Nierozerwalne, choć niebyłe

W Kościele nie ma rozwodów, jednak trybunały kościelne uznają coraz więcej małżeństw za nieważne. Prawo kanoniczne daje szansę na wyjście z błędów, ale prowokuje do nadużyć.

09.11.2014

Czyta się kilka minut

 / Fot. Piotr Męcik / FORUM
/ Fot. Piotr Męcik / FORUM

Procedury uznania nieważności małżeństwa powinny być szybkie i dostępne finansowo – mówił papież 5 listopada podczas spotkania z prawnikami odbywającymi kurs w Rocie Rzymskiej, czyli watykańskim sądzie, do którego kierowane są odwołania od wyroków sądów diecezjalnych. Franciszek wspominał także o nadużyciach. „Sam musiałem niegdyś zwolnić z pracy w sądzie kościelnym człowieka, który mówił: »Za 10 tys. dolarów załatwię obie sprawy, cywilną i kościelną«. Bardzo proszę, niech nie będzie takich rzeczy!” – wzywał Franciszek.

Nad usprawnieniem procedur debatował niedawny Synod Biskupi, a jeszcze na początku sierpnia papież ustanowił komisję specjalną mającą przygotować reformę procesu małżeńskiego. Przewodniczy jej dziekan trybunału Roty Rzymskiej, Pio Vito Pinto, a obok kanonistów w jej skład wszedł także sekretarz Kongregacji Nauki Wiary abp Luis Francisco Ladaria Ferrer SJ. Inny z jej członków, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Tekstów Prawnych kard. Francesco Coccopalmiero, tłumaczył, że komisja rozważa możliwość skrócenia procedury stwierdzania nieważności do jednej instancji, lub zastąpienia sędziowskiego kolegium jednym sędzią. Być może biskupi otrzymają w tej kwestii nowe uprawnienia.

Piętrzące się przeszkody

Dlaczego potrzebne są usprawnienia? Dziś zwyczajny proces wymaga zaangażowania sześciu sędziów kolegium, dwóch obrońców węzła małżeńskiego i dwóch instancji. Niektórzy ojcowie synodalni sugerują, że odległość od sądu i skomplikowana procedura uniemożliwiają wielu wiernym skorzystanie z takiej możliwości. Jednak kard. Raymond Burke, prefekt Trybunału Sygnatury Apostolskiej, mówił dziennikarzom po zakończeniu obrad synodalnych, że upraszczanie procedury nie jest dobrą tendencją. Chodzi przecież o poznanie prawdy mającej potem wpływ na zbawienie człowieka. W wywiadzie dla Radia Watykańskiego przywódca konserwatywnego skrzydła na Synodzie przypominał, że małżeństwa rozpadają się najczęściej z powodu niewierności jednego z małżonków, a nie nieważnie zawartego małżeństwa.

Czy nieważność nie jest jednak poważnym czynnikiem rozpadu wielu par? Powodów stwierdzenia przez sąd kościelny związku małżeńskiego za nieważny jest więcej, niż zwykle przypuszczamy. Gdyby wziąć pod uwagę niedojrzałość, błędy co do osoby, zatajenia i przymusy, to ile zawieranych przed ołtarzem małżeństw jest tak naprawdę nieważnych? Podczas wykładów z prawa kanonicznego kalkulowaliśmy, że zapewne co drugie, nawet jeśli sami małżonkowie o tym nie wiedzą. W końcu zagadnęłam doktoranta prawa kanonicznego. – Tak z osiemdziesiąt procent! – skwitował. Jak to? – spyta ktoś. – Małżeństwo sakramentalne jest nierozerwalne, a tu może okazać się, że mimo błogosławieństwa przed ołtarzem wcale go nie było?

Niezdolni do małżeństwa

Procedura stwierdzenia nieważności istniała od XIV w. W 1306 r. dekretem „Saepe contingit” papież Klemens V ustanowił sądy kościelne, składające się z jednego sędziego, który mógł wysłuchiwać spraw bez formalnych kroków procesowych. Jedyne, czego nie można było sędziemu pominąć w procesie, to konieczne dowody i uzasadniona obrona. Od 1311 r. w dekrecie „Dispendiosam” Klemens dał do zrozumienia, że procedura dotyczy też procesów małżeńskich.

Kodeks prawa kanonicznego z 1917 r. ubrał procedurę w ramy formalnego procesu. Ze względu na rozwój współczesnej psychologii i psychiatrii posoborowy Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. rozszerzył definicję przyczyn nieważności o te natury psychicznej. Przedtem możliwość wyrażenia woli uzależniano od możliwości poznawczych, teraz dodano kwestie wolitywno-emocjonalne. Wola zawierającego związek musi by wolna, nie można obiecać czegoś, czego się nie pojmuje (kiedy się nie ma rozeznania oceniającego co do praw i obowiązków) albo nie jest się w stanie wypełnić, również z przyczyn osobowościowych. Faktycznie, po wprowadzeniu nowego kodeksu wzrosła liczba spraw prowadzonych ze względu na punkt 3. kanonu 1095: „Niezdolni do zawarcia małżeństwa są ci, którzy z przyczyn natury psychicznej nie są zdolni podjąć istotnych obowiązków małżeńskich”. W ostatnich 20 latach jedną z najczęstszych przyczyn unieważnień są zaburzenia osobowości i uzależnienia (głównie alkoholizm).

Poza wszystkim obecny kodeks odzwierciedla soborową zmianę teologiczną dotyczącą istoty małżeństwa. Małżeństwo jest wspólnotą nie tylko życia seksualnego, ale całego życia. Z natury małżeństwa jako takiej właśnie wspólnoty wynikają istotne obowiązki: dobro współmałżonka, potomstwa i sakramentu. Jednak kodeks nie określił ich w sposób bezpośredni i precyzyjny, więc dowiadujemy się o nich najwięcej z orzeczeń Roty Rzymskiej. Kanoniści mówią o obowiązkach tworzenia wspólnoty małżeńskiej całego życia, uczuciowej relacji między małżonkami, trwałej, wiernej, wzajemnej i dozgonnej relacji, pożycia małżeńskiego na sposób ludzki (z szacunkiem dla godności człowieka) i zrodzenia potomstwa. Jeśli braknie zdolności rozeznania tych obowiązków albo ich wypełnienia, małżeństwo nie jest w stanie zaistnieć.

Ile kosztuje „nieważność”

Ze stwierdzaniem nieważności małżeństwa wiąże się sporo nieporozumień i niejasności: krążą legendy, że trzeba dać łapówkę, że wszystko dzieje się podczas tajemniczych procedur w Watykanie. Z kolei nagłówki mediów co jakiś czas sensacyjnym tonem informują o „kościelnych rozwodach” i ich rosnącej liczbie.

W Polsce koszty procesu nie są ujednolicone. W Lublinie w pierwszej instancji to najwięcej 900 zł, w Warszawie są one ustalane indywidualnie, a bezrobotni mogą zostać zwolnieni z opłaty, w Katowicach sama pierwsza instancja to 1200 zł. Do tego dochodzą koszty prawnika, który przygotuje do procedury. Krakowski adwokat mówi nam, że prawnik z uprawnieniami kościelnymi może zażądać nawet 7 tys. zł. Administracyjna opłata za rozwód cywilny, która wynosi między 200 a 600 zł, okazuje się niższa niż procesu w diecezji. Dlatego wiele osób decyduje się na samodzielne przygotowanie do sprawy – stąd zauważane przez pracowników sądów i widoczne na internetowych forach przypadki wymieniania się w internecie pozwami, które zakończyły się skutecznym unieważnieniem.

Proces w wymaganych dwóch instancjach może trwać od półtora roku do nawet trzech lat. O tym, jak usprawnić i przyspieszyć procedury, dyskutują więc sami kościelni prawnicy i sędziowie. Niektórzy sugerują, że trzeba przyjmować wszystkie sprawy, bo brak konsultacji prawnej może skutkować złym sformułowaniem przyczyn nieważności i dopiero w procesie ujawnia się właściwy powód. Takie podejście niestety korkuje sądy, bo procedura trwa potem dwie instancje, a co więcej – daje ludziom nadzieję, czasami złudną. Z drugiej strony, gdy w jednej z diecezji to biuro prawne przy diecezjalnym sądzie selekcjonowało sprawy, spotkało się to z krytyką Roty, bo przez to sto procent procesów kończyło się stwierdzeniem unieważnienia. Być może procesy mogłyby być bardziej sprawne, gdyby sądy kościelne zatrudniły więcej sędziów, np. świeckich. Tyle że, w przeciwieństwie do 40 innych episkopatów na świecie, nasz nie zdecydował się na dopuszczenie świeckich do funkcji sędziów diecezjalnych.

Zostały zdjęcia, łóżko, dzieci...

Na forach internetowych pojawiają się pytania, jak można unieważnić małżeństwo. Unieważnić nie można, można – jeśli są dane ku temu – doprowadzić do orzeczenia, że nigdy ważne nie było. Ale błędne użycie terminów świadczy o pomieszaniu, które procedura wywołuje. Przykładem wypowiedź pewnej kobiety, której mąż chce unieważnić małżeństwo. Stwierdza ona, że cywilnego rozwodu sama chciała, ale nie zgadza się, by jej małżeństwa nie było: „Rozumiem, że Kościół nie unieważnia, tylko stwierdza, że go nie było wcale. Nie zaistniało. To nic, że zostały po nim zdjęcia, filmy, wspólny dorobek, łóżko i dzieci, ale małżeństwa nie było. To co to było? Fatamorgana?”.

Jedni szukają sposobu i dopytują, czy zatrudnienie prawnika zapewni sukces w sądzie biskupim, inni buntują się lub nie rozumieją. Taki miał być nierozerwalny ten kościelny ślub, a tu liczba stwierdzeń nieważności rośnie. Skoro ludzie żyli razem przez lata, a teraz sąd kościelny stwierdza, że ich małżeństwa nigdy nie było, brzmi to trochę jak żart. – Ale jak to – zagadnął mnie ktoś, gdy jego sąsiadka mająca czworo dzieci zwierzyła się, że wikary pomaga jej przygotować sprawę o unieważnienie. – Jak można unieważnić małżeństwo, kiedy się ma tyle dzieci. Nieślubne czy co? – dopytywał zdziwiony.

Kiedy to opowiadam znajomemu z sądu diecezjalnego, podkreśla, że każda sprawa jest inna. To nie dzieci przecież konstytuują małżeństwo, ale małżeńska zgoda. Dzieci można począć, co nie zmienia faktu, że zgoda była wadliwa. Według kościelnego prawa „zgoda małżeńska jest aktem woli, którym mężczyzna i kobieta w nieodwołalnym przymierzu wzajemnie się sobie oddają i przyjmują w celu stworzenia małżeństwa” (kan. 1057, par. 2). Małżeństwo jest wspólnotą całego życia, skierowaną ze swej natury do dobra małżonków oraz do zrodzenia i wychowania potomstwa (por. kan. 1055). Małżeńskie przymierze, zawarte przez dwie osoby ochrzczone, zostało wyniesione przez Chrystusa do godności sakramentu. Ale to nie powaga kościelnej ceremonii, obecność rodziny i przyjaciół oraz odświętność stroju sprawiają, że trzeba być razem już na zawsze. Jeśli zgoda była nie taka, to cały ten sztafaż na nic się zda.

Historie z życia

Przyjrzyjmy się zatem zgodzie małżeńskiej. By mogła zaistnieć, osoby muszą być do niej prawnie zdolne oraz wyrazić ją zgodnie z prawem. W razie wątpliwości uważa się ją za ważną, aż do udowodnienia, że było inaczej. Zgoda wymaga właściwego funkcjonowania intelektu i woli.

Na którymś z forów internetowych pisze dziewczyna: „Ja tak ogólnie to wpadłam i musiałam wziąć ślub, choć nie chciałam. Poszłam do proboszcza załatwić chrzciny dziecka, niestety musiałam wybrać datę ślubu, bo by mi nie ochrzcił dziecka, to były jego słowa”. Mąż wiedział, że ona nie chce, do spowiedzi i ślubu szedł pijany, po kilku tygodniach po raz pierwszy ją pobił. „Czy da się unieważnić?” – pyta dwudziestokilkulatka, rozwiedziona po dwóch latach nieudanego, a być może także niezaistniałego małżeństwa.

Pisze młody mężczyzna: „Ożeniłem się z dziewczyną, która była ze mną w ciąży. Nie chciałem, ale tak trzeba było. Myślałem, że jak dziecko się urodzi, to jakoś się ułoży, ale się nie udało. Podobno kościelne małżeństwo można unieważnić?”.

Albo dziewczyna, która była w ciąży i rodzice jej chłopaka powiedzieli, że nie przepiszą mu ziemi, jak się nie ożeni, i że ośmieszy rodzinę. Czy zgoda zawarta pod presją i na próbę może być ważnym małżeństwem?

Albo chłopak zaczyna rozumieć, że jego dziewczyna chciała ślubu, by wyrwać się z pełnego przemocy domu. Nie kochała go jednak, co właśnie zeznała w sądzie cywilnym, podczas rozwodu. „Co zrobilibyście na moim miejscu?” – pyta.

A teraz powiedzcie, że nie słyszeliście podobnej historii... Ważne czy nieważne?

Ocalić sakrament

Ale jest też druga strona medalu, którą trzeba brać pod uwagę, zwłaszcza jeśli synod rozważa usprawnienie procedur. Nowa propozycja przypomina eksperymentalne procedury wprowadzone w Stanach Zjednoczonych w końcu lat 70., które obowiązywały aż do wprowadzenia nowego kodeksu. Było to właśnie unieważnienie przed jednym sędzią, bez konieczności potwierdzenia przez drugą instancję. Tymczasem nawet bez uproszczonej procedury amerykańscy katolicy unieważniają swoje małżeństwa na potęgę – tamtejsze orzeczenia stanowią połowę światowych orzeczeń o nieważności, choć Amerykanie to tylko 6 proc. katolików na świecie.

Katolicki publicysta James Carroll pisał kilka lat temu: „Unieważnienie jest obecnie formą rozwodu pod każdym względem oprócz nazwy, a to, że Kościół (hierarchiczny) odmawia przyjęcia tego do wiadomości, jest niszczące. Co więcej, katolickie procedury stwierdzenia nieważności krzywdzą dzieci, są okrutne wobec dawnych małżonków, zmuszają do błędnej interpretacji przeszłości, ośmieszają mających dobrą wolę księży i wyprowadzają tysiące ludzi z Kościoła. To katastrofa”.

W USA powstało wręcz stowarzyszenie Save Our Sacrament (SOS), czyli Ocalić Nasz Sakrament. Udziela ono porad, jak chronić sakramentalność swojego małżeństwa podczas procesu, jak odwoływać się od wyroków sądu biskupiego do Roty Rzymskiej. Stowarzyszenie zarzuca trybunałom, że empatycznie podchodzą do pragnienia powoda, który dowodzi nieważności małżeństwa, zamiast bardziej stanowczo dociekać prawdy. Wielu małżonków, niegodzących się na unieważnienie małżeństwa, nie stawia się w sądzie, nie chcąc uczestniczyć w dwulicowej, ich zdaniem, procedurze, lub wierząc w nierozerwalność sakramentu nie broni go w sądzie – ci ludzie dostają negatywne orzeczenie stwierdzające nieważność. Potem często rozczarowani i z poczuciem, że zostali oszukani, odchodzą z Kościoła.

SOS sugeruje, żeby zamiast proces ignorować, odwoływali się do Roty Rzymskiej, która ponoć dość podejrzliwie przygląda się orzeczeniom z amerykańskich trybunałów. Jeśli wyrok trafi przez odwołanie do rozpatrzenia w Rocie Rzymskiej, często bywa uchylany. Amerykańskie sądy kościelne za powód unieważnienia uznają już samo większe prawdopodobieństwo nieważności wynikające z dowodów, zaś trybunały w Europie i Watykan szukają wymaganej przez kodeks moralnej pewności nieważności.

Niedźwiedzia przysługa proboszcza

Owszem, w związki małżeńskie wchodzą ludzie nieświadomi, czym jest małżeństwo, o którym uczy Kościół, nie znając dobrze samych siebie, z niewłaściwych powodów i motywacji. Zależni od drugiej osoby, panicznie bojący się samotności, przekonani (zwłaszcza przekonane), że to najwyższy czas, bo biologiczny zegar nie zna miłosierdzia. Próbują poprzez małżeństwo rozwiązać praktyczny problem, jakim może być niechciana ciąża. Ale istnieją też bardziej subtelne ograniczenia woli: jak to, że już tak długo jest się razem i choć bez przekonania, to wypada zawrzeć małżeństwo, albo że nie widać nikogo innego jako alternatywy. Okazuje się, że te wszystkie powody mogą, choć nie muszą, przyczynić się do tego, iż małżeństwo się nie wydarzy. Tu prawo kanoniczne przejawia ludzką twarz, daje szansę na wyjście z błędów.

Nie znaczy to, że można cofnąć czas. Po małżeństwie, którego nie było, też pozostają wspomnienia, majątek, dzieci, rany psychiczne. I społeczny wymiar: zgorszenie. A zgorszenie jest wtedy, gdy ludzie, patrząc na nas, stają się gorsi, mniej im się chce trzymać zasad, które, jak widzą, można łamać. Mniej im się chce starać, skoro można unieważnić. Skoro ta cała nierozerwalność jawi się jako niewiele warta.

Wypadałoby zatem być jednak dociekliwym i – w jednej czy w dwóch instancjach, przy jednym albo sześciu sędziach – poważnie sprawdzać, czy przyczyny są wystarczające.

Dobrze więc, że Synod zajmuje się teraz małżeństwem, jego wizją jako znaku nadziei, ale też zawiłościami i unieważnieniami. Bo prawdą jest, że sami duszpasterze mieszają pojęcia. A to namawiają do ślubu, a to przymykają oko na presję lub inne okoliczności przemawiające przeciwko zawarciu małżeństwa, które można by wychwycić gołym okiem, to znów wiedzą, że młodzi są niezbyt zainteresowani katolickim obrazem małżeństwa, ale nie chcą robić przykrości ani im, ani rodzinie. W końcu dobrze, że ślub będzie kościelny... A może właśnie niedobrze, jeśli błogosławimy fikcję i moglibyśmy się tego domyślić? Jeśli intencją małżonków nie jest zawarcie małżeństwa, tylko ładne zdjęcia w białej sukience?

No i my sami: czy mamy odwagę mądrze odradzić ślubu, kiedy widzimy, że najprawdopodobniej nic z tego nie będzie, albo istnieje duże ryzyko nieważności? Ludzie bywają tak zakochani, że nie zauważają zachowań i cech partnera, które, gdy zakochanie mija, okazują się istotną przeszkodą.

I chyba najważniejsze. Skoro możemy dwanaście lat później z pomocą biegłych orzec niedojrzałość albo uznać, że ciąża panny młodej mogła stawiać intencje narzeczonych pod znakiem zapytania, to czy nie możemy tych samych pytań i diagnoz postawić od razu? Jeśli Kościołowi zależy na tym, by dawać świadectwo nierozerwalności małżeństwa i poważnego traktowania tego zobowiązania, to może lepiej sprawdzić dokładniej, z jakimi nadziejami, pragnieniami, intencjami i lękami przychodzą narzeczeni. Mało mamy byle jakich kursów, odbębniania ich jako konieczności, niedźwiedzich przysług proboszczów, którzy wszak znają od dziecka, krzywdy nie zrobią i ślubu udzielą?

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Teolożka i publicystka a od listopada 2020 r. felietonistka „Tygodnika Powszechnego”. Zajmuje się dialogiem chrześcijańsko-żydowskim oraz teologią feministyczną. Studiowała na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie i na Uniwersytecie Hebrajskim w… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 46/2014