Wróciłem właśnie z Adoracji. Jezus i ja chcemy Ci powiedzieć, że bardzo Cię kochamy” – pisał ks. Dominik Chmielewski do kobiety, w reportażu „Gazety Wyborczej” nazwanej Agatą. Opowiedziana przez Piotra Żytnickiego historia znanego księdza, który uwiódł młodą kobietę, jest jedynie pretekstem dla mojego tekstu.
Zbyt mało mamy informacji, by ją zweryfikować, czy tym bardziej wydawać wyroki. Choć nie ulega wątpliwości, że to sytuacja skandaliczna i naganna, to jednak domaga się jasnego sprecyzowania – również na płaszczyźnie prawa. Warto uporządkować pojęcia, żeby rozmowa o naprawdę trudnych sprawach była możliwa, merytoryczna i bezpieczna. W dodatku na jej podstawie można pokazać co najmniej kilka ważnych problemów, które dopiero zaczynają stawać przez Kościołem w Polsce.
Precyzyjna klasyfikacja krzywd umożliwi tworzenie adekwatynych systemów obrony
Zacznijmy od wyjaśnienia, ważnego z uwagi na poruszane w artykule „Gazety Wyborczej” sprawy, dotyczące życia osobistego Agaty i jej intymności. Podejmowana przeze mnie weryfikacja pojęć nie jest w żadnym stopniu próbą zdejmowania odpowiedzialności ze sprawcy i usprawiedliwiania go. Nie jest też wyrazem nieufności wobec skrzywdzonej kobiety. Nic takiego nie jest moją intencją.
Wierzę Agacie, że została skrzywdzona. Kibicuję jej w dochodzeniu swoich praw. Ale jednocześnie uważam, że musimy umieć odróżniać różne rodzaje krzywdy – jednakowo dużej, ani lepszej, ani gorszej, jednakowo nagannej, ale dotykającej nieco innych przestrzeni.
Dla skrzywdzonych ta różnica jest zapewne niewielka. Ale jest istotna dla budowania w przyszłości (oby jak najszybszej) systemów ochrony i tworzenia zestawów narzędzi, jednoznacznie klasyfikujących konkretne krzywdy. W tego rodzaju sprawach nie możemy pozostawać na poziomie „tak czuję” albo „tak mi się wydaje”, czy tym bardziej: „to przecież jest oczywiste”. Jeśli nie zaczniemy rozmawiać precyzyjnie, kolejne krzywdy spotykać się będą jedynie z lekceważącym wzruszeniem ramion.
Drugie, nie mniej ważne zastrzeżenie: nie mamy oglądu całej sytuacji ani możliwości dotarcia do informacji źródłowych. Możemy jedynie opierać się na relacji samej Agaty, opublikowanej w „Gazecie Wyborczej”, i na tej podstawie wysnuwać wnioski.
Zdjęcia, filmy i zapewnienia o miłości na Signalu
Przypomnijmy pokrótce tę historię, zwracając uwagę na ważniejsze elementy. Bohaterka tekstu, Agata, przychodzi na publiczne spotkanie z ks. Dominikiem Chmielewskim. Ten zauważa ją, komentuje jej urodę (śniadą cerę), zdobywa numer telefonu kobiety, a następnego dnia pisze wiadomość, nazywając ją „kochaną Agatką” i przepraszając, jeśli na spotkaniu poczuła się przez niego niekomfortowo. Ona zaprzecza, odpisuje, że było OK i dziękuje za nauczanie. On w odpowiedzi znów nazwa ją „kochaną” i zapewnia, że gdyby potrzebowała pomocy, „może iść do niego jak w dym”. Agata komentuje: „Poczułam się wyróżniona. Od razu pochwaliłam się rodzicom, też są religijni”.
Potem znów ksiądz wychodzi z inicjatywą. Pisze do niej z USA, pozdrawia, nazywa ją „skarbem” i pyta, czy u niej wszystko dobrze. Ona opowiada mu o swoich ranach i że ze wszystkim musi sobie radzić sama. On odpowiada, że w ranach są demony, które trzeba wykurzyć – zapewnia, że będzie się za nią modlił i odprawi mszę.
Po jakimś czasie ksiądz pyta Agatę, czy używa Signala – internetowego komunikatora, który kładzie silny nacisk na prywatność użytkowników: nie zbiera żadnych danych, rozmowy są szyfrowane, niemożliwe jest ich podsłuchanie, udostępnienie czy odczytanie przez osoby trzecie. Chmielewski wyjaśnia, że woli rozmawiać właśnie w ten sposób, więc Agata instaluje komunikator.
To właśnie tam ksiądz zaczyna przesyłać jej zdjęcia i filmy: z cygarem, na jachcie, w czasie treningu bokserskiego. Pisze, że odprawił za nią mszę, nazywa ją „kochaniem”, „skarbem” i „duchową siostrą”. Pisze: „Wróciłem właśnie z Adoracji. Jezus i ja chcemy Ci powiedzieć, że bardzo Cię kochamy”.
Uwiedziona przez księdza – bombardowanie ciepłem, różaniec i uzdrawiający dotyk
Po pewnym czasie Agata jedzie do ks. Chmielewskiego, który mieszka w salezjańskim seminarium duchownym w Lądzie, małej miejscowości nad Wartą. Ksiądz odbiera ją z dworca, w samochodzie gładzi po ręce, włącza romantyczną muzykę. Kobieta opowie potem dziennikarzowi: „Bombardował mnie ciepłem, ale wtedy wydawało się to piękne. Poczułam, że będzie dla mnie kimś ważnym. Pomyślałam, że sam dotyk to jeszcze nic złego, że może Jezus w ten sposób chce mnie uzdrawiać”.
W Lądzie ks. Dominik odprawia mszę, potem zaprasza Agatę do siebie. Dziewczyna zapamiętała, że był pachnący, świeżo po prysznicu, w obcisłym ubraniu podkreślającym umięśnienie. Opowiada jej, „jaki kolagen pije”, potem się przytulają, on całuje ją w usta. Na pożegnanie daje jej w kopercie dwa tysiące złotych. Agata wie, że nikomu nie może o tym powiedzieć, choć „nic strasznego się nie stało”. Czuje się doceniona.
Relacja trwa. On rano wysyła jej błogosławieństwo, wieczorem dzwoni, by razem odmawiać różaniec. „Emanował silnym, męskim głosem, a ja myślałam, że odlecę. Strasznie to na mnie działało” – opowiada kobieta.
Spowiednik zrozumiał, że rozmawia z wykorzystywaną kobietą. Kazał jej uciekać
Jedzie po raz drugi do Lądu. Znów spotykają się w pokoju ks. Dominika. Piją nalewkę, on kładzie się na łóżku, ona do niego dołącza. Przytulają się, wkłada jej ręce pod bluzkę, w ten sposób zasypiają. Po dwóch tygodniach przyjeżdża ponownie. Lądują w łóżku. Na pożegnanie znów daje jej prezenty.
Spotkania trwają: ks. Dominik odwiedza Agatę, jadą razem nad morze, gdzie on płaci za hotel. Agata opowiada: „Chciałam być jego kobietą. Było mi smutno, że jest sam i nie ma się do kogo przytulić. Nie chciałam go stracić. Pisałam do niego: »Mój Dominiczku«. Odpisywał, że karmi się moją miłością”.
Dzieli się swoją historią ze znajomą, a ta uświadamia ją, że też była ukochaną „Dominiczka”. Agata nie przyjmuje tego do wiadomości. Chmielewski wyjaśnia, że tamta jest zazdrosna, że chciałaby być na jej miejscu, i że z tamtą „tylko dwa razy leżał w łóżku”.
Gdy Agata postanowiła pójść do spowiedzi, ks. Dominik poinstruował ją, by mówiła tylko tyle, ile jest konieczne, bez szczegółów. Spowiednik zrozumiał, że ma do czynienia z wykorzystywaną kobietą, ostrzegł Agatę i kazał jej uciekać. Nie uwierzyła mu. Opowiedziała o wszystkim Chmielewskiemu. Ten oburzył się i zapewniał, że „nikt nie zabroni mu jej kochać”.
Jednak powoli zaczął relację z Agatą ucinać: przestał dzwonić, zapewniać o miłości, gdy się skarżyła, traktował ją obcesowo. Opowiedział przełożonym, że nawiązał bliską relację z kobietą i zapewnił, że już ją zakończył.
Historia ks. Chmielewskiego nie jest historią o przemocy duchowej
Streszczenie historii było konieczne, by trafnie zaklasyfikować opisane w „GW” wydarzenia. Ale zacznijmy od tego, co się nie wydarzyło.
Wbrew pierwszym, emocjonalnym i słusznie zatroskanym o skrzywdzoną kobietę głosom, nie mamy tu do czynienia z duchową przemocą (spiritual abuse). W swojej pracy spotykałam ofiary takiej przemocy – to, z czym one się mierzą, można nazwać wręcz „gwałtem Bogiem na osobie”, bo nie ulega wątpliwości, że to pogwałcenie woli drugiego człowieka rzeczywiście odbywa się „przy pomocy Boga”: z wykorzystaniem argumentów o posłuszeństwie Bogu, woli Bożej, cytatów z Pisma Świętego, rzekomych objawień i wizji, których rzekomo doświadcza sprawca przemocy.
Nie wystarczy więc, że sprawcą jest ksiądz, by jego działanie zaklasyfikować jako spiritual abuse – musi posługiwać się Bogiem, wymuszając na ofierze konkretne działania.
Dodatkowo, nie mamy tu do czynienia (tak przynajmniej wynika z informacji w „Gazecie Wyborczej”) z sytuacją zależności, a więc i z nadużyciem władzy w rozumieniu prawnym. Agata nie była w żadnej wspólnocie czy organizacji prowadzonej przez ks. Dominika, gdzie on miałby nad nią formalną władzę.
Nie była również jego penitentką. Nie korzystała z jego kierownictwa duchowego. Ich relacja nie wypełniała żadnego z warunków przewidzianych przez prawo opisujące sytuację zależności. Była to relacja prywatna, choć oczywiście wątki związane z „zawodem” księdza były w niej obecne: on nie ukrywał tego, że jest księdzem i zachowywał się jak ksiądz – ona również wiedziała, z kim ma do czynienia.
Zakochanie się nie upośledza wolności człowieka i jego zdolności rozumienia
Wydaje się też, że nie możemy zaklasyfikować Agaty jako osoby „bezbronnej dorosłej” (vulnerable adult). Z samą definicją takich osób mamy zresztą wciąż problem – jest cały czas rozwijana i modyfikowana.
Zrewidowane w 2023 r. papieskie motu proprio „Vos estis lux mundi” określa, że bezbronnym dorosłym jest „osoba w stanie niepełnosprawności, niedorozwoju fizycznego lub psychicznego, albo która jest pozbawiona wolności osobistej, co choćby tylko sporadycznie ogranicza jej zdolność do rozumienia, wolę lub inny sposób przeciwstawienia się przestępstwu”.
Można oczywiście pytać, czy stan zakochania, do którego Agata sama się przyznaje, nie jest takim „sporadycznym ograniczeniem zdolności rozumienia”. I czy fakt, że charyzmatyczny duchowny rozkochał w sobie kobietę, nie sprawia, że ona staje się bezbronna?
Ale ani „Vos estis lux mundi”, ani praktyka kanoniczna nie dają nam podstaw do takiej interpretacji. Zakochanie nie upośledza wolności człowieka. Badania prowadzone w tym kierunku pokazują wprawdzie niewielkie i sytuacyjne zmiany w kontroli poznawczej, ale nie pozwalają na mówienie o „niezdolności do rozumienia” w sensie prawnym.
Czym jest grooming i czy dobrze opisuje historię ks. Chmielewskiego
Czy zatem można powiedzieć, że „nic się nie stało”? Absolutnie nie. Agata bez wątpienia doświadczyła krzywdy, nawet jeśli nie była to przemoc duchowa. Pierwszym skojarzeniem, które ciśnie się na usta w takiej sytuacji, są słowa, że „została uwiedziona”. Wyrażenie to ma jednak kiepską konotację historyczną i prawną.
Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 r. pisał o duchownych, którzy „uwodzą” osoby małoletnie. W polskim Kodeksie Karnym sprzed 1997 r. również istniało przestępstwo „uwiedzenia” osoby małoletniej, czyli doprowadzenia jej do obcowania płciowego. W obowiązującym prawie – kościelnym i państwowym – to pojęcie nie jest już używane ani w Polsce, ani w innych krajach Europy. Występuje jedynie czasem w naukowych opracowaniach historycznych i kulturowych, dla opisania mechanizmu manipulacji emocjonalnej, prowadzącej do tzw. zgody pozornej.
To, co niegdyś nazywano w prawie „uwiedzeniem”, dziś nazywa się po prostu „przemocą” i tak jest traktowane. Istnieje jednak pojęcie, które określa taki rodzaj manipulacji, który nie wykorzystuje sytuacji zależności i władzy, a służy do „oswajania ofiary” i podstępnego doprowadzania jej do decyzji, której oczekuje sprawca. To grooming – celowe i stopniowe przygotowywanie ofiary do wykorzystania seksualnego poprzez zdobycie zaufania, rozkochanie w sobie i stopniowe przekraczanie barier.
W definicjach naukowych grooming obejmuje sześć etapów. Pierwszym jest identyfikacja i wybór ofiar: zwykle są nimi osoby wrażliwe, samotne, z deficytami uczuć, potrzebujące wsparcia.
Potem zaczyna się budowanie zaufania poprzez okazywanie zainteresowania, troskę, utrzymywanie kontaktu, wsparcie emocjonalne, prezenty. Kolejnym etapem jest izolacja ofiary od bliskich, przyjaciół czy rodziny, a także budowanie wokół relacji nimbu tajemnicy.
Stopniowo przesuwane są też granice fizyczne: delikatny dotyk, leżenie razem na łóżku, rozmowy na tematy dotyczące seksualności. Następuje również normalizacja tego rodzaju zachowań: „nic złego nie robiliśmy”, „nikt nie zabroni mi ciebie kochać”.
Na końcu całego łańcucha pojawia się szantaż emocjonalny, wpajanie poczucia winy, groźby albo obietnice. Zdarza się też, że sprawca przemocy znudzony lub zaspokojony porzuca ofiarę i szuka kolejnej.
Normy moralne i poczucie przyzwoitości są nie mniej ważne jak prawo kanoniczne
Nietrudno zauważyć, że przywołana w „Gazecie Wyborczej” relacja wpisuje się idealnie właśnie w model groomingu. Całe nieszczęście – Agaty, innych kobiet w podobnych sytuacjach, ale i nas, obserwujących ze zgorszeniem i smutkiem tę historię – polega na tym, że grooming nie jest penalizowany, o ile nie wiąże się z formalną zależnością ani nie dotyczy osób nieletnich. Nie ma więc możliwości, na podstawie istniejącego prawa, pociągnięcia do odpowiedzialności za takie czyny.
Tyle że w Kościele oprócz istniejącego prawa mamy jeszcze (albo powinniśmy mieć) przykazania, normy moralne, poczucie przyzwoitości. Mamy również możliwość tworzenia nowych praw, które szybciej i z większą wrażliwością dostrzegać będą krzywdę i zło, nawet jeśli nie mieszczą się one w kategoriach prawa świeckiego. Mamy możliwość zadośćuczynienia skrzywdzonym za zło, nawet jeśli formalnie nie jest ono przestępstwem.
Historia ks. Chmielewskiego może nas, jako wspólnotę, nauczyć nie tylko rozpoznawania zagrożeń i jasnego ich identyfikowania. Także zadbania o to, by – od dziś – żadne zło nie wymykało się już normom prawnym. Zapewne potrzeba na to czasu i kolejnych trudnych lekcji. Ale bez wątpienia to zadanie stoi przed nami.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















