonu podstawowym konfliktem w regionie południowo-kaukaskim, który wymaga rozwiązania, jest napięcie między Turcją a Armenią.

Ale aby to osiągnąć, trzeba najpierw poruszyć Karabach. Podobnie stara się postępować Bruksela, do której drzwi puka Turcja.

Pod egidą OBWE prezydenci Robert Koczarian (Armenia) i Ilham Alijew (Azerbejdżan) spotykają się regularnie od trzech lat. Niby przypadkiem, podczas międzynarodowych zlotów VIP-ów, natykają się na siebie, a to w Pradze, a to w Warszawie. Niedawno jednak spotkali się nie "przy okazji", ale "specjalnie", z myślą o sobie, najpierw w Paryżu, a potem w pałacu w Rambouillet. Podczas (tradycyjnie zakończonego niepowodzeniem) spotkania prezydenci mieli podobno dogadać się co do siedmiu z dziewięciu punktów spornych, różnice zdań miały się pojawić przy najważniejszych kwestiach: przyszłym statusie Karabachu (który choć jest stroną konfliktu, nigdy nie jest reprezentowany podczas prób prowadzenia rozmów pokojowych) oraz azerskich uchodźców, których liczbę szacuje się na ponad milion.

- Spokojnie - dyplomata z OBWE uśmiecha się z politowaniem. - 850 tysięcy. Nie mniej i nie więcej.

Azerowie z Karabachu i terenów okupowanych rozproszyli się po Azerbejdżanie, głównie w Baku, ale w Baku uchodźców się nie lubi.

Uchodźcy

- Patrz, jakie to barany - mówi mój przyjaciel Mamed, rodowity bakiniec. - Popatrz, on nie wie, gdzie jest, miasta nie widział, wydaje mu się, że jest w tych swoich górach. Spytaj się go, gdzie są Fontanki, spytaj o jakąkolwiek ulicę. Nie wie nawet, gdzie stoi Baszta Dziewicza. Ech, barany! Siedli za kierownicą i wożą ludzi jako taksisty, a w ogóle miasta nie znają. Prawa jazdy nie ma taki, bo po co mu było w tych górach? Wychodził taki na szczyt, wokół pusto, inne wierzchołki widać w oddali, a na jednym z nich drugi taki siedzi (baran go...) i krzyczy ten do tamtego: "Brat! Braaaat! Ty mnie słyyyszysz!", "A słyyyszeeeeę!" odpowiadał tamten i paśli dalej te swoje barany. A teraz - łażą tu sobie i miasta nie znają, Baku nie znają. Ech.

Łażą, nielubiani. Wyrzuceni, a nieprzyjęci. Zawsze pomiędzy. Najlepiej, gdyby wrócili do swoich gór i baranów. Ale oni nie mają już dokąd wracać. Ich domy zostały zamieszkane przez obcych lub rozjechały je buldożery.

Karabach wpisuje się w stereotyp "odwiecznej" wrogości między Ormianami, a ludami tureckimi i vice versa. Utwierdzają się, konserwują stereotypy, szczególnie widoczne jest to w Azerbejdżanie - przegranym tego konfliktu. Machina propagandy utrwala i podsyca uprzedzenia, które drzemią od początku. Niemal od Dnia Stworzenia.

Azer Ali, bohater książki Kurbana Saida, której akcja rozgrywa się w dwóch pierwszych dekadach XX stulecia, dziwi się podczas swej pierwszej podróży do Karabachu:

"Zadziwiające jak doskonałymi kłamcami są ci ludzie. Potrafili wymyślić wszystko, co mogłoby przysporzyć chwały ich narodowi. Nie dawniej jak wczoraj tłusty Ormianin próbował mi wmówić, że pewien kościół chrześcijański w Szuszy liczy sobie pięć tysięcy lat.

- Nie opowiadaj mi takich bzdur - odpowiedziałem. - Chrześcijaństwo nie ma jeszcze dwóch tysięcy lat. Nie mogli zbudować kościoła, bo nie mieli pojęcia o chrześcijaństwie.

Tłuścioch był bardzo dotknięty i powiedział z wyrzutem:

- Jesteś wykształcony, ale pozwól, żeby stary człowiek powiedział ci, co następuje: może chrześcijaństwo nie ma jeszcze dwóch tysięcy lat w innych krajach, ale nam, ludziom w Karabachu Zbawca objawił światło na trzy tysiące lat przed innymi. Oto jak było". (Kurban Said, "Ali i Nino", tłum. z ang. Jan S. Zaus; Świat Książki 2004).

Kwestia Karabachu i "terytoriów okupowanych" zawsze była i jest wykorzystywana w polityce wewnętrznej Azerbejdżanu. A twardym zapleczem idei wyzwolenia Karabachu spod "ormiańskiej okupacji" są uchodźcy.

***

Do rozmów w Rambouillet doszło przy niespotykanym dotychczas, ogromnym wprost zaangażowaniu Zachodu i propagandzie "atmosfery nadziei na przełom". Ze wszech stron padały zapewnienia, że rok 2006 będzie rokiem przełomu. Dlaczego? Bo to jedyny taki rok, który jest wolnym od kampanii wyborczych i w Armenii, i w Azerbejdżanie. A sprawa karabaska jest wykorzystywana na arenie wewnętrznej przez tamtejszych polityków.

Strony licytują się w liczbie ofiar. Kto komu więcej obciął głów, kto więcej okaleczył, kto więcej zgwałcił - Azerowie w 1988 r. w Sumgaicie czy Ormianie cztery lata później w Chodżały. Strony zbroją się na potęgę. Politycy z Baku powtarzają, że ich celem jest zrównanie swego budżetu wojskowego z całym budżetem Armenii. Alijew powtarza co chwila, że "Jeśli się nie dogadamy, odbierzemy Karabach siłą!". "Jeśli się nie dogadamy, to Armenia nawiąże stosunki dyplomatyczne z Republikę Górskiego Karabachu" - odpowiada Koczarian.

Obaj prezydenci używają Karabachu do wewnętrznych rozgrywek w kierowanych przez siebie państwach. Państwach, które są dalekie od standardów demokratycznych. Co powoduje, że stają się naturalnym sojusznikiem Moskwy. Szczególnie Armenia, z uległym wobec Kremla prezydentem i szeregiem Ormian z obywatelstwem rosyjskim.

- Uważasz, że Ormianie są prorosyjscy? - na to pytanie Dawid, erewański dziennikarz, wybucha śmiechem. - My jesteśmy pragmatyczni. Czy wiesz, z kim robi się najlepsze interesy?

- Czy ja wiem? Z Gruzinami?

- Z Gruzinami?! Żartujesz! Najlepszym i niezawodnym partnerem w interesach są Azerowie. Spytaj naszych biznesmenów. Wiesz - mruży oczy - my znamy się na handlu...

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 17/2006