Piątek, 13 czerwca. O świcie budzi mnie telefon. Dżawad, przyjaciel z Isfahanu, mówi, że wybuchła wojna. Zaspany, próbuję sobie przypomnieć perskie słówka. Pytam, czy jest bezpieczny. – Nie martw się – uspokaja. – Niebo jest wciąż niebieskie.
Dżawad jest dzieckiem wojny. Urodził się w 1979 r., gdy w Iranie wybuchła islamska rewolucja. Jego dzieciństwo to czas konfliktu z Irakiem. Przez całe życie słyszał w państwowych mediach o złym syjonistycznym reżimie, który lada chwila, przy wsparciu Wuja Sama, zaatakuje ich kraj. Jako nastolatek pewnie krzyczał na szkolnych apelach: „Niech żyje Chomeini!” i „Śmierć Izraelowi!”. Po 45 latach fatalnych relacji z Tel Awiwem wojna wybuchła naprawdę. Wróg uderzył pierwszy, Iran odpowiedział.
Iran to mozaika narodów. Czy Izrael może grać tą kartą?
Sobota i niedziela. Obie strony ślą rakiety i drony. Politycy izraelscy mówią, że chcą zniszczyć irański program atomowy i arsenał rakiet balistycznych; potem pojawią się coraz bardziej otwarte sugestie, że celem jest też obalenie systemu władzy w Iranie – Islamskiej Republiki. W mediach i sieci rozważania: czy to realne?
Pewnie trudno w to uwierzyć, ale Iran jest domem dla drugiej pod względem wielkości żydowskiej społeczności w Azji Południowo-Zachodniej. Drugim po Izraelu. Synagogi są tu otwarte, mniejszość żydowska ma gwarantowane jedno miejsce w parlamencie. Oczywiście jej sytuacja w szyickiej teokracji nie jest łatwa. Ale nie jest to totalna opresja, jak często przedstawiają zachodnie media.
Mniejszości etniczne Iranu to blisko 40 proc. społeczeństwa. Prawdziwa mozaika. Niektóre, jak Kurdowie i Beludżowie, nie mają powodów, by bronić Islamskiej Republiki. Czy Izrael może zagrać tą kartą?
Joanna Bocheńska, kurdolożka z UJ, przestrzega, by nie wiązać Izraela ze sprawą niepodległości Kurdów, którzy – po dekadach prześladowań – mają dość własnych powodów do oporu wobec rządu. Poza tym widzą zbrodnie Izraela w Gazie. Ale nie ma wśród nich jednomyślności w kwestii utworzenia państwa kurdyjskiego. Dziś irańscy Kurdowie stawiają nie na niepodległość, ale oddolną organizację i autonomię.
Czy atak Izraela jest więc szansą na powstanie demokracji w Iranie? Brzmi absurdalnie. A jednak nie brak fantazji o „normalnym prozachodnim Iranie, jak na starych zdjęciach”. W Kalifornii mieszka 700 tys. irańskich emigrantów (nazywa się ich Tehrangelesi). Jednym z nich jest syn ostatniego szacha Iranu; tytułuje się Rezą Pahlawim II, dziedzicem tronu i prawowitym władcą. W kraju popiera go garstka szaleńców.
Wielu Irańczyków nienawidzi reżimu, ale to nie znaczy, że są po stronie Izraela
Poniedziałek i wtorek. Rząd Iranu wysyła do poddanych esemesy: „Obrona wody, ziemi i powietrza jest naszą wspólną odpowiedzialnością. (...) Pomścimy każdego z naszych męczenników i pokonamy grzech Izraela. To nie my zaczęliśmy tę wojnę, ale koniec tej historii zostanie napisany przez Iran”.
Niektórzy z moich znajomych nie kryją oburzenia: „Co, do cholery? Jakich męczenników?” – pisze mi Sohrāb, 25-latek z Karadżu. Tak nienawidzi swego rządu, że posuwa się do posyłania dalej tweetów Netanjahu. Zalecam mu ostrożność i pytam, czy nie boi się, że wezmą go do armii. „Mój ojciec nie żyje, w dokumentach figuruję jako »jedyny żywiciel rodziny«, pobór mi nie grozi i będę pisał, co chcę”.
Izraelskie media podają, że w Iranie mają miejsce masowe protesty przeciw dyktaturze, że nowa rewolucja obali „demokrację ajatollahów”. Rewelacje te dementują nie tylko kontrolowane przez rząd irańskie media, ale też emigracyjne Radio Zamaneh. Podobnie pisze mi Sohrāb: „Nie ma żadnych protestów. Choć wszyscy by się ucieszyli ze śmierci reżimu”.
Diametralnie inne zdanie mają Ahmad z Szirazu i Kaveh z Teheranu. Obaj są „lewakami” (Kaveh siedział w areszcie za udział w protestach po tym, jak w 2022 r. policja obyczajowa zabiła studentkę Jinę Amini za niewłaściwie noszony hidżab). Obaj krytykują zarówno Republikę Islamską, jak też ludobójcze działania Izraela w Gazie.
„Burżuje sprzedają swoją ojczyznę, ale prawdziwi Irańczycy wspierają swój kraj” – pisze mi Kaveh. „Winę za cały ten bałagan ponosi także Europa, która próbuje zadowolić swego »patrona«. A każdy, kto sprzymierza się z Trumpem, jest głupcem. Iran jest silniejszy niż kiedykolwiek i z Bożą pomocą wygramy tę walkę” – zapewnia Ahmad.
Kto może, ucieka z Teheranu
Trump i Netanjahu mówią jednogłośnie: w Teheranie zaraz rozpęta się piekło, 17 mln mieszkańców stolicy ma natychmiast opuścić swoje domy.
„Czy ktoś ma jeszcze miejsce w aucie?”. „Czy mogę wziąć ze sobą kotka?”. „Moja dziewczyna została w Teheranie – ratujcie ją!”. To niektóre z postów, publikowanych przez moich przyjaciół w social mediach.
Irańska władza, która wydawała fortunę na zbrojenia i finansowanie szyickich milicji w Iraku, Syrii, Libanie i Jemenie, o swoich obywateli nie dba. Brakuje bunkrów i racjonalnej polityki kryzysowej. W kraju, który jest jednym z większych producentów ropy, w wielu miejscach zaczyna brakować benzyny. Rząd uspokaja, że to chwilowe kłopoty, a rezerwy są wystarczające.
Ale ludzie w panice wykupują też żywność. Sasan, znajomy narodowości azerskiej, pisze, że za 10-kilogramowy worek ryżu trzeba zapłacić 3 mln tomanów (ok. 150 zł). Mimo to nie opuszcza miasta: „Urodziłem się w Urmi [stolicy prowincji Azerbejdżan Zachodni – red.], ale moje serce jest w Teheranie. Zostaję tutaj”. Wielu jednak ucieka z miasta. Dziennikarka Nava do środy codziennie wrzuca zdjęcia wyludniającej się metropolii.
Nocny blues o końcu świata
Kto był w Teheranie, wie, że to miasto zawsze stało w korkach. Teraz główne arterie są w ogóle nieprzejezdne. Klaksony, przekleństwa. Nad głowami ludzi latają drony i rakiety.
Eksodus obejmuje głównie klasę średnią i wyższą – szczęśliwych posiadaczy samochodów i daczy w górach Albroz czy nad Morzem Kaspijskim. Biednym zostaje modlitwa. Albo alkohol.
Simin nie ma auta. W dniu izraelskich nalotów zaprasza koleżanki – zrobią sobie dobrą kolację, będą piły araq-e sagi (irański bimber), grały na setorze i śpiewały. Piszę jej, żeby przynajmniej zakleiły okna i trzymały się od nich jak najdalej. A najlepiej, żeby zeszły do schronu. „Tu nie ma schronów – odpisuje. – Będzie, co ma być. Ty też wypij za nasze zdrowie”. W nocy wysyła mi filmik na Telegramie: jej koleżanka gra bluesa o końcu świata.
W tle słychać jakby burzę. Poznałem ten dźwięk w Ukrainie – to odgłosy bombardowań.
„Chciałbym odejścia ajatollahów”
W irańskiej telewizji marsze, pieśni, przemówienia. Propaganda także na TikToku i w innych mediach społecznościowych. Cały Iran ogląda na żywo, jak izraelska rakieta uderza w gmach telewizji publicznej w czasie transmisji. Prowadząca wiadomości Sahar Emami wraca na wizję po kilku minutach, roztrzęsiona, ale żywa.
„Ta dzielna kobieta to prawdziwy symbol naszego oporu – pisze mi znajomy z Szirazu. – Izrael nas nie zniszczy”.
Aein Ghobadi, mieszkający w Polsce Irańczyk i tłumacz literatury polskiej na perski, dzieli się przemyśleniami na Facebooku: „Chciałbym odejścia ajatollahów od władzy. (...) Armia Izraela od początku wojny zabiła 224 osoby, w tym wielu wojskowych. A reżim ajatollahów w ciągu kilku dni protestów w październiku 2019 r. zabił ponad 1500 Irańczyków”.
– To naiwne – mówi mi Michał Rezazadeh, inny polski Irańczyk. – Izrael nigdy nie miał wobec nas dobrych zamiarów. W ten sposób nie pokonamy reżimu.
Irańczycy są rozdarci
Michał wspomina w rozmowie szkolną propagandę, okrzyki „śmierć Izraelowi!”, które paradoksalnie zmotywowały go do poznania kultury żydowskiej. Jest jej fanem do dziś. – W piątek idę na kolację szabatową z moimi żydowskimi przyjaciółmi. Nienawidzę irańskiego reżimu, bo przegrał mnie jako człowieka. Dlatego codziennie wybieram życie w Polsce.
Ale dodaje też: – Irańczycy są rozdarci. Większość nie popiera władzy, ale jeszcze bardziej boi się inwazji Izraela. Zaczynają wracać do patriotyzmu. To ich dom. Nikt im nie będzie mówił, jak mają żyć.
Pytam o jego rodzinę w Raszcie. – Są bezpieczni, ale miasto wygląda jak Przemyśl tuż po wybuchu wojny w Ukrainie. Mama mówiła mi, że w piekarniach brakuje chleba.
Braki chleba ograniczają się do rejonów, gdzie pojawiło się dużo uchodźców wewnętrznych. Rząd kupuje mąkę od sąsiedniego Iraku. Zapewnia, że niedobory są chwilowe. Ale strach przed głodem pozostanie z Irańczykami na dłużej.
Cisza w irańskiej sieci
W środę 18 czerwca po południu internet się urywa. Telegram przestaje działać, WhatsApp jest martwy. W nocy Izrael atakuje obiekty nuklearne: reaktor w Arak i centrum wzbogacania uranu w Natanz.
Rano zdążyłem jeszcze odebrać telefon od Dżawada. Opowiadał, że wywiózł rodzinę w góry. Ma czas, pieniądze, samochód, jest gotów wrócić do Teheranu i pomagać innym, którzy chcą opuścić miasto. Przekazuję jego numer Simin. Dziewczyna dziękuje, obiecuje się z nim skontaktować. Wysłałem jej jeszcze wiersz, ale na razie go nie odczytała.
Nie wiem, co jest z nimi teraz. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak Dżawad wyjeżdża z Isfahanu swoją białą sajpą, irańskiej produkcji. Jedzie przez wielką Pustynię Słoną w stronę Teheranu, aby pomóc Simin i jej bliskim. Trzyma, jak zawsze, papierosa w ustach, a z głośnika płynie stary hit Arefa „Soltane ghalbha”: „Jesteś sułtanem mego serca, zdobyłeś jego bramy”. Po godzinie jazdy jest nieopodal Natanz. Pustynny wiatr roznosi tumany kurzu.
MACIEJ AUGUSTYN studiuje iranistykę, podróżował po Iranie. Uczestniczył w transportach z pomocą na Ukrainę. Tekst ukończono wieczorem 19 czerwca, imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















